3 gru 2009

F A G O T

Fagot, to moja kolejna fascynacja instrumentalna. Instrument dęty drewniany, co widać, więc i laik uwierzy. Długa, ponad metrowa rura z drewna klonowego, trzymana przez muzyka dumnie w pionie, niby pika. Dmucha się co prawda w cieniutką rurkę, ale dźwięk wydobywa się dostojny. Jak podaje Wiki “instrument charakteryzuje się głębokim, melancholijnym i bardzo naturalnym brzmieniem”. Święta prawda! Bardziej zdziwiła mnie informacja o zastosowaniu – “wykorzystywany jest w orkiestrze kameralnej, symfonicznej, jako instrument solowy, w jazzie oraz w różnego typu zespołach instrumentalnych.”

Otóż w jazzie spotkałem fagot jedyny raz! I to na żywo, własnymi uszami. Było to przed wielu laty, gdy wrocławski festiwal studencki Jazz Nad Odrą był wielką imprezą, na która waliły tłumy. Z Krakowa przyjechał zespół Laboratorium. W zespole grał Marek Stryszowski na fagocie! Tylko jego naprawdę słuchałem, choć rządził pianista Janusz Grzywacz. Ale ten fagot grający jazz to było fascynujące zjawisko i niespotykane! Rewelacja! Przynajmniej dla mnie. Chyba wyłącznie dla mnie, bo szybko pan Marek rzucił w kąt fagot i zamienił go na saksofon. Ale saksofonistów było wielu, i do tego dużo lepszych. A mógł stać się wyjątkowym fagocistą jazowym...

Fagot w swoim żywiole można usłyszeć w kompozycjach Antonia Vivaldiego. Nie mogłem nie zacząć od mego idola. Napisał 39 koncertów na ten czarujący instrument. Mam wszystkie. W różnych wykonaniach. Ostatnio fascynowało mnie to, co z fagotem robi Valerij Popov, czyli po staremu Walerij Popow. Warto posłuchać!

Przed laty katowałem siebie i moją Naj kompozycją, która napisał Ermanno Wolf-Ferrari, włoski kompozytor z pierwszej połowy XX wieku. Fagot śpiewa w niej głęboko, nisko i bardzo spokojnie. Melodia snuje się sennie i hipnotycznie. Moja Naj była w ciąży, a ja naczytałem się, że dziecko słyszy już niskie dźwięki, i warto mu je puszczać. Więc słuchało dziecko muzyki i uspokajało się. W późniejszych latach po urodzeniu córa wcale nie pamiętała tego utworu...



Fascynacja fagotem pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa, gdy zobaczyłem disnejowski film animowany "Uczeń czarnoksiężnika". To bajka zilustrowana muzycznie kompozycją Paula Dukasa, kompozytora francuskiego, po którym niewiele pozostało, bo przed śmiercią zniszczył większość nieopublikowanych dzieł. Przesadny samokrytycyzm! W tym utworze fagot może pokazać, co potrafi. Radzę posłuchać...

W I O L O N C Z E L A

Wiolonczela, czyli coś pomiędzy skrzypcami a kontrabasem. Bardzo erotyczny instrument, jeśli obsługiwany przez instrumentalistkę. Słusznie unieśmiertelnioną w piosence Marka Grechuty! Też architekta…

Zakochałem się w brzmieniu wiolonczeli będąc studentem w czasach, gdy po niebie latały pterodaktyle. Do wrocławskiego studenckiego teatru Kalambur zaproszono jakąś hiszpańską trupę. Nic nie rozumiałem z tego, co mówili, ale w tle brzmiała muzyka, która mnie zahipnotyzowała. Jeden instrument o aksamitnym, ciemnym i głębokim głosie opowiadał coś podniosłego i ponadczasowego. Potem się dowiedziałem, że to Pablo Casals grał suitę na wiolonczelę solo. Jana Sebastiana Bacha!

Słyszałem już muzykę Bacha, ale tę wszystkim znaną. Preludium i fugę, co to rozpozna ją każdy, choć mało kto potrafi podać tonację i numer z katalogu dzieł. Mi też się myli. Potem Suity Orkiestrowe i zaraz za nimi Koncerty Brandenburskie. Barok mnie zachwycił najpierw muzyką Antonia Vivaldiego. Dość szybko dotarłem do tego, że i Jan Sebastian lubił muzykę Rudego Księdza. Transkrybował jego koncerty na skrzypce w liczbie mnogiej na koncerty na instrumenty klawiszowe w liczbie mnogiej. Bach był więc dla mnie chronologicznie drugi. Do dziś jestem rozdarty między lekkością Włocha a powagą Niemca…

Ale utwory na wiolonczelę solo to był inny wymiar muzyki. Zdumienie, ile może wypowiedzieć jeden instrument zaopatrzony w tak niewiele strun! I szybko odkrycie, że Mistrz Bach stworzył tyle samo utworów na skrzypce solo. Ta muzyka nie kojarzy mi się już zupełnie z jakimś okresem w historii. Z barokiem. Muzyka na instrumenty smyczkowe solo jest ponad czasem – jest Absolutem.

Jest pewien dziennikarz, którego nie lubiłem, bo był naczelnym Gazety Polskiej, której napastliwość i skrajność mi nie odpowiadała. Jest też ten człowiek melomanem, który wzbudza mój najgłębszy szacunek swą miłością do muzyki i kolosalną wiedzą, które przelewa wspaniale na papier. Pisuje teraz w Gazecie Wyborczej. To Piotr Wierzbicki!

Muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka Jana Sebastiana Bacha przypomina nam, że jesteśmy ludźmi.

2 gru 2009

G I T A R A

Ponieważ gitara jest tym instrumentem, który daję mi najwięcej radości, gdy go słucham, to najbardziej lubię muzykę w której gitara rządzi. I nieważne, czy są to kompozycje barokowe, grane na gitarach, z których niektóre wykonywał sam Stradivarius, czy kompozycje rockowe, grane na gitarach elektrycznych Stratocaster. Ogólnie chodzi o szarpanie drutów, jeśli chodzi o struny metalowe, ewentualnie kiszek albo nylonu, gdy rzecz dotyczy strun w gitarach klasycznych lub akustycznych.

Mój kolega, też architekt, jeszcze starszej niż ja daty, dzieli gitary na deski i pudła, czyli zauważa bryłowość instrumentów, co jest typowe dla architektów. Choć tacy często się mylą, bo zapierają się, że saksofon to instrument dęty blaszany, bo widzą to przecież gołym okiem, i nie dadzą sobie wciskać kitu, że saks jest drewniany! A jest…

Wracając do gitary, to kocham ją miłością wierną i nieodwzajemnioną, bo nie umiem grać na niczym i nie umiem czytać nut, choć to ostatnie podobno nie jest konieczne, by grać. Ot, tacy Rosenbergowie, tworzący rodzinne trio, zaklinają się, że nie znają nut, a grają jak bogowie. To duży kłopot, gdy grywają choćby z zespołem jazzowym albo orkiestrą symfoniczną, bo muszą wszystko przećwiczyć i wypróbować, no i zapamiętać, skoro nie znają nut. The Rosenberg Trio to Sinti, czyli Cyganie zachodniej Europy. W odróżnieniu od naszych Romów. Są Holendrami także. Ale ich muzyka jest jak najbardziej francuska. Wywodząca się z muzyki, którą grał już przed wojną Django Reinhardt. Też Sinti, tyle że z Belgii! Takie cygańskie jazzujące gitarowe granie nazywa się jazz manouche z francuska i kojarzy się z Paryżem. Jest tak paryskie jak piosenki Georgesa Moustaki – Greka, czy Jacquesa Brela – Belga.

Gitara to bardzo starożytny instrument, czemu się nie ma co dziwić, bo już jaskiniowiec, jeśli był wielce inteligentny, mógł z kawałka kija i kawałka flaka zrobić łuk, który mógł brzęczeć, gdy się flak napięty szarpało. Gitara była PRZED skrzypcami, bo nie potrzebowała smyka, który był dodatkową konstrukcją, też zresztą początkowo przypominającą łuk.

Choć pewnie przed gitarą powstała harfa, bo do napiętego i wygiętego w łuk drewna można było przywiązać wiele flaków, coraz krótszych. A gitara, zwana była najpierw przez Greków antycznych kitarą, czyli bardzo podobnie. Cała reszta była niepodobna, bo to była odmiana liry ze strunami z włókien roślinnych.

No i zaczyna się historia o myśliwych i rolnikach. A przecież rośliny włókniste mogli zbierać zbieracze, którzy wcale nie musieli być rolnikami. To kto był pierwszym gitarzystą??? Jedno jest pewne – do tej jelitowej szarpaniny jaskiniowcy dołączali pewnikiem śpiew, albo przynajmniej jakieś wycie czy mruczenie. Najpierw solowe, a potem może i chóralne. Ciekawe, czy już wtedy ktoś takich pramuzykantów nazywał szarpiflakami?


Na gitarze grać każdy może, jak choćby Michaelka, z której bloga wziąłem powyższe "gitarowe" zdjęcie z deklaracją, pod którą chętnie się podpiszę, choć z uwagą "między innymi"...

1 gru 2009

Właściwie, to czemu nie???

Ktoś zwrócił się do mnie tak:

znów zadam Ci to samo pytanie, na które znowu nie odpowiesz: CZŁOWIEKU, NIE ŻAL CI WŁASNEJ DOBREJ MARKI NA SZLAJANIE SIĘ PO TYCH WSZYSTKICH GRAJDOŁKACH? Dlaczego Ty właściwie się nie skupiasz na rozwoju jakiegoś swojego własnego, prywatnego blogaska? W jakimś jednym konkretnym miejscu, żeby ludzie wyrobili sobie nawyk zaglądania od czasu do czasu, a może nawet zassali rss?


Najpierw odpowiedziałem, że to dobre pytanie, na które są same złe odpowiedzi:
- bo mi się nie chce,
- bo lubię poznawać inne opinie, poglądy, awersje, sympatie,
- bo mój własny blog jest czytany, ale mało komentowany, pewnie z mojej winy,
- bo mój blog to raczej emocjonalny śmietnik, połączony z notatnikiem.
Coraz mniej też ciekawią mnie wszelkie blogi, włącznie z własnym...

Po dłuższej chwili jednak pomyślałem sobie, że ten ktoś ma trochę racji, albo i bardzo dużo racji. Dalej mi się nie chce bawić w konsekwencję, regularność czy pracowitość. Co to, to nie! Ale przecież mogę pisać o tym, co najbardziej lubię, a na czym przy okazji się mało znam.

Zupełnie jak rasowy dziennikarz! Oni przecież, tak naprawdę, na niczym się nie znają, i co gorsza, najczęściej nie chce im się tej zerowej wiedzy powiększyć choćby o jeden promil promila, bo to wymagałoby nadludzkiego wysiłku googlowania, wertowania, wyszukiwania, porównywania, sprawdzania.

Dlatego ja, człek leniwy do szpiku kości, też będę pisał o MUZYCE, nie znając się na niej zupełnie! Wystarczy, że KOCHAM muzykę od kiedy pamiętam. Muzyka jest obecna przy mnie przez wiele godzin dziennie. Słucham w pracy, słucham podczas ćwiczeń, słucham chodząc. Będę więc pisał o tym, jak ja odbieram muzykę, jaką lubię, i dlaczego. Będę też pisał o muzykach, kompozytorach i zespołach. Amatorsko. Amator to miłośnik...

Ponieważ...

...większość z Was nie wie albo nie pamięta, kto to jest lub był RORY GALLAGHER, to pozwolę sobie wspomnieć o tym Gigancie kilka słów z głowy, bo to dobry sprawdzian dla mnie, czy nie szczypie mnie skleroza.

Rory był Gitarzystą. Wielkim Gitarzystą. Jednym z Największych. Rory był Irlandczykiem, z wszelkimi zaletami i wadami tej zacnej nacji. Jedna z wad go zabiła. Duży smak do whiskey. Nie wytrzymała wątroba. Trzeba było ją przeszczepiać. Operacja się udała! Pacjent zmarł. Na pooperacyjne zapalenie płuc…

Rory powinien powalić cały świat na kolana! Ale jemu chyba nie zależało. Grał w małych klubach, na prowincjonalnych festiwalach, nagrywał płyty z wieloma, którzy go prosili. Rory kochał bluesa i grał go genialnie. Najczęściej bardzo ostro – rockowo. Ale potrafił też grać cudowne bluesowe ballady – wolne i smutne.

Początki jego wielkiej sławy to zespół Taste. W tym trio Rory nabierał rozpędu. Oprócz gitary potrafił zagrać na saksofonie. Chyba właśnie od jego nagrań zaakceptowałem saksofon w bluesie i rocku. Taste nagrało niewiele płyt, ale wszystkie były bardzo znaczące. Dwie były koncertówkami. Jedna z nich zarejestrowana została na wyspie Wight, gdy Rory grał dla kilkuset tysięcy słuchaczy. Szkoda, że Taste nie zagrali na Woodstock! Rolling Stonesi do dziś żałują podobno...

Ponieważ RORY GALLAGHER jest muzykiem ważnym w historii bluesa i rocka, to dalej będę go wspominać. Z tego co pamiętam, to nie pamiętam, by Rory przyjeżdżał do Polski. Wiki też nic o tym nie wspomina

Teraz wypada zamieścić kilka jutubek, by zachęcić zainteresowanych lub zaintrygowanych…

16 lis 2009

Byłem na koncercie - grał Terje Rypdal

W feralny piątek 13 listopada we wrocławskiej Filharmonii wystąpił Terje Rypdal. Norweski gitarzysta już od czterech dekad jest w światowej czołówce gitarzystów. Zaczynał od grania z Janem Garbarkiem w końcu lat sześćdziesiątych. Moje kontakty z jego muzyką trwają od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to pierwszy raz usłyszałem podwójny album “Odyssey”.
Długie dźwięki elektrycznej gitary, rozlewiste i śpiewne. Takim zapamiętałem Rypdala.

I oto zjawił się ów legendarny muzyk we Wrocławiu na festiwalu Jazztopad. Z czymś specjalnym. Zaprezentowana miała być światowa premiera kompozycji na zamówienie festiwalu “Waterfalls”. Całą orkiestra wrocławskiej Filharmonii towarzyszyła gitarzyście. I ja tam byłem, wszystkiego wysłuchałem i trochę byłem zawiedziony! Za mało Rypdala w koncercie. Za dużo symfonicznej współczesności i “warszawskiej jesieni”.

Pewnie wolałbym samego Terjego, bez całej orkiestralności, ale dobre i to co usłyszałem. W końcu Terje Rypdal też grał. A ja przyszedłem posłuchać legendy. Legendy grają w nas – w naszej pamięci…

15 paź 2009

Krakowskim sądem

zostało uznane, że w Polsce, a co najmniej w Małopolsce, psy stały się zwierzętami rzeźnymi! Można je zabijać w celu zjedzenia, przetopienia na pyszne i zdrowe sadełko, przerobienia na rąbankę z budą. Byleby zabicie zostało wykonane humanitarnie. Jak świnkę czy krówkę w rzeźni.

Sądowe wzbogacenie kuchni polskiej w wersji regionalnej powinno zostać zauważone i nagłośnione przez naszych miłośników sztuki kulinarnej! Jakież to stwarza możliwości wzbogacenia naszej nudnawej kulinarii o azjatyckie wynalazki smakołykowe…

Ten wyrok wydano w sprawie dziadygi, który w koszmarnych warunkach tuczył psy gdzieś na działce i zabijał je dla wytopienia “leczniczego” sadełka. Sprawa zrobiła się głośna po naświetleniu przez TVN, a teraz krakowski sąd okręgowy uniewinnił od wyroku zwyrodniałego hodowcę...

Szukałem w e-prasie i nikt nie pisze o tym! W końcu wyguglałem miłośników jamników, też z Krakowa, i oni potwierdzają, to, co widziałem w TVN! Tam też dobrze ktoś zauważył, że dziadyga wprowadzał do obrotu spożywczego substancje nieatestowane. W zasadzie to do obrotu farmakologicznego, jeśli jacyś idioci uważają psie sadło za lek!

Są w Polsce sprawy, o których nie śniło się filozofom