28 kwi 2010

Skandalicznie zakłamana rzeczywistość

Nie jestem wielbicielem Rzeczpospolitej, czyli treści, które szerzy. Nie zgadzam się najczęściej z komentarzami jej publicystów. Na niektórych mam chyba mentalne uczulenie. Ale z oceną pani Katarzyny zgadzam się w zupełności, pewnie dlatego, że nie jest dziennikarką Rzepy. Dlatego zamieszczam ją z linkiem do całego dwugłosu w sprawie filmu "Solidarni 2010". Tym drugim głosem jest Krzysztof Kłopotowski, ale do niego należy dotrzeć samodzielnie...

Katarzyna Kolenda-Zaleska


To, co się działo przed Pałacem Prezydenckim, było fantastycznym materiałem na reportaż. Ale to, co zrobili autorzy filmu, to była zwyczajna agitka – twierdzi dziennikarka TVN


Pierwsze moje wrażenie z filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010” było takie, że właśnie obejrzałam film całkowicie bezrefleksyjny, w którym dziennikarz jest wyłącznie sitkiem do mikrofonu. Na dodatek sitkiem, które bardzo tendencyjnie dobiera wypowiedzi bohaterów.

Sam przekaz filmu był skandaliczny. Teza w największym skrócie brzmiała tak: katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach, premier Tusk ma krew na rękach, a Rosjanie chcą nas jak zawsze oszukać. I tylko prawdziwi patrioci, czyli ci, którzy wcześniej popierali politykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego i go nie krytykowali, mają prawo dzisiaj po nim płakać.

A przecież demokracja polega na tym, że można krytykować ludzi, z którymi się nie zgadzamy, zwłaszcza jeśli są to osoby pełniące funkcje publiczne. Takie jest zresztą zadanie dziennikarza – patrzeć władzy na ręce. Wywoływanie wrażenia, że jest coś złego w krytykowaniu prezydenta czy innych ważnych polityków, jest na dłuższą metę bardzo szkodliwe. I zwłaszcza Pospieszalski jako dziennikarz powinien to rozumieć.

Tytuł filmu brzmiał „Solidarni 2010”. Po jego obejrzeniu nasunęło mi się pytanie: czy rzeczywiście ten film był solidarny także z innymi ofiarami katastrofy? Nie zauważyłam. Z filmu dowiadujemy się, że była tylko jedna ofiara smoleńskiej katastrofy – pan prezydent. Czy to jest uczciwe? Nie. To jest zakłamywanie rzeczywistości. To film, który z założenia miał pokazywać spiskową wizję dziejów.

Nie przyjmuję tej wizji, bo to nie jest Polska, w której żyjemy. Zwłaszcza że ja też byłam przed Pałacem Prezydenckim i rozmawiałam z tymi ludźmi. A oni mówili bardzo różne rzeczy. W zależności od tego, kto kiedy stał i ile stał. Dzień po katastrofie emocje i szok, jakiego wszyscy doznali, były większe niż np. szóstego dnia. Inne rzeczy mówi się pod wpływem żywych emocji, a inne, kiedy te emocje choć trochę opadną. I proszę mi wierzyć, nie stali tam wyłącznie ci, których pokazano w filmie. Byli też tacy, którzy mówili, że na co dzień nie interesują się polityką, ale przyszli oddać hołd parze prezydenckiej oraz wszystkim ofiarom. W tych dniach Pałac Prezydencki stał się bowiem symbolem wszystkich tragicznie zmarłych osób, symbolem ogromu nieszczęścia, jakie nas wszystkich dotknęło. I każdy ma takie samo prawo do opłakiwania ofiar.

Wiadomo, że w tłumie pojawiają się różne domysły i teorie, ale nie znaczy to, że wszystkie – w tym te najbardziej wydumane – muszą iść na antenę. Podstawowym zadaniem dziennikarza jest analiza zebranego materiału. Jeśli jakiś pan wygłasza tezę, że to na pewno był zamach rosyjski, to nie można takiej wypowiedzi zostawić bez komentarza, bo nie ma na to żadnych dowodów. A jeśli ktoś inny mówi, że ma informację, iż dwie godziny po katastrofie Bronisław Komorowski wraz ze swoimi ludźmi plądrował IPN, to rzetelność dziennikarska nakazywałaby poinformować widza, że dwie godziny po katastrofie marszałek Komorowski był w drodze do Warszawy. Jak więc mówić tu o odpowiedzialności dziennikarza za słowo?

Dziennikarz jest nie tylko od tego, żeby rejestrować, ale także by objaśniać świat i analizować to, co widzi i słyszy. Aby pokazywać obraz jak najbliższy prawdzie, a nie żeby naciągać go pod swoją tezę. Całkowicie niedopuszczalne było też sugerowanie rozmówcom odpowiedzi, podpowiadanie im, co mają mówić (w dodatku żując przy tym gumę). A takie metody stosowano w tym filmie.

To, co się działo przed Pałacem Prezydenckim, było fantastycznym materiałem na reportaż. Ale to, co zrobili pan Pospieszalski i pani Stankiewicz, to nie był żaden reportaż, ale zwyczajna agitka. Nieodpowiedzialna, jednostronna, zafałszowująca obraz Polski i pełna elementarnych błędów dziennikarskich. Im dłużej ten film oglądałam, tym bardziej się czułam przerażona.

—not. k.b.
Katarzyna Kolenda-Zaleska jest dziennikarką „Faktów” TVN
Rzeczpospolita

Brak komentarzy: