30 gru 2009

Chyba w nowym roku wrócę

do propozycji całowania mego tyłka przez rząd miłościwie nam panującej Platformy (Jakoby) Obywatelskiej. Ta moja kolejna chęć pieszczotliwego traktowania wyborcy wynika z kolejnego kwiatuszka do baraniego kożucha, w jaki usiłuje się przebrać Pan Premier Donald (Niegumowy) Tusk...

Już nie rządy fachowców? Teraz mierny, ale wierny??? To taka polityka przedwyborcza? Fajnie oglądać takie hocki-klocki, takie coś-tam-coś-tam. Potem w lokalu wyborczym człek nie zrobi durnej pomyłki wyborczej!

Wyborców traci się głupimi drobiazgami. Zwłaszcza, jeśli z lekka cuchną...

29 gru 2009

Do Siego Roku 2010 !



IRLANDZKIE ŻYCZENIA

Wszystkiego dobrego!!!

Nazywał się Fleming i był biednym szkockim farmerem.
Pewnego dnia, gdy ciężko pracował w polu usłyszał wołanie o pomoc
dobiegające z pobliskich bagien.
Pobiegł tam i znalazł przestraszonego chłopca,
którego uratował od śmierci.

Następnego dnia przed dom farmera zajechał powóz,
z którego wysiadł elegancki gentleman,
który przedstawił się jako ojciec uratowanego chłopca.
Powiedział do farmera, ze chce mu zapłacić za uratowanie syna.

Farmer odrzekł, ze zapłaty nie przyjmie
gdyż uratował chłopca nie dla pieniędzy.
W tym momencie do domu wszedł syn farmera Alexander.

Czy to twój syn?- zapytał gentelman.

Tak to mój syn.- odrzekł dumnie farmer.

Mam ofertę dla ciebie.
Opłacę naukę dla twojego syna tak,
aby zdobył to samo wykształcenie jak mój syn.
I jeśli chłopak jest taki jak jego ojciec nie zmarnuje okazji
i obaj będziemy z niego dumni?

I tak się stało.
Syn farmera ukończył najlepsze szkoły
i stał się znany na całym świecie, jako
Sir Alexander Fleming, odkrywca penicyliny.

Wiele lat później ten sam chłopiec,
który został uratowany z bagien
zachorował na zapalenie płuc.

Co uratowało jego życie?
Penicylina.
Nazwisko chłopca: sir Winston Churchill.

Ktoś kiedyś powiedział: wszystko powraca...

Pracuj tak jakbyś nie potrzebował pieniędzy.
Kochaj tak jakby nikt nigdy ciebie nie zranił.
Tańcz jakby nikt na ciebie nie patrzył.
Śpiewaj jakby nikt cię nie słuchał.
Żyj jakby był raj na ziemi.
Wyślij to do każdego, kogo uważasz za przyjaciela.

Irlandzkie życzenie dla przyjaciela mówi:

Niech zawsze będzie praca dla twoich rąk,
Niech w twoim portfelu zawsze będzie moneta albo dwie,
Niech zawsze świeci słonce w twoim oknie,
Niech przyjaciel zawsze będzie przy tobie,
Niech po każdym deszczu pojawia się tęcza,
Niech Bóg napełni twe serce radością...
A teraz wyślij to do przyjaciół....Musisz wysłać to w ciągu 1 godziny...
A teraz pomyśl życzenie...

I jeśli wyślesz do:

1 osoby- spełni się ono w ciągu 1 roku,
3 osób- 6 miesięcy,
5 osob-3 miesięcy,
6 osób- 1 miesiąca,
7 osób- 2 tygodni,
8 osób- 1 tygodnia,
10 osób- 3dni,
15 osób- 1 dnia,
20 osób- 3 godzin.

Jeśli nie wyślesz do nikogo czeka cię 1 rok bez szczęścia, ale jeśli wyślesz do 2 osób czekają cię 3 szczęśliwe lata.
Powodzenia.

UWAGA od Jotesza:
„Łańcuszek” to ściema, ale życzenia są fajne a
przypowieść intrygująca i być może
prawdziwa

26 gru 2009

WESOŁYCH I SMACZNYCH ŚWIĄT!

Najpierw parę godzin przygotowań

z różnymi detalami

by przygotować makatkę

oraz półmiski

różnego kształtu

jednak ciasteczka pamiętają Shreka (czarry - marry, ech ta ortografia...)

nie zapominamy o choince

Wesołych Świąt i smacznego!

Pokój ludziom dobrej woli!

17 gru 2009

Szanowny Panie Premierze!

Chciałem napisać, że mam w dupie Pańskie oświadczenie w sprawie senatora Piesiewicza, w którym uśmiercił go Pan jako polityka, ale nie wypada pisać takich rzeczy, więc napiszę tylko, że zupełnie mi się takie gadanie nie podoba.

Zwłaszcza że pamiętam Pańskie zupełnie niedawne postępowanie wobec kolegów z boiska, czyli Grzegorza Schetyny, Mirosława Drzewieckiego oraz Zbigniewa Chlebowskiego. Sprawa ustawy hazardowej śmierdzi na kilometry i dotyczy dziesiątków czy setek milionów złotych, wędrujących w łapki Rysiów i pysiów.

Sprawa Piesiewicza dotyczy wyłącznie kurestwa i szantażu. Piesiewicza kurwy wmanewrowały w matnię, ale Piesiewicz osobiście nic nikomu nie załatwiał. Piesiewicz folgował sobie ponadnormatywnie we własnym domu, nie wadząc nikomu. Taka drobna różnica polityczna!

Dla mnie to zróżnicowanie postępowania i oceniania jest wielce symptomatyczne i dobrze je zapamiętam jako Pański wyborca z roku 2007. Na pewno będę pamiętał przy wszystkich nadchodzących wyborach...

ps. Poniekąd Pan Premier nobilitował hieny z SuperEkspresu. Czekam teraz, kiedy te świeżo uszlachcone kurwy dziennikarskie na talerzu przyniosą Panu Premierowi kolejne głowy ładnie przerobione na salceson!

10 gru 2009

7 gru 2009

Mamy talent muzyczny!

Rozstrzygnięty został finał drugiego konkursu telewizji TVN – zwycięzcą został Marcin Wyrostek, grający na akordeonie! Prowadzący zachłystywali się entuzjazmem i zachwytem. Słusznie! Marcin gra na akordeonie guzikowym z polotem, talentem i pasją. Zagrał ledwie trzy kawałki. Antonio Vivaldi i Jan Sebastian Bach po drodze, i na finał Astor Piazzola. Repertuar to Zima, Preludium i Fuga oraz Adios Nonino. Dobry wybór muzyki wielkiej, która łatwo trafia do maluczkich.

Nigdy nie daję się prowokować akcjom sms-owym, ale tym razem daliśmy trójgłos rodzinny. Ale też nigdy nie miałem poczucia obcowania z wielkim talentem, który i tak się rozwinie i będzie daleko znany i lubiany.

Powodzenia Marcinie!

Zachwyt prowadzących był trochę wynikiem braku wiedzy. Prorokowali nagły wzrost zainteresowania akordeonem, podczas gdy to zainteresowanie jest duże już od lat, w czym ogromną rolę odegrał właśnie wspomniany Astor Piazzolla, wspaniały Argentyńczyk. On to argentyńskie tango, muzykę podejrzanych spelunek, tańczoną przez szemrane typki i panienki lekkie w prowadzeniu, wprowadził na światowe sale koncertowe. Piazzolla był tym dla tanga, kim dla samby w końcu lat pięćdziesiątych XX wieku był Antonio Carlos Jobim Astor grał na skromnym bandoneonie, niedużej odmianie akordeonu, który stał się odtąd instrumentem zwykłych ludzi i mistrzów.

W Polsce mamy światowej klasy mistrzów akordeonu! To zespół Motion Trio - trzech wirtuozów, którzy potrafią zagrać wszystko. Ich muzyka brzmi jakby grało trzech wariatów na syntetyzerach, a to tylko syntetyzery marszczone. Akordeon też rządzi w Krakow Klezmer Band, który ostatni przemianował się na Bester Quartet. Dotrzyjcie i posłuchajcie!

3 gru 2009

F A G O T

Fagot, to moja kolejna fascynacja instrumentalna. Instrument dęty drewniany, co widać, więc i laik uwierzy. Długa, ponad metrowa rura z drewna klonowego, trzymana przez muzyka dumnie w pionie, niby pika. Dmucha się co prawda w cieniutką rurkę, ale dźwięk wydobywa się dostojny. Jak podaje Wiki “instrument charakteryzuje się głębokim, melancholijnym i bardzo naturalnym brzmieniem”. Święta prawda! Bardziej zdziwiła mnie informacja o zastosowaniu – “wykorzystywany jest w orkiestrze kameralnej, symfonicznej, jako instrument solowy, w jazzie oraz w różnego typu zespołach instrumentalnych.”

Otóż w jazzie spotkałem fagot jedyny raz! I to na żywo, własnymi uszami. Było to przed wielu laty, gdy wrocławski festiwal studencki Jazz Nad Odrą był wielką imprezą, na która waliły tłumy. Z Krakowa przyjechał zespół Laboratorium. W zespole grał Marek Stryszowski na fagocie! Tylko jego naprawdę słuchałem, choć rządził pianista Janusz Grzywacz. Ale ten fagot grający jazz to było fascynujące zjawisko i niespotykane! Rewelacja! Przynajmniej dla mnie. Chyba wyłącznie dla mnie, bo szybko pan Marek rzucił w kąt fagot i zamienił go na saksofon. Ale saksofonistów było wielu, i do tego dużo lepszych. A mógł stać się wyjątkowym fagocistą jazowym...

Fagot w swoim żywiole można usłyszeć w kompozycjach Antonia Vivaldiego. Nie mogłem nie zacząć od mego idola. Napisał 39 koncertów na ten czarujący instrument. Mam wszystkie. W różnych wykonaniach. Ostatnio fascynowało mnie to, co z fagotem robi Valerij Popov, czyli po staremu Walerij Popow. Warto posłuchać!

Przed laty katowałem siebie i moją Naj kompozycją, która napisał Ermanno Wolf-Ferrari, włoski kompozytor z pierwszej połowy XX wieku. Fagot śpiewa w niej głęboko, nisko i bardzo spokojnie. Melodia snuje się sennie i hipnotycznie. Moja Naj była w ciąży, a ja naczytałem się, że dziecko słyszy już niskie dźwięki, i warto mu je puszczać. Więc słuchało dziecko muzyki i uspokajało się. W późniejszych latach po urodzeniu córa wcale nie pamiętała tego utworu...



Fascynacja fagotem pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa, gdy zobaczyłem disnejowski film animowany "Uczeń czarnoksiężnika". To bajka zilustrowana muzycznie kompozycją Paula Dukasa, kompozytora francuskiego, po którym niewiele pozostało, bo przed śmiercią zniszczył większość nieopublikowanych dzieł. Przesadny samokrytycyzm! W tym utworze fagot może pokazać, co potrafi. Radzę posłuchać...

W I O L O N C Z E L A

Wiolonczela, czyli coś pomiędzy skrzypcami a kontrabasem. Bardzo erotyczny instrument, jeśli obsługiwany przez instrumentalistkę. Słusznie unieśmiertelnioną w piosence Marka Grechuty! Też architekta…

Zakochałem się w brzmieniu wiolonczeli będąc studentem w czasach, gdy po niebie latały pterodaktyle. Do wrocławskiego studenckiego teatru Kalambur zaproszono jakąś hiszpańską trupę. Nic nie rozumiałem z tego, co mówili, ale w tle brzmiała muzyka, która mnie zahipnotyzowała. Jeden instrument o aksamitnym, ciemnym i głębokim głosie opowiadał coś podniosłego i ponadczasowego. Potem się dowiedziałem, że to Pablo Casals grał suitę na wiolonczelę solo. Jana Sebastiana Bacha!

Słyszałem już muzykę Bacha, ale tę wszystkim znaną. Preludium i fugę, co to rozpozna ją każdy, choć mało kto potrafi podać tonację i numer z katalogu dzieł. Mi też się myli. Potem Suity Orkiestrowe i zaraz za nimi Koncerty Brandenburskie. Barok mnie zachwycił najpierw muzyką Antonia Vivaldiego. Dość szybko dotarłem do tego, że i Jan Sebastian lubił muzykę Rudego Księdza. Transkrybował jego koncerty na skrzypce w liczbie mnogiej na koncerty na instrumenty klawiszowe w liczbie mnogiej. Bach był więc dla mnie chronologicznie drugi. Do dziś jestem rozdarty między lekkością Włocha a powagą Niemca…

Ale utwory na wiolonczelę solo to był inny wymiar muzyki. Zdumienie, ile może wypowiedzieć jeden instrument zaopatrzony w tak niewiele strun! I szybko odkrycie, że Mistrz Bach stworzył tyle samo utworów na skrzypce solo. Ta muzyka nie kojarzy mi się już zupełnie z jakimś okresem w historii. Z barokiem. Muzyka na instrumenty smyczkowe solo jest ponad czasem – jest Absolutem.

Jest pewien dziennikarz, którego nie lubiłem, bo był naczelnym Gazety Polskiej, której napastliwość i skrajność mi nie odpowiadała. Jest też ten człowiek melomanem, który wzbudza mój najgłębszy szacunek swą miłością do muzyki i kolosalną wiedzą, które przelewa wspaniale na papier. Pisuje teraz w Gazecie Wyborczej. To Piotr Wierzbicki!

Muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka Jana Sebastiana Bacha przypomina nam, że jesteśmy ludźmi.

2 gru 2009

G I T A R A

Ponieważ gitara jest tym instrumentem, który daję mi najwięcej radości, gdy go słucham, to najbardziej lubię muzykę w której gitara rządzi. I nieważne, czy są to kompozycje barokowe, grane na gitarach, z których niektóre wykonywał sam Stradivarius, czy kompozycje rockowe, grane na gitarach elektrycznych Stratocaster. Ogólnie chodzi o szarpanie drutów, jeśli chodzi o struny metalowe, ewentualnie kiszek albo nylonu, gdy rzecz dotyczy strun w gitarach klasycznych lub akustycznych.

Mój kolega, też architekt, jeszcze starszej niż ja daty, dzieli gitary na deski i pudła, czyli zauważa bryłowość instrumentów, co jest typowe dla architektów. Choć tacy często się mylą, bo zapierają się, że saksofon to instrument dęty blaszany, bo widzą to przecież gołym okiem, i nie dadzą sobie wciskać kitu, że saks jest drewniany! A jest…

Wracając do gitary, to kocham ją miłością wierną i nieodwzajemnioną, bo nie umiem grać na niczym i nie umiem czytać nut, choć to ostatnie podobno nie jest konieczne, by grać. Ot, tacy Rosenbergowie, tworzący rodzinne trio, zaklinają się, że nie znają nut, a grają jak bogowie. To duży kłopot, gdy grywają choćby z zespołem jazzowym albo orkiestrą symfoniczną, bo muszą wszystko przećwiczyć i wypróbować, no i zapamiętać, skoro nie znają nut. The Rosenberg Trio to Sinti, czyli Cyganie zachodniej Europy. W odróżnieniu od naszych Romów. Są Holendrami także. Ale ich muzyka jest jak najbardziej francuska. Wywodząca się z muzyki, którą grał już przed wojną Django Reinhardt. Też Sinti, tyle że z Belgii! Takie cygańskie jazzujące gitarowe granie nazywa się jazz manouche z francuska i kojarzy się z Paryżem. Jest tak paryskie jak piosenki Georgesa Moustaki – Greka, czy Jacquesa Brela – Belga.

Gitara to bardzo starożytny instrument, czemu się nie ma co dziwić, bo już jaskiniowiec, jeśli był wielce inteligentny, mógł z kawałka kija i kawałka flaka zrobić łuk, który mógł brzęczeć, gdy się flak napięty szarpało. Gitara była PRZED skrzypcami, bo nie potrzebowała smyka, który był dodatkową konstrukcją, też zresztą początkowo przypominającą łuk.

Choć pewnie przed gitarą powstała harfa, bo do napiętego i wygiętego w łuk drewna można było przywiązać wiele flaków, coraz krótszych. A gitara, zwana była najpierw przez Greków antycznych kitarą, czyli bardzo podobnie. Cała reszta była niepodobna, bo to była odmiana liry ze strunami z włókien roślinnych.

No i zaczyna się historia o myśliwych i rolnikach. A przecież rośliny włókniste mogli zbierać zbieracze, którzy wcale nie musieli być rolnikami. To kto był pierwszym gitarzystą??? Jedno jest pewne – do tej jelitowej szarpaniny jaskiniowcy dołączali pewnikiem śpiew, albo przynajmniej jakieś wycie czy mruczenie. Najpierw solowe, a potem może i chóralne. Ciekawe, czy już wtedy ktoś takich pramuzykantów nazywał szarpiflakami?


Na gitarze grać każdy może, jak choćby Michaelka, z której bloga wziąłem powyższe "gitarowe" zdjęcie z deklaracją, pod którą chętnie się podpiszę, choć z uwagą "między innymi"...

1 gru 2009

Właściwie, to czemu nie???

Ktoś zwrócił się do mnie tak:

znów zadam Ci to samo pytanie, na które znowu nie odpowiesz: CZŁOWIEKU, NIE ŻAL CI WŁASNEJ DOBREJ MARKI NA SZLAJANIE SIĘ PO TYCH WSZYSTKICH GRAJDOŁKACH? Dlaczego Ty właściwie się nie skupiasz na rozwoju jakiegoś swojego własnego, prywatnego blogaska? W jakimś jednym konkretnym miejscu, żeby ludzie wyrobili sobie nawyk zaglądania od czasu do czasu, a może nawet zassali rss?


Najpierw odpowiedziałem, że to dobre pytanie, na które są same złe odpowiedzi:
- bo mi się nie chce,
- bo lubię poznawać inne opinie, poglądy, awersje, sympatie,
- bo mój własny blog jest czytany, ale mało komentowany, pewnie z mojej winy,
- bo mój blog to raczej emocjonalny śmietnik, połączony z notatnikiem.
Coraz mniej też ciekawią mnie wszelkie blogi, włącznie z własnym...

Po dłuższej chwili jednak pomyślałem sobie, że ten ktoś ma trochę racji, albo i bardzo dużo racji. Dalej mi się nie chce bawić w konsekwencję, regularność czy pracowitość. Co to, to nie! Ale przecież mogę pisać o tym, co najbardziej lubię, a na czym przy okazji się mało znam.

Zupełnie jak rasowy dziennikarz! Oni przecież, tak naprawdę, na niczym się nie znają, i co gorsza, najczęściej nie chce im się tej zerowej wiedzy powiększyć choćby o jeden promil promila, bo to wymagałoby nadludzkiego wysiłku googlowania, wertowania, wyszukiwania, porównywania, sprawdzania.

Dlatego ja, człek leniwy do szpiku kości, też będę pisał o MUZYCE, nie znając się na niej zupełnie! Wystarczy, że KOCHAM muzykę od kiedy pamiętam. Muzyka jest obecna przy mnie przez wiele godzin dziennie. Słucham w pracy, słucham podczas ćwiczeń, słucham chodząc. Będę więc pisał o tym, jak ja odbieram muzykę, jaką lubię, i dlaczego. Będę też pisał o muzykach, kompozytorach i zespołach. Amatorsko. Amator to miłośnik...

Ponieważ...

...większość z Was nie wie albo nie pamięta, kto to jest lub był RORY GALLAGHER, to pozwolę sobie wspomnieć o tym Gigancie kilka słów z głowy, bo to dobry sprawdzian dla mnie, czy nie szczypie mnie skleroza.

Rory był Gitarzystą. Wielkim Gitarzystą. Jednym z Największych. Rory był Irlandczykiem, z wszelkimi zaletami i wadami tej zacnej nacji. Jedna z wad go zabiła. Duży smak do whiskey. Nie wytrzymała wątroba. Trzeba było ją przeszczepiać. Operacja się udała! Pacjent zmarł. Na pooperacyjne zapalenie płuc…

Rory powinien powalić cały świat na kolana! Ale jemu chyba nie zależało. Grał w małych klubach, na prowincjonalnych festiwalach, nagrywał płyty z wieloma, którzy go prosili. Rory kochał bluesa i grał go genialnie. Najczęściej bardzo ostro – rockowo. Ale potrafił też grać cudowne bluesowe ballady – wolne i smutne.

Początki jego wielkiej sławy to zespół Taste. W tym trio Rory nabierał rozpędu. Oprócz gitary potrafił zagrać na saksofonie. Chyba właśnie od jego nagrań zaakceptowałem saksofon w bluesie i rocku. Taste nagrało niewiele płyt, ale wszystkie były bardzo znaczące. Dwie były koncertówkami. Jedna z nich zarejestrowana została na wyspie Wight, gdy Rory grał dla kilkuset tysięcy słuchaczy. Szkoda, że Taste nie zagrali na Woodstock! Rolling Stonesi do dziś żałują podobno...

Ponieważ RORY GALLAGHER jest muzykiem ważnym w historii bluesa i rocka, to dalej będę go wspominać. Z tego co pamiętam, to nie pamiętam, by Rory przyjeżdżał do Polski. Wiki też nic o tym nie wspomina

Teraz wypada zamieścić kilka jutubek, by zachęcić zainteresowanych lub zaintrygowanych…

16 lis 2009

Byłem na koncercie - grał Terje Rypdal

W feralny piątek 13 listopada we wrocławskiej Filharmonii wystąpił Terje Rypdal. Norweski gitarzysta już od czterech dekad jest w światowej czołówce gitarzystów. Zaczynał od grania z Janem Garbarkiem w końcu lat sześćdziesiątych. Moje kontakty z jego muzyką trwają od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to pierwszy raz usłyszałem podwójny album “Odyssey”.
Długie dźwięki elektrycznej gitary, rozlewiste i śpiewne. Takim zapamiętałem Rypdala.

I oto zjawił się ów legendarny muzyk we Wrocławiu na festiwalu Jazztopad. Z czymś specjalnym. Zaprezentowana miała być światowa premiera kompozycji na zamówienie festiwalu “Waterfalls”. Całą orkiestra wrocławskiej Filharmonii towarzyszyła gitarzyście. I ja tam byłem, wszystkiego wysłuchałem i trochę byłem zawiedziony! Za mało Rypdala w koncercie. Za dużo symfonicznej współczesności i “warszawskiej jesieni”.

Pewnie wolałbym samego Terjego, bez całej orkiestralności, ale dobre i to co usłyszałem. W końcu Terje Rypdal też grał. A ja przyszedłem posłuchać legendy. Legendy grają w nas – w naszej pamięci…

15 paź 2009

Krakowskim sądem

zostało uznane, że w Polsce, a co najmniej w Małopolsce, psy stały się zwierzętami rzeźnymi! Można je zabijać w celu zjedzenia, przetopienia na pyszne i zdrowe sadełko, przerobienia na rąbankę z budą. Byleby zabicie zostało wykonane humanitarnie. Jak świnkę czy krówkę w rzeźni.

Sądowe wzbogacenie kuchni polskiej w wersji regionalnej powinno zostać zauważone i nagłośnione przez naszych miłośników sztuki kulinarnej! Jakież to stwarza możliwości wzbogacenia naszej nudnawej kulinarii o azjatyckie wynalazki smakołykowe…

Ten wyrok wydano w sprawie dziadygi, który w koszmarnych warunkach tuczył psy gdzieś na działce i zabijał je dla wytopienia “leczniczego” sadełka. Sprawa zrobiła się głośna po naświetleniu przez TVN, a teraz krakowski sąd okręgowy uniewinnił od wyroku zwyrodniałego hodowcę...

Szukałem w e-prasie i nikt nie pisze o tym! W końcu wyguglałem miłośników jamników, też z Krakowa, i oni potwierdzają, to, co widziałem w TVN! Tam też dobrze ktoś zauważył, że dziadyga wprowadzał do obrotu spożywczego substancje nieatestowane. W zasadzie to do obrotu farmakologicznego, jeśli jacyś idioci uważają psie sadło za lek!

Są w Polsce sprawy, o których nie śniło się filozofom, ale sędziowie się im nie dziwią i nie ulegają emocjom…

Tak sobie teraz pomyślałem o koninie, jaką u nas się spożywa, choć niedużo, za to na Zachodzie dużo więcej. Też w Polakach wywołuje niepokój i niechęć. Może ten sąd się nie emocjonuje, tylko racjonalizuje. Co to będzie, jak kryzys nie puści?

Bardzo ciekawa analiza prawna sprawy w Rzepie...

12 paź 2009

To są imiona Mojej Starej

Tadeusz Chyła śpiewał kiedyś cudowną piosenkę o imionach i imionkach, jakie nadajemy swoim Paniom. Brzmiała tak:

Kotuś, Pieseczek, Chrabąszczyk, Myszka,
Pchełka, Jagniątko, Łasiczka, Liszka,
Chrząszczyk, Motylek, Krówka, Biedronka,
Kureczka, Kózka, Wróbelek, Stonka,
Jeżyk, Słowiczek, Słoniczka, Muszka,
Miś, Karaluszek, Świerszczyk, Papużka,
Pszczółka, Jabłuszko, Agrest, Malinka,
Jagódka, Gruszka, Śliwka, Jeżynka,
Różyczka, Bratek, Goździk, Lilijka,
Chaber, Stokrotka, Bzik, Konwalijka,
Burak, Buraczek, Groszek, Marchewka,
Seler, Pietruszka, Por i Brukiewka,
Dzionek, Dzioneczek, Gwiazda, Gwiazdeczka,
Słonko, Słoneczko, Drożynka Mleczna,
Psipsia, Kruszynka i jeszcze parę
– to są imiona Mojej Starej.


ps. Ostatnio inne nazwy są bezustannie na tapecie, co dziwi, bo służba tajna powinna działać niejawnie. Widocznie niektórym tajność wydaje się za mało ekshibicjonistyczna. Oto kilka ciekawych odczytań skrótu instytucji, która postanowiła wygrać najbliższe wybory wszelakie dla partii, która umieściła na jej czele swego nominata, wiernego do końca:

Centralne Biuro Absztyfikantów (Monika Olejnik),
Centralne Biuro Antyrządowe (Andrzej Koraszewski),
Centralne Biuro Alfonsów (jotesz),
Centralne Biuro Antyplatformerskie,
Centrala Bzdurnych Afer (Tarantula),
Centrum Brudnych Ataków,
???

Ile wody w kiełbasie?

Nigdy nie chciało mi się mierzyć, ile wody do kiełbasy telewizyjnej dolewa Polsat. Dziś łatwo to sprawdzić – Polsat serwuje wspaniałą wędlinę amerykańską, uwędzoną w holyłudzkiej masarni – film “Ja, robot” z Willem Smithem w roli głównej. Czas projekcji 145 minut. Na stronie filmu można znaleźć informację, że trwa on 115 minut.

Półgodzinne lanie wody dodanej do 115 minut filmowego mięsa…

30 wrz 2009

UWAGA! Przedruk z "Rzeczpospolitej"!

Niech Żydzi zawładną Kościołem!

Jan Hartman

Kościół swoje poglądy nazywa skromnie „nauczaniem”. Wypowiada się głosem powolnym, z lekka modulowanym. Wysuwa żądania, ale nie dopuszcza żadnych kompromisów – po wyroku w sprawie Alicji Tysiąc vs „Gość Niedzielny” pisze filozof


Niedawno w jednym z telewizyjnych programów publicystycznych powiedziałem, że zwrot „cywilizacja śmierci” jest chamski. Moja wypowiedź wywołała liczne reakcje, gdyż osobą, która pierwsza posłużyła się tym terminem, był Jan Paweł II.

Wprawdzie nie myślałem akurat o papieżu, lecz o księżach, którzy nagminnie posługują się wyrażeniem „cywilizacja śmierci” w celu przyrównania (jeśli nie zrównania) osób domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego albo liberalnej ustawy o in vitro z nazistami (co chamstwem jest niezaprzeczalnie), ale samo skojarzenie z osobą papieża sprawiło, że moja wypowiedź stała się przedmiotem komentarzy. Oprócz tych medialnych miałem też sporo odzewów prywatnych – od gratulacji do potępień. Ledwie włączyłem telefon po nagraniu, a już zadzwonił znajomy ksiądz, aby mi... podziękować.

Poglądy okryte sutanną

No właśnie, polski Kościół ma wiele twarzy, a pomimo oficjalnej jednomyślności księża miewają poglądy bardzo różne. Wiem to od czasu studiów na KUL, a dorosłe życie dostarcza mi wciąż nowych na to dowodów. W prywatnych rozmowach niejeden ksiądz jest tolerancyjny i liberalny, otwarty na świat, a często też krytyczny wobec Kościoła. Z publicznymi wypowiedziami jest już gorzej. Wszak księży obowiązuje posłuszeństwo biskupom i doktrynie. Ta ostatnia zaś powstaje w Watykanie. Stanowi to o specyfice religii katolickiej: jest ona zinstytucjonalizowana nie tylko jako Kościół, lecz również jako państwo, a państwo to ma swoją doktrynę prawno-religijną, której posłusznymi orędownikami muszą być duchowni katoliccy na całym świecie.

Doktryna dotyczy, oprócz spraw religijnych, życia rodzinnego i seksualnego, którego akurat księża nie prowadzą, demokracji, której u siebie nie praktykują, a nawet gospodarki, i to nie tylko gospodarowania dziesięciną. Co więcej, wolą Kościoła jest wywieranie wpływu na prawodawstwo krajów, gdzie katolicy są większością, tak aby było ono w największym możliwym stopniu zgodne z doktryną kościelną, także w dziedzinach mających z kultem mało wspólnego.

Wprawdzie Kościół ma swoje prawodawstwo (prawo kanoniczne), a także autorytet wśród wiernych, lecz najwyraźniej jakoś to nie wystarcza – swoje przekonania metafizyczne i religijne Kościoły w biedniejszych krajach katolickich starają się narzucić wierzącym i niewierzącym środkami prawa. Ciekawe, że jakoś rząd polski, reprezentujący w końcu społeczeństwo katolickie, nie ubiega się o żadne zapisy w prawie kanonicznym. A może powinien?

Wśród owych przekonań, którymi stara się nas zaciekawić Kościół, są twierdzenia, że człowiek jest osobą (przy szczególnym sposobie rozumienia tego słowa), że posiada godność (znów, w szczególny sposób rozumianą), że istnieje jakieś „prawo naturalne” (które to właśnie Kościół umie odczytywać, bo chyba Thomas Hobbes już nie) i parę innych, znanych ze scholastyki bądź wymyślonych niedawno. Jest rzeczą ciekawą, że wśród filozofów, etyków i teologów te akurat poglądy spotyka się wprawdzie często, ale praktycznie wyłącznie okryte sutanną lub umocnione inną zależnością osobistą ich głosiciela od instytucji Kościoła katolickiego.

Zwycięstwa tylko doraźne

W niektórych państwach, w tym w Polsce, daje się prawodawczym żądaniom Kościoła posłuch nieporównanie większy niż jakiejkolwiek innej sile społecznej, która głosi, iż wie, co jest dobre, i że należy proponowane przez nią oczywiste i absolutne prawdy czym prędzej wcielać w życie. Dzieje się tak na pewno nie dlatego, że większość Polaków tak właśnie sobie życzy, bo jest katolikami.

Gdyby bycie katolikiem oznaczało, że zna się i uznaje katolickie doktryny i że daje się Kościołowi prawo do przemawiania we własnym imieniu, to Kościół nie musiałby się kłopotać o przepisy polskiego prawa medycznego i innego. Ludzie słuchaliby i bez tego. Rzecz właśnie w tym, że nie słuchają. Ci zaś, którzy katolikami nie są, dodają jeszcze od siebie: dlaczego Kościół katolicki ma nam dyktować, jakie mamy prowadzić życie i w jakie dni mamy chodzić do sklepu? Przecież prawa szanujące wolność jednostki i pozostawiające indywidualnym wyborom kwestie sumienia, w których zgody powszechnej nie ma, nie przeszkadzają katolikom żyć po katolicku! Niechaj więc żyją i dają żyć innym!

Wszystko to prawda, ale życiem publicznym rządzą zasady polityki, a nie imperatyw wolności ani świadomość, że budujemy wolny kraj, w którym rząd do minimum stara się ograniczyć ingerencje w wybory obywateli. Do zasad tych należy zaś strach. Politycy i media boją się, że ograniczając wpływy i przywileje Kościoła, a także oddając mu proporcjonalne miejsce w debatach publicznych, ściągną na siebie jeśli nie gniew Boży, to przynajmniej gniew biskupi lub prałacki. To zaś rzekomo mogłoby się źle skończyć.

Właśnie dlatego w wielu kwestiach debaty publiczne, a nawet procesy legislacyjne toczą się nie w trybie dyskusji społecznej, w której jest wiele stanowisk, a w tym stanowisko katolickie, lecz w trybie negocjacji dwustronnych: Kościół i reszta świata. W konfrontacji tej Kościół ma zawsze co najmniej połowę czasu i miejsca, a w dodatku darzony jest szczególną rewerencją.

Sam swoje poglądy nazywa skromnie „nauczaniem”, a inni płochliwie temu przytakują. Wypowiada się zazwyczaj głosem powolnym, z lekka modulowanym, tonem pełnym troski i ojcowskiej przygany. Orzeka, kto jest „cywilizacją śmierci” (feministki walczące o prawo do aborcji, liberałowie i inni), a kto „cywilizacją miłości” (katolicy), kto żyje „w prawdzie” (heteroseksualiści i osoby powstrzymujące się od seksu), a kto w „nieładzie” (geje i lesbijki).

Wysuwa żądania, ale nie dopuszcza żadnych kompromisów, wszelką zaś krytykę lub opór nazywa „zamachem na wolność religijną” lub „walczącym ateizmem”. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że taki ton i taki kształt obecności Kościoła w życiu publicznym może przynieść doraźne zwycięstwa legislacyjne, lecz w dłuższej perspektywie zniechęca społeczeństwo do Kościoła i sprowadza na niego klęskę.

Mimo że taki właśnie obraz Kościoła najbardziej rzuca się w oczy, polski Kościół, jako się rzekło, ma więcej twarzy. To oblicze, na którym maluje się smutek, duma, wzgarda dla obcych i niezachwiane poczucie wyższości, to niecała prawda o Kościele w Polsce. Gdyby Kościół był taki i tylko taki, skazany byłby na wymarcie. Społeczne poparcie dla niego wygasłoby wraz z wysychaniem jezior biedy i zacofania w naszym kraju. Ludzie choćby trochę wykształceni i choćby trochę znający świat reagują przecież złością lub śmiechem na teatralne pretensje i przebrania, pyszałkowaty ton, a zwłaszcza nieustanne pouczanie ich w sprawach, na których pouczający znają się jak najmniej.

Polska będzie normalna

Na szczęście jest też Kościół inny, umiejący odnaleźć się w nowoczesnym i wolnym świecie, wolny od pychy, od uprzedzeń w stosunku do genetyki, demokracji, innowierców czy homoseksualistów, od języka pomówień oraz prymitywnej, pełnej jadu i obłudy retoryki. To Kościół śp. ks. Józefa Tischnera, ks. Adama Bonieckiego i ks. Andrzeja Bronka, ale także biskupów, jak abp Tadeusz Gocłowski, abp Henryk Muszyński, a zwłaszcza kard. Henryk Gulbinowicz, który wyciągnął kiedyś mojego ojca z „internatu”.
Dla wrogów Kościoła i katolicyzmu tak naprawdę to właśnie oni są najgroźniejsi, bo to oni zapewnią Kościołowi przyszłość w nowoczesnej Polsce, gdzie pretensje do stanowienia prawa pod dyktando wyznania będzie tak samo śmieszne jak fantazja, iżby w szkole państwowej ktoś miał uczyć dzieci, że homoseksualizm jest nie w porządku.
Taka Polska, normalna, podobna do Niemiec czy Anglii, czeka nas za kilkanaście lat. Jeśli w tej nowej Polsce Kościół będzie silny i szanowany, to właśnie dzięki tym światłym i odważnym księżom, którzy pomimo ciasnego gorsetu doktryny i rzymskich instrukcji, jakoś obsesyjnie krążących wokół seksu, mają odwagę i umieją rozmawiać życzliwie i mądrze, bez wywyższania się i z szacunkiem dla niekatolickiego rozmówcy, a za to z jakąś dozą krytycyzmu w stosunku do Kościoła polskiego oraz do samego Watykanu.

Znajdziecie nazwiska tych księży napiętnowane w podziemnych pisemkach i na stronach internetowych integrystów i fanatyków. Znajdziecie ich jako „Żydów” bądź takich, co się Żydom sprzedali. Tu i ówdzie zauważycie wśród nich imię Jana Pawła II. Czytam czasem te rzeczy, aby uleczyć się z antyislamskich uprzedzeń (wszak nasi fundamentaliści wcale nie lepsi!), a przede wszystkim, aby dowiedzieć się, kto jest w Kościele mądry i godny szacunku.

Kościół „Żydów” zwycięży – wierzę w to głęboko. Nie tylko u nas, ale wszędzie na świecie, nawet w samym Watykanie. Bo tak to już jest, że ludzie mądrzy, wykształceni i odważni, choć jest ich może niezbyt wielu, to zawsze prędzej czy później wygrywają z prostakami, nienawistnikami i tchórzami. Z mądrym, skromnym i życzliwym światu Kościołem będzie każdemu po drodze. Nawet takiemu zatwardziałemu agnostykowi i liberałowi jak ja. Księżom (tym, co wiedzą) kłaniam się pięknie.

Jan Hartman jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Tytuł pochodzi od autora

Rzeczpospolita
30-09-2009

Komentarz mój:
Rzadko mi się zdarza zgadzać z tezami popularyzowanymi w "Rzeczpospolitej". Zupełnie się nie zgadzam z jej komentatorami a zwłaszcza felietonistami! Tym większe moje zdumienie, że w tej właśnie gazecie znalazłem taki tekst. Tekst, pod którym mógłbym się podpisać, akceptując zdanie po zdaniu. Ciekaw jestem dyskusji, jaką słowa profesora Jana Hartmana wywołają. W jego nazwisku skryty jest twardy człowiek - życzę mu hartu ducha i wyrażam swój głęboki szacunek!


Tekst jest też dobrym komentarzem do mego poprzedniego wpisu...

25 wrz 2009

PRAWO KOŚCIOŁA PONAD PRAWEM

Takie przesłanie skierowało do Narodu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski.

Biskupi solidaryzują się z redakcją "Gościa Niedzielnego", który przegrał proces z Alicją Tysiąc. W specjalnym oświadczeniu Episkopat napisał, że "traktuje ten wyrok jako zamach na wolność słowa".

- Traktujemy ten wyrok jako zamach na wolność słowa i na prawo Kościoła do moralnej oceny postaw ludzkich – piszą biskupi w wydanym w piątek oświadczeniu. Prezydium Episkopatu zaznaczyło, że prawo do życia od początku aż do naturalnej śmierci jest podstawowym prawem ludzkim i jego obrona ma charakter uniwersalny. - Głoszenie Ewangelii życia uważa Kościół za swój podstawowy obowiązek. Odmawianie mu tego prawa, a co gorsza nakładanie sankcji karnych za przypominanie prawdy o tym, że nikt nie ma władzy nad życiem drugiego człowieka, jest niedopuszczalnym ograniczaniem misji Kościoła - napisano.


A ja się z takim "nadprawiem" nie zgadzam!!! Dla mnie to jest religijne bezprawie. Mój kraj staje się państwem wyznaniowym i fundamentalistycznym, w którym biskupi uzurpują sobie prawo włażenia w atłasowych trzewikach w nasze mózgi i sumienia...

16 wrz 2009

Najlepiej nie pisać!

Lepiej czytać! Choć nie dotyczy to blogów, bo burzą krew. Gazet też nie należy czytać, bo manipulują, oszukują, kręcą lody, przekręcają, hodują lemingi. Zwłaszcza wyborcza nie powinna być wybierana do czytania, bo wypłaszcza zwoje mózgowe, utrwala w głowach liberalno-lewackie poglądy podlane sosem syjonistycznym. Prasa kłamie! Komuna runęła, a prasa dalej kłamie…

To co czytać? Najlepiej literaturę historyczną. Im odleglejszej dotyczącą historii, tym lepiej! Dlatego ostatnio czytuję Stevena Saylora. Amerykański historyk rzymskiego antyku napisał serię książek o Gordianusie zwanym Poszukiwaczem. Żył ów „Filipus Marlovus” u schyłku republiki rzymskiej i na początku pryncypatu. Znakomity opis codzienności rzymskiej z wartką akcją, w każdym tomie dotyczącą innej zagadki kryminalnej.


Z rozpędu przeczytałem również grubachną cegłę tegoż autora „Rzym”, będącą jakoby opus magnum, ale mnie nie zachwyciło to dzieło. Beletrystyka opisująca siedem stuleci od prapoczątków Romy to ryzykowne wyzwanie. Mimo zachwytów recenzentów wolę serię detektywistyczną. A co potem? Chyba wróce do mitologii greckiej…

2 wrz 2009

"Niestosowna" Wiki...

TVN właśnie donosi:

Zaledwie kilka godzin po porównaniu zbrodni katyńskiej do holokaustu odezwały się głosy sprzeciwu społeczności żydowskiej. Sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów w Niemczech nazwał wypowiedź Lecha Kaczyńskiego podczas obchodów rocznicowych w Gdańsku "niestosowną".
- Przy całym zrozumieniu dla bólu narodu polskiego i złych wspomnień losu oficerów zamordowanych w Katyniu, właśnie w takim dniu to porównanie jest niestosowne i nie na miejscu - powiedział sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów w Niemczech Stephan Kramer gazecie "Frankfurter Rundschau". Jego wypowiedź ma się ukazać w wydaniu środowym.

Nie porównywać ofiar

Kramer stwierdził, że nikomu nie służy porównywanie do siebie ofiar, bądź nawet ustawianie ich w konkurencji do siebie - uznał Kramer.

- Podjęta przez pana Kaczyńskiego próba wymieniania jednym tchem Hitlera i Stalina nie może się powieść. Ten, kto mimo to podejmuje się porównywania dwóch tak złych, ale odmiennych zbrodniarzy, nie oddaje sprawiedliwości ani losowi Polaków, ani nieporównywalności i unikatowości holokaustu - powiedział sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów.

A CO MOŻNA ZNALEŹĆ W WIKIPEDII?
POPATRZMY:


Holocaust ("całopalenie") – termin pochodzący z kościelnej łaciny: słowo holocaustum jest adaptacją greckiego holókauston, rodzaj nijaki imiesłowu holókaustos ("spalony w całości"), od czasownika holo-kautóo ("spalam ofiarę w całości") - spolszczenie: Holokaust. Słowo holocaust (termin religijny) pierwotnie oznaczało tylko ofiarę całopalną i w tym znaczeniu może być stosowane również dziś, przedmiotem artykułu jest jednak nowsze, obecnie najpowszechniejsze znaczenie tego słowa (w tym znaczeniu, jako nazwa własna, słowo Holocaust/Holokaust pisane jest wielką literą) – prześladowania i zagłada milionów Żydów[1] przez władze III Rzeszy oraz jej sojuszników w okresie II wojny światowej.
Jest synonimem pojęcia Szoa (hebr. שואה – całkowita zagłada, zniszczenie, – transkrypcja angielska: Shoah), uważanego przez niektórych za stosowniejsze, gdyż nieodwołujące się do pozytywnego, religijnego znaczenia całopalenia. W Polsce używa się ponadto terminu Zagłada.

Polityka masowej zagłady, rozpętana już w połowie 1941, trwała ok. 40 miesięcy. Poprzedzała ją akcja T4, obejmująca zagładę osób psychicznie chorych, w czasie której opracowano technologię masowych mordów. Liczba żydowskich ofiar Holocaustu jest szacowana na 5-7 milionów, choć dokładna liczba nie jest znana z powodu braku kompletnej ewidencji oraz systematycznego niszczenia archiwów i zacierania śladów przez władze niemieckie w obliczu klęski wojennej (zwykle mówi się jednak o 6 milionach ofiar). Jedną trzecią tej liczby, czyli ok. 2 miliony, stanowiły dzieci. Liczba polskich Żydów wśród ofiar Zagłady szacowana jest wg różnych źródeł od 2,6 mln do 3,3 mln osób[2].

Holocaust stanowił bezprecedensową próbę zagłady całego narodu przy użyciu metod przemysłowych, która nigdy wcześniej i później nie była przeprowadzona w takiej skali[3]. Holocaust w założeniach miał doprowadzić do ostatecznego celowego rozwiązania kwestii żydowskiej, czyli fizycznej likwidacji całego narodu, co nie było wprost wyrażonym celem wobec żadnej innej nacji[4][5]. Stanowił systematyczny i realizowany przez aparat państwowy proces likwidacji całego narodu w tzw. Endlösung der Judenfrage ("ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej"))[6].

W szerszym znaczeniu termin ten bywa używany w odniesieniu do ludobójstwa innych prześladowanych grup etnicznych, narodowych i społecznych oraz więźniów politycznych w obozach koncentracyjnych przez nazistów, a w szczególności eksterminacji innej grupy etnicznej - Cyganów, czyli Romów i Sinti (Porajmos). Przykładowo, polityka Hitlera wobec części Słowian i Bałtów (także uznawanych za Untermenschen - "podludzi"), w szczególności Polaków, również zakładała eksterminację elit naukowych i kulturalnych (ponieważ zdaniem nazistów cywilizacja i sztuka rozwijały się jedynie dzięki nacjom zachodnim[7]) oraz eksploatację pozostałej części narodu poprzez pracę niewolniczą[8].

Szczególnie liczną grupę ofiar stanowili schwytani żołnierze sowieccy, których w niewoli zginęło ponad 3 miliony (śmierć poniosło większość jeńców radzieckich).

Kursywą zaznaczyłem to, co dla mnie najważniejsze, i z czym się zgadzam w całości! Jeśli nadwrażliwcy uważają, że "holocaust" - słowo z kościelnej łaciny (!) jest ZAREZERWOWANE WYŁĄCZNIE dla śmierci Żydów, to ja się z tym nie mogę zgodzić. Wypada więc, by nadwrażliwcy zabrali sobie słowo hebrajskie, zostawiając słowo łacińskie, i to na dodatek kościelne, narodom z kręgu kultury łacińskiej. Będzie sprawiedliwie wśród narodów świata.

W tę samą, dziwaczną dla mnie, zazdrość o słowo, wpisuje się niechęć nadwrażliwców do używania słowa "holokaust" na określenie ludobójstwa Ormian, dokonanego przez Turków na początku XX wieku. Tak jakby czyjaś nieżydowska śmierć mogła "strywializować" śmierć żydowską. Dla mnie to makabryczna konstrukcja myślowa! Chora...

ps. Dobra i stonowana odpowiedź marszałka polskiego sejmu...

24 sie 2009

Parada Krzysztofa Kubasiewicza z Łodzi

Drodzy łodzianie i mieszkańcy okolic!

Gdybym ja mieszkał u Was, to nigdy nie zagłosowałabym na polityka Krzysztofa Kubasiewicza, gdybym był kobietą i chorował, to nigdy nie poszedłbym do lekarza ginekologa Krzysztofa Kubasiewicza, a gdybym umierał z nudów, to i tak nie słuchałbym radia Parada, którego prezesem czy właścicielem jest Krzysztof Kubasiewicz! Gdyby ktoś mi go przedstawił w towarzystwie, to nie podałbym mu ręki!!!

HAŃBA!!! Człowiek, który TAK traktuje konie nie jest godzien miana człowieka...

Byłem w Kórniku...



Pałac w Kórniku, nieopodal Poznania, z zewnątrz wygląda na nieco zaniedbany. Prace przed wejściem głównym prowadzone są dosyć niemrawo.
Wnętrza są w lepszym stanie...



Jednak najważniejszy dla mnie jest park dendrologiczny. Największy w Polsce. 40 ha! Ha!



Dla mnie najbardziej imponującym drzewami w kolekcji są cypryśniki błotne, pochodzące z Florydy. Ten egzemplarz ma 170 lat i 30 m wysokości. Kuzyn rośnie u mnie w atrium, ale ma tylko 12 lat i 6 m...





Chwała Działyńskim za ten park!

14 sie 2009

Zazdroszczę Poznaniakom!

Niedługo będziecie mieli okazję posłuchać
Los Angeles Guitar Quartet
Nie będę się rozpisywać o Tej Czwórce, którą niekiedy nazywają skrótowo LAGQ. Grają na czterech gitarach od niemal trzech dekad! Grają klasycznie, nawet jeśli się biorą za utwory bardziej, albo bardzo POPularne...



Gdzieś w ich cieniu oraz pod skrzydłami Roberta Frippa powstało też trio gitarowe California Guitar Trio. Tak mi się to pokojarzyło, bo akurat słucham płyty Echoes nagranej właśnie przez CGT. Muzyką gitarową zauroczony jestem od zawsze, czyli od czasów, gdy Szedołsi wielcy byli. Trójka z Kaliforni nawiązała do The Shadows bezpośrednio w pierwszym nagraniu The Cruel Sea.



I tu popełniłem mały błąd, bo sprawdziłem w Wiki. Tam znalazłem kompozytora tego utworu. Mike Maxfield (born February 23, 1944 in Manchester, England) is a songwriter and guitarist who came to fame as a member of The Dakotas. He penned “Cruel Sea”, a song which was first recorded by The Ventures. The Dakotas would later record an instrumental version of the track, and is one of the group’s biggest hits.

Więc nie The Shadows, tylko The Dakotas! Szadołsi nie grali Okrutnego Morza. A The Dakotas słuchałem we Wrocławiu! Czy grali The Cruel Sea? Zupełnie nie pamiętam! Błąd jednak jest mały o tyle, że “gitarowe granie” uprawiali w Anglii The Shadows i The Dakotas a w USA tak grali The Ventures. Można też wspomnieć o The Sputnics ze Szwecji i Tajfunach znad Wisły.

Daleko odleciałem od LAGQ na skrzydłach skojarzeń...

ps. Własnie się dowiedziałem od Mad Doga, że zmarł Les Paul. To też TA branża.

11 sie 2009

Lubię Ukraińców!

Przynajmniej dwóch...

Spotkałem ich na wrocławskim Rynku. Siedzieli i grali na akordeonach guzikowych. Przechodziłem, śpiesząc się i zwolniłem. Grali "Zimę" Vivaldiego. Ciarki szły po grzbiecie! Stałem jak wryty. Zebrał się mały tłumek. Posypały się dwuzłotówki do torby. I ja wrzuciłem monetę. Zobaczyłem dwie płytki cd. Oglądnąłem:
- Za ile?
- Jedna 30, a jak dwie to 50.
Się skusiłem. Oprócz Vivaldiego, Bacha nagrali też Piazzolę. To lubię...



Z notki w płycie:
Alexander Burdyug and Andrey Fesenko are graduates of S. Prokofiev Donetsk State Academy of Music (Ukraine)
Występowali na Ukrainie, w Polsce, na Węgrzech, we Włoszech i Niemczech. Są nauczycielami gry na bajanie i akordeonie w koledżu sztuki i kultury w Sumach.

Mam nadzieję, że nie są czcicielami Bandery...

31 lip 2009

PiS+SLD=TVPiPR

Po dzisiejszych wyborach w KRRiT zakończył się zgniły układ partyjek, będących już tylko parlamentarnym wspomnieniem.

Pada równanie LPR+SO=TVPiPR

Nareszcie do telewizji publicznej wraca normalność. Dwie lewicowe partie dogadały się, by nam dogodzić! Chyba wreszcie ruszę się z kanapy, ustawionej przed telewizorem, i spłacę kilkuletnie zadłużenie abonamentowe. Teraz będzie komu je przekazać. Pieniądze trafią w dobre ręce!!!

Bossa nova forever!

Dziś miód na me uszy - Gazeta z okazji festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i koncertu artystów bossa novy poświęciła ponad pół kolumny temu stylowi muzyki. A ja zauroczony jestem bossa novą od tak dawna, że mogę mówić - od zawsze!

Mam świadomość, że w Brazylii bossa nova to tylko cząstka bogactwa muzycznego tego kraju, wielkiego jak kontynent. Próbowałem nawet posmakować tych innych, mniej u nas znanych odmian tradycyjnej muzyki brazylisjkiej, ale nic z tego - zawsze wracam do bossa novy.

Kilka lat temu zacząłem moją sieciową przygodę na forum audiostereo i tam poznałem wspaniałego znawcę bossa novy, skrytego pod nickiem Prezes WS. Zapoczątkował on temat "Brazil La Grand Amor... Kto jeszcze?" , w którym utonąłem na długie miesiące, aż do śmierci nieodżałowanego założyciela. Polecam to miejsce, bo jest kopalnią wielu niedostępnych wiadomości.

Do dziś zebrałem dużą kolekcję nagrań bossa novy w wielu odmianach, wykonaniach, z różnymi smakołykami i ciekawostkami. Najważniejszy jednak jest zawsze Antonio Carlos Jobim, w Brazylii zwany poufale Tomem. A z wykonawców najbardziej z bossa novą kojarzy mi się Astrud Gilberto, pewnie dlatego, że wdrukowała mi się w mózg jako Pierwsza Dama tej muzyki. Chronologia rządzi hierarchią widocznie.


Astrud Gilberto i Tom Jobim (lata sześśdziesiąte XX w.)

Polecam nie tylko ten artykuł - polecam przede wszystkim samą BOSSA NOVĘ! To wspaniała muzyka na zbolałą duszę, znakomita dla ludzi szczęśliwych, uzdrawiająca dla chorych - jednym słowem - muzyczne panaceum!
:)

30 lip 2009

Weekend w Sudetach

Dom na końcu wsi czeka - powyżej już tylko las, górki i niebo.

Filip pilnuje domu, zaczajony taktycznie.

Przyroda wabi na spacer.

Grzyby są piękne.

I smaczne.

Pora wracać do miasta.

24 lip 2009

Obejrzałem Cadillac Records

Wrocławska Mediateka to mój stały filmopój. Akurat zamknięty z okazji festiwalu filmowego, dlatego można było wypożyczyć nie dwa a trzy dvd i nie na trzy dni a na dwa tygodnie. Wśród wybranych z półki pozycji jedna poruszyła mnie mocno. “Cadillac Records”!

Na okładce reklamka: “Cadillac Records to hit ze szczytów list przebojów! Nareszcie powstał film o prawdziwych początkach rock and rolla.” I nazwiska wykonawców: Adrien Brody, Jeffrey Wright i Beyonce Knowles. Ta ostatnia jako Etta James, a ten pierwszy jako Leonard Chess! O pannie Beyonce wiem, że młodzież ja lubi, za to o Ettcie wiem, że ja ją lubię.



Leonard Chess, to polski Żyd z Częstochowy, który przed wrześniem 1939 wyjechał do USA, gdzie założył wielce zasłużoną w propagowanie bluesa wytwórnię Chess Records. I o tym jest film.

Nic o tym filmie wcześniej nie słyszałem. A premierę miał 5 grudnia 2008. W polskich kinach się nie zjawił, tylko od razu od 21 kwietnia na dvd. Szkoda, bo ze względu na fantastyczną muzykę chętnie obejrzałbym ten obraz w porządnym, świetnie nienagłośnionym kinie.

Film opowiada o karierach Muddy’ego Watersa, Howlin’ Wolfa, Little Waltera i Etty Jones, czyli sztandarowych postaci bluesa z przełomu lat 50-tych i 60-tych, o wzlocie i przygaśnięciu tej muzyki, o początkach rock and rolla i pierwszych sukcesach Chucka Berry’ego. Kończy się sceną, w której właśnie przygaśnięte gwiazdy wyjeżdżają na zaproszenie Rolling Stonesów do Anglii, gdzie nastąpi entuzjastyczne odkrycie ich muzyki przez europejską młodzież. Ich gwiazda już nigdy nie przygasła!

Oglądałem ten film z wielką, dawno nie odczuwaną radością, dlatego serdecznie polecam! Ci, którzy takiej muzyki nie znają, odkryją ją być może z zadowoleniem, czego wszystkim życzę.

21 lip 2009

Drobiażdżek czy niechlujstwo???

Nie ukrywam, że nie przepadam za Ziemkiewiczem Rafałem. Dlatego rzadko go czytuję. Ale dziś się przemogłem. Pewnie przez tytuł. Zaintrygował mnie.

"Lekcja Miasojedowa". Ciekawie napisane. Ale ten drobiażdżek:

"Miasojedow był kozłem ofiarnym, na którego zrzucono winę za klęski armii rosyjskiej w analogicznej sytuacji w roku 1915. Osądzony wedle doraźnej procedury, skazany bez żadnych dowodów winy i natychmiast rozstrzelany, a potem ogłoszony symbolem narodowej zdrady, miał, tak jak i Pawłow, zdjąć odpowiedzialność za klęskę z rzeczywistych winowajców.
W istocie był kamykiem poruszającym lawinę. Mackiewicz, skupiony na splocie przypadków, który zawiódł Miasojedowa na szubienicę..."

Panie Rafale - niechlujstwo! Czytajże Pan własne teksty, nawet jeśli uważasz Pan je za genialne! Zwłaszcza wtedy...

2 lip 2009

Szanowny Panie Ambasadorze - czegoś nie rozumiem!

"Polska powinna zwrócić majątki bezpotomnych ofiar Holokaustu – domagają się środowiska żydowskie".
"takie postulaty zgłoszono podczas zwołanej przez Unię Europejską konferencji poświęconej utraconej żydowskiej własności, która zakończyła się we wtorek w Pradze."
"Żądają zwrotu mienia ofiar Holokaustu".“Polska powinna zwrócić majątki bezpotomnych ofiar Holokaustu – domagają się środowiska żydowskie”.
“takie postulaty zgłoszono podczas zwołanej przez Unię Europejską konferencji poświęconej utraconej żydowskiej własności, która zakończyła się we wtorek w Pradze.”
“Żądają zwrotu mienia ofiar Holokaustu”.

Takie tytuły powitały mnie dzisiaj w polskiej prasie sieciowej. Dawid Peleg, szef Światowej Żydowskiej Organizacji na rzecz Zwrotu Mienia uważa, że otwiera się droga do negocjacji w sprawie zwrotu. Kim jest Dawid Peleg? Wiki skrótowo podaje: “David Peleg (ur. 1942 w Jerozolimie) – izraelski historyk i dyplomata, w latach 2004-2009 ambasador Izraela w Polsce.” Nie jest więc żadnym amerykańskim Żydem zatrudnionym w dochodowym biznesie “przedsiębiorstwa Holokaust” tylko izraelskim dyplomatą. Izraelczykiem urodzonym w Izraelu! I taki dyplomata domaga się od innego państwa, by oddało Izraelowi majątek obywateli innego państwa, którzy zmarli bezpotomnie!

Przy całej mojej sympatii do Żydów i do państwa Izrael ta akcja jest dla mnie hucpą! Jeśli Nigeryjski piłkarz stanie się obywatelem Polski z własnej woli, dorobi się tu majątku i niespodziewanie zemrze a w Nigerii, ani nigdzie indziej, nie odnajdzie się żaden jego krewny-spadkobierca, to ambasador Nigerii też może sobie zażądać zwrotu spadku do kraju urodzenia? Nawet ta analogia jest kulawa, bo Żydzi polscy byli obywatelami Rzeczypospolitej od wielu pokoleń, często od setek lat! Zmarli lub zostali zamordowani w czasie, gdy nie istniało państwo Izrael a ich pobratymcy spokojnie żyli sobie za oceanem i nie używali wpływów politycznych na swój rząd, by ujął się za pobratymcami!

I teraz cały porządek prawny, od setek lat istniejący w Polsce ma się odwyrtnąć? To jest szkoła dyplomacji, jaką pan Peleng wyniósł ze służby dyplomatycznej w placówkach Izraela “w Afryce, Ameryce i Europie, a potem w latach 1986-1996 w ministerstwie spraw zagranicznych”???

Panie Ambasadorze – ja się z tym nie zgadzam!!!

Sprawa ta snuje się już od kilku tygodni, a można powiedzieć, że jest w obiegu od zakończenia IIWŚ...

ps. opublikowałem tę notkę w sześciu miejscach - ciekaw jestem komentarzy...

23 cze 2009

Chyba rozpalę kominek...

Wrocław
O godzinie 4 rano obudził mnie blask błyskawic. Dopiero po chwili doszło dudnienie grzmotów. Zaczęła się ulewa. Gdy wychodziłem przed 7 do pracy była już tylko deszczem. Ale on pada z różnym natężeniem do teraz, a dochodzi 15…

Ogródek podleje się pięknie. Mam nadzieję, że nie pójdzie w piwnice…



A jak u Was, Szanowni? Słonko? Tylko pochmurno? Czy może POTOP?

22 cze 2009

Twitter - po cholerę toto?

jotesz
Lem wyrwałby resztki włosów z głowy, gdyby dożył twittera. Pisanie pierdół na krótko... Dla nikogo. Byleby napisać. Zgroza i durnota!
less than 5 seconds ago from web

jotesz
o_O Maszyna przypisała mi taki znak. Ciekawy...
less than 5 seconds ago from web

jotesz
Sobie piszę a muzom. Wśród Amerykanów, którzy niczego nie pojmują. Irak, Iran, tato - to ich zajmuje. Słusznie... Ale ja ich rozumiem.
less than 5 seconds ago from web

jotesz
Tylko o muzyce mogę pisać, bo jest taka ulotna. a przecież trwa. Ukryta w nutach, płytach, kasetach. Pamięci...
less than 5 seconds ago from web

16 cze 2009

Platforma straci wyborców!

“- Pomysł rządu Donalda Tuska, oznacza, że osoby które głosowały na PO, a była wśród nich duża ilość studentów, zostaną ukarane za to, że w wyborach parlamentarnych w 2007 roku poparły właśnie Platformę – oświadczył podczas konferencji prasowej poseł Hofman.”

Niechętnie przyznaję rację politykom PiSu, ale tą inicjatywą rząd Tuska doprowadzi mą rodzinę do rezygnacji z popierania PO. Pewnie kierujemy się rodzinnym egoizmem i pewnie to przyznam, co efektu nie zmieni. Moja młodsza równolegle studiuje historię sztuki i czeski, co jest widocznie jej fanaberią, obliczoną na rozbicie budżetu państwa i “wieczne” studiowanie. Filologów czeskich jest ci u nas tylu, że kolejni niech się uczą na własny koszt…

Muzyka łagodzi obyczaje?

...bąknę tutaj o minionym “festiwalu” w Opolu, który zamiast być świętem polskiej piosenki, był śniętą polską piosenką. Nawet się śmiałem podczas wygłupów braci aktorskiej, która udawała kapelę rockową, szarżując ostro pastiszem przechodzącym w parodię. Ale cała reszta była mocno ziewliwa.

I tylko dumałem o Maryli, co to nie wystąpiła, bo nie dano jej śpiewać w wymarzonym duecie z Dodą. Muzyka łagodzi obyczaje?


Akurat słucham bandy rumuńskich Cyganów, pochodzących z zapadłej wiochy. Zrobili światową karierę – moim zdaniem jak najsłuszniej! To zespół Taraf de Haidouks, z “i” mającym dwie kropki u góry. Totalny odjazd i wybuchający dynamit! Ludowość nieudawana i od razu przekonywująca słuchacza. Polecam…

6 cze 2009

Wracam...

...po trzech tygodniach w Kołobrzegu. Aż się nie chce. W każdym razie żyję! I na wybory pójdę...

Choć wybór jest taki, że chciałoby się w krzaki.

4 maj 2009

29 kwi 2009

22 lipca 1970 roku... GDY ŻYŁY DINOZAURY (16)

Świeto Lipcowe obchodziło się w PRL niemal tak uroczyście, jak Święto Pracy. Dzień był wolny, choć na szczęście nie było obowiązkowego pochodu. Tak bywało w kraju, ale my byliśmy w Związku Radzieckim, dlatego wcześniej postanowiliśmy, że w odpowiednim momencie, przed samym 22 lipca, z zaskoczenia oznajmimy, że jest to święto narodowe ludowej ojczyzny i dlatego nie możemy skazić go pracą w błocie! Przyjemność wywalczenia takiego przywileju została nam odebrana przez towarzyszy radzieckich, którzy kilka dni przed terminem oświadczyli, że oni „znajut, czto etot dień eto priazdnik wazrażdienija narodnoj Polszy” i oczywiście będzie on wolny od pracy a nawet zorganizowane zostaną uroczyste obchody!

Prazdnik w komuniźmie to nie tylko opieprzanie się ale i różniste atrakcje. Rosjanie powiadomili, że w sowchozie zostanie wydany uroczysty obiad w świetlicy oraz akademia ku czci, w sali widowiskowej. W sprawie menu towarzysze przeprowadzili wywiad, co byłoby smakołykiem zadowalającym polskich druziej. Rozbawiło mnie to wypytywanie, po dwóch tygodniach karmienia nas nędznym i mało urozmaiconym jedzeniem. Rosjanom trzeba było długo tłumaczyć, co to jest ten „schabowy”, o którym opowiada każdy zapytany Polak i jak się go przyrządza. Nie znali takiego kawałka mięsa i nie jadali go w takiej postaci. Ostatecznie osiągnął on formę kawałka dość tłustej wieprzowiny, solidnie wysmażonej na tłuszczu.

Kolejne pytanie dotyczyło wypitki! To pytanie zdumiało nas jeszcze bardziej! Przecież od pierwszego dnia obozowego żywota poddani byliśmy surowej prohibicji. „Suchoj zakon” dotyczył każdego alkoholu, włącznie z cienkim piwem. A tu takie bezpośrednie pytanie? I kolejne zdziwienie Rosjan – po co grzać to wino przed wypiciem? I jeszcze dodawać do niego goździki i esencję herbacianą? Jakoś to przyjęli do wiadomości, zwłaszcza po oznajmieniu, że dobrze też dodać trochę spirtu. Skończyło się na tym, że kupili skrzynkę białego wina wytrawnego. Grzaniec wyszedł wielce oryginalny – nigdy przedtem takiego w Polsce nie próbowaliśmy! Nigdy potem też...

Alkoholowych niespodzianek było więcej. Gdy już znaleźliśmy się w sali biesiadnej sowchozu Szuszary, przy dwóch długich stołach, połączonych krótkim dla oficjeli, okazało się, że przy każdym nakryciu stała ćwiartkowa butelka wódki, tak zwana „czikuszka”. Dla Rosjan na jeden dobry raz. Nasi koledzy, którzy pomagali przy zakupach i rozstawianiu napojów na stołach, poddali je wyprzedzającej degustacji, co szybko się okazało.Sławciu siedział naprzeciwko nas. Patrzyłem na niego akurat w chwili, gdy zasłużony sowchoźnik zaczął przemowę powitalną. Pierwsze zdanie zapiętałem na zawsze, bo opowiadałem je później setki razy.

„Ja oczień rad, czto polskije studienty prijechali pomagat’ stroit’ nasz sowchoz, potamu, czto ja DWA raza oswabażdał Polszu – w tridcat’ diewjatom i sorok piatom”! Sławciu poczerwieniał, wybałuszył oczy i już chciał coś palnąć bez namysłu, ale Rysiek zdołał go jakoś uciszyć w ostatniej chwili przed wywołaniem incydentu międzynarodowego. Marynarka sowchozowego aktywisty obwieszona była imponującą kolekcją medali, brzęczących cicho z dumy.

Obiad minął szybko, buteleczki starczyły na kilka zaledwie toastów, już nie tak pełnych szczerej radości wyzwoleńczej. Wieprzowina była za tłusta, ziemniaki za chude, więc efekt był średni. Po obiedzie przeszliśmy do świetlicy, która okazała się dużą salą widowiskową z małą scenką. Tu odbył się koncert pieśni wojennych i partyzanckich w naszym wykonaniu. Przy pianinie zasiadł Leszek, a trio wokalne stanowiłem ja, Zbyszek i Sławciu między nami, dobrze napity lecz niewyżyty. Ukradł nam imprezę swoją swobodną pijacką choreografią. W końcu trzymaliśmy go za dłonie, więc już tylko przytupywał miarowo do wiązanki pieśni, głównie legionowych! Myślę, że słów „bolszewika goń, goń, goń” nie używaliśmy, choć powód mieliśmy zupełnie świeży...

Nadszedł wieczór a z nim impreza taneczna w naszej stołówce obozowej. Usunięto z niej stoły a ławy ustawiono pod ścianami. Za przepierzeniem kuchennym podgrzewano wino, zdrowo zaprawione spirytusem. Muzyka wydobywała się z telewizora, który robił za wzmacniacz i głośnik, więc jego ekran dawał sinawą poświatę po drewnianym wnętrzu. Dźwięk był głośny i charkotliwy. Jeden z Rosjan przytargał z domu toporny magnetofon szpulowy, na którym miał kolekcję nagrań z radia Helsinki, więc zdarzały się nawet przeboje nam znane. Do tańczenia nasz obozowy woźnica przywiózł bryczką kilka sympatycznych Czeszek z łagra po sąsiedzku a gromadka Niemek z kolegami dojechała autobusem z dalszej odległości. Ci ostatni ubrani byli w gustowne błękitne koszule FDJ, które widać udawały zupełnie dobrze kolor brunatny, dawniej bardziej popularny.

Jeden z Wolnych Niemieckich Młodych, po wypiciu odpowiedniej objętości polskiego grzańca, ośmielił się i zaczął narzekać na błoto w miejscu pracy. Przyłożył dłoń pod kolano, mówiąc „bołota stolko” a potem nad kostką, dodając „a sapagi stolka”, co pokazywało dokąd sięga błoto, a dokąd trzewiki. Pokiwaliśmy głowami współczująco, domyślając się, że potulni enerdowcy nie wywalczyli obuwia roboczego w postaci gumiaków. Pocieszyłem ich fałszywie, mówiąc, że ich ojcowie i dziadowie próbowali dostać się do Leningradu siłą, a im udało się to w sposób pokojowy, więc co tam błoto! Chyba ich to nie przekonało, bo się tylko skrzywili. Znowu ta nasza „polskaja forma jumora”.

Po północy zabawa stała się demoniczno-paranoiczna. Komandir i komisar spili się jak świnie, cała reszta trochę mniej, ale też ostro. Byłem akurat przy drzwiach, gdy grubo po północy się otworzyły i w progu stanęli, znani mi już z dwu wizyt, towarzysze naczalstwo leningradzkiego Komsomołu. Byli przecież zapraszani na oba zebrania poświęcone osądzeniu naszych koleżanek radzieckich, które złamały zakaz picia alkoholu! Weszli wolno, starając się przyzwyczaić wzrok do niemrawej sinej łuny, bijącej z migoczącego ekranu telewizora. Po dłuższej chwili zauważył niespodziewanych gości komandir i przytoczył się do zdegustowanych, trzeźwych bonzów. Próbował ich obejmować na niedźwiedzia i obcałowywać, ale oodsuwali się z odrazą. Delegacja szybko się zmyła, przed odjazdem zdążyła jednak na uboczu zdrowo obsobaczyć obozową kadrę.

Następnego dnia komisar od samego rana, skacowany i zapłakany, pisał samokrytykę oraz rezygnację. Odwołano go zaraz po naszym wyjeździe, o czym dowiedzieliśmy się z kartki od Iriny. Komandir też wyleciał. Rosjanie nie powinni zbyt mocno świętować wyzwalań Polski, bo nie wychodzi im to na zdrowie...

23 kwi 2009

PiS łże!

WYROK WS. KONTROWERSYJNEGO SPOTU PIS

Sąd zakazał emisji spotu PiS




Prawo i Sprawiedliwość musi wycofać sporny spot wyborczy i przeprosić Platformę Obywatelską na antenie pięciu kanałów telewizyjnych. Warszawski sąd okręgowy w trybie wyborczym przychylił się do pozwu PO, wyrok nie jest jednak prawomocny.
Sąd zdecydował, że PiS musi zaprzestać nie tylko emisji spotu, ale i w terminie 48 godzin zamieścić płatne ogłoszenie na antenie TVN24, TVN, TVP1, Polsat News i Polsat, w których przeprosi PO i wycofa się z treści spotu.. Komitet Wyborczy PiS musi zamieścić ogłoszenie także na stronach internetowych pis.org.pl, gazeta.pl i dziennik.pl. PiS został też obarczony kosztami postępowania w wysokości 377 złotych. To pierwszy pozew w trybie wyborczym w tegorocznej eurokampanii.

PiS: Kwoty podaliśmy za mediami

Pełnomocnicy obu stron podtrzymali przed sądem swe stanowiska. PO przekonywała, że w spocie zostały podane nieprawdziwe informacje na jej temat i domaga się m.in. przeprosin.

Według PiS, spot nie zawiera jakichkolwiek nieprawdziwych informacji. Pełnomocnik partii zastrzegał jednak, że kwoty pojawiające się w spocie podane zostały za mediami.

Zdaniem pełnomocnika PiS, sprawa nie powinna być rozpatrywana w trybie wyborczym, bo - jak mówił - spot nie jest materiałem wyborczym w rozumieniu ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Przedstawiciel PiS wniósł o oddalenie pozwu.

"By żyło się lepiej. Kolegom"

Platforma żądała, aby sąd zakazał PiS rozpowszechniania spotu "Kolesie", w którym zarzucono PO, że dba tylko o interesy własnych działaczy i ich rodzin, zamiast pomagać np. upadającym stoczniom.

Reklamówka nawiązuje m.in. do przedwyborczego hasła PO: "By żyło się lepiej. Wszystkim". Jednak w miejsce słowa "Wszystkim" pojawia się czerwony prostokąt ze słowem "Kolegom".

PO domagała się też, aby PiS zaprzestało rozpowszechniania - nieprawdziwej jak podkreśla Platforma - informacji, jakoby rząd PO załatwił zlecenia firmie senatora Tomasza Misiaka i żonie ministra skarbu Aleksandra Grada. PO skarży też PiS za wypowiedzi o tym, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz przyznała swoim urzędnikom nagrody w wysokości 58 mln zł.

PO żąda także od PiS przeprosin (w formie płatnych ogłoszeń) za "naruszenie dobrego imienia Platformy i wprowadzenie w błąd wyborców" na antenie TVN24, TVN, TVP1, Polsat News i Polsat.

tka/tr

Podałem w całości wiadomość tvn24:
http://www.tvn24.pl/12690,1596936,0,1,pis-ukarany-za-kolesi,wiadomosc.html
niech się dowie jak najwięcej ludzi!

12 kwi 2009

Koty też...


lubią święconkę!

11 kwi 2009

A L L E L U J A


SMACZNEGO

pasztet

pasztet po upieczeniu

pasztet przed upieczeniem

PISANKA światowa sprzed lat


10 kwi 2009

Bydgoski PiS nie może przełknąć!

Bydgoski PiS nie może przełknąć, że "jedynkę" na ich liście dostał nagle Ryszard Czarnecki.

Taką wiadomość wytłuścił dziś papierowy "Dziennik". Szkoda, że w eDzienniku już tego zdania nie ma. Jest za to inny fragment:

W ostatniej chwili "jedynkę" dostał tam Ryszard Czarnecki. Przez kilka miesięcy miejsce to było zarezerwowane przez prezesa Kaczyńskiego dla Kosmy Złotowskiego. "Gdy wyjeżdżałem w środę wieczorem z Warszawy, naszym kandydatem był Złotowski, a gdy dojechałem do domu już Czarnecki" - żali się Wojciech Mojzesowicz szefujący PiS w Bydgoszczy. I dodaje zdenerwowany: "Za stary jestem na takie numery, zastanawiam się, co dalej".

Dziwi mnie zdenerwowanie Wojciecha. Taki stary weteran trzech partii nie powinien się dziwić. W końcu Ryszczar jest większym weteranem od niego. O jakieś kolejne trzy partie. Kosma zaliczył łącznie cztery, ale zaczynał w PC! Jest więc "korzennym" pisowcem. I jest z Bydgoszczy. Syn tej ziemi! A komu musi ustąpić?


Marionetkowemu kogucikowi na dachu, zawsze ustawiającemu się tam, gdzie tłusto karmią i suto płacą. Wiernemu pochlebcy. Wiernemu krótko, akurat na tyle, by sobie znaleźć kolejnego opiekuna. Na rok, dwa, trzy. Byle pływać, byle nie utonąć w bajorze polskiej polityki, która dzięki takim "politykom" jest właśnie takim bajorem!

Tfu! PiS dużo potrafi przełknąć, każdą durnotę prezia i jego janczarów. A w Bydgoszczy się zadławił! I nie może przełknąć...

Na koniec smaczek - głos samego "bohatera", umieszczony na jego słynnym albo osławionym blogu:
"Najkrótszy blog roku - o kilku województwach. Ziemia Kujawsko-Pomorska - wielkie wyzwanie, Ziemia Dolnośląska - sentyment, Ziemia Lwowska - tęsknota, Ziemia Wielkopolska - przykrość. To takie "geograficzne" podsumowanie dnia..."
Od siebie skwituję, że ten sentyment do Ziemi Dolnośląskiej jest zupełnie nieodwzajemniony przez Ziemię!

6 kwi 2009

Bojkotujmy TVP

2009-04-06,

List Krzysztofa Krauzego* do widzów telewizji publicznej

W telewizji publicznej miał miejsce brunatny przewrót. Telewizja została zawłaszczona przez byłych neonazistów i wszechpolaków. Dziś jej społeczną misję realizują ludzie, których zapewne nie wpuścilibyście do domu. Ale mimo to są w Waszych domach. Każdego dnia przez kilka godzin, od momentu, kiedy włączacie telewizor. Selekcjonują dla Was informacje, wpuszczają na antenę ludzi, za których Polska musi się wstydzić. Układają "zdrowy moralnie" program. Tak czynią i będą tak czynić, dopóki nie powiemy im: Stop!

Wszystko, co się stało w telewizji publicznej, stało się w majestacie prawa, przez drzwi kancelarii prawniczych. Mam nadzieję, że taki jest powód milczenia czołowych, cieszących się największym społecznym zaufaniem polityków. Jestem przekonany, że jest to tylko chwilowa konsternacja. Bo nie wierzę, że w tym milczeniu jest zgoda na antysemityzm, ksenofobię, homofobię. Prawda, Lechu? Prawda, Donaldzie? Prawda, Radku?

Drodzy Widzowie i Telewidzowie, milczenie polityków z niczego nas nie zwalnia. Odwrotnie, zobowiązuje do coraz głośniejszego protestu. Dlatego oświadczam, że przyłączam się do bojkotu mediów publicznych. Nie pojawię się w Waszych domach na ekranie, nie sięgnę po telewizyjne pieniądze (filmów nie muszę starać się zatrzymywać, bo po tym liście same znikną z planu emisji). Zapewne długo się nie zobaczymy, ale kiedy się spotkamy, będziemy mogli spojrzeć sobie w oczy. W gruncie rzeczy nie mamy nic poza własnym życiorysem.

Moi Drodzy, przyłączam się do bojkotu i Was namawiam do tego samego. Namawiam, żebyśmy 3 maja nie oglądali telewizji publicznej. Przyznacie, że to dobra, symboliczna rocznica. Zróbmy sobie taki egzamin z demokracji. Po wynikach oglądalności zobaczymy, ile jesteśmy warci. Przy tej okazji proszę internautów, przyłączcie się. Pomóżcie wypromować tę akcję! Może przebijemy się do świadomości polityków. Spróbujmy ich zawstydzić. I przy okazji wszystkie organizacje życia publicznego, które nabrały wody w usta. Nie wyłączając z tego środowisk twórczych.

Na koniec sprawa o znaczeniu fundamentalnym. Czytam rozmaite diagnozy dzisiejszej choroby mediów publicznych. Wszyscy upatrują początku nieszczęścia w egzotycznej poprzedniej koalicji. Wszyscy winią o to Jarosława Kaczyńskiego. Zaprosił Ligę Polskich Rodzin do koalicji, a kiedy ją zerwał, było już za późno. Rak zaczął się rozwijać, brunatni kolesie pociągnęli kolesiów i dziś mamy to, co mamy. Niestety, to tylko część prawdy. PiS zaledwie wykorzystał sytuację, którą stworzyliśmy my sami. To my dopuściliśmy, żeby przedstawiciele Ligi znaleźli się w parlamencie. My wszyscy - z prawa, lewa i ze środka.

We współczesnym świecie istnieją mechanizmy, które wycięłyby Ligę już na starcie. Istnieją konstytucje demokratycznych państw, które uniemożliwiają dostęp do parlamentu ludziom, których poglądy i działania zmierzają do ograniczenia demokracji.

Poddaję to pod rozwagę tym wszystkim, którym leży na sercu nasz wspólny los. Zastanówmy się nad prawnymi regulacjami. W przeciwnym razie cyniczna lekcja, jaką dała nam Liga Polskich Rodzin, pójdzie na marne.

Dodam do tego swój własny komentarz. Od czasu zdobycia TVP i przemianowania jej w TVPiS przestałem płacić abonament. Od chwili pałacowego przewrotu wśród gangsterów politycznych i zdobycia tronu przez postfaszystę Farfała nie płacę w dwójnasób. To mój bojkot. Jak się do tego mają ostatnie sejmowe bąknięcia o tym, że co prawda abonament to podatek bezprawny, bo nienałożony przez parlament, ale zapłacić całą zaległość trzeba, bo jak nie to sejm zmusi do ściągnięcia skarbówkę, a ta jest sprawna w ściąganiu opłat należnych i nienależnych także! Jest w tym durnowata dwoistość, tak charakterystyczna dla tego, co nas otacza...

A może rozwiązaniem byłoby płacenie na zablokowane konto w banku, które może być uruchomione na finansowanie telewizji publicznej? Naprawdę publicznej...

Z OSTATNIEJ CHWILI (8 kwietnia 2009 r.):
„Potrzebna jest refleksja nad tym co się dzieje w TVP”, a nie walka za pomocą inwektyw. – TVP grozi załamanie finansowe i nie wiadomo, czy spółka to przetrwa – mówił Bosak (były poseł LPR, a obecnie członek rady programowej TVP), wskazując na malejące wpływy z abonamentu, co przekłada się m.in. na masowe zwolnienia.
Dziwne te masowe zwolnienia, gdy masowo przyjmuje się LPRowców z wszechpolackim rodowodem...

DYPLOMATOŁECTWO

Błazenada godna Talleyranda albo Machiavellego... rodem z zapóźnionego pegeeru!

Tyle mam do powiedzenia o ostatnim popisie myślicieli z Platformy, którzy powinni pracować na wiertniczej, a nie obywatelskiej. Przesłanie świstka, podpisanego przez zastępcę aplikanta sekretarza zastępcy dyrektora wiceministra, jako instrukcji RZĄDOWEJ dla PREZYDENTA, jest hucpą, która budzi obrzydzenie! I to TACY politycy chcieli kierować NATO?

Stan osłupienia i niesmaku pogłębiony jest do dna późniejszym nagłośnieniem tych szczegółów kuchni politycznej, godnej podrzędnej jadłodajni na skraju Trzeciego Świata. "Miałeś żeś pan opóźniać!" pouczają rude Makiawele. "To się nadaje do Trybunału Stanu!" syczą łyse Taniegrandy.

Popis! PO+PiS = taki popis! Prezydent PiSu nie dogadał się z premierem PO, bo zamiast bezpośrednio, w cztery oczy, gębowo, bawiono się w jakieś świstki, zastanawiając się, czy nazwać je "instrukcją", "sugestią" czy innym dyplomatycznym wyrazem!

To właśnie o TAKIEJ dyplomacji Bartoszewski mówił DYPLOMATOŁECTWO!!!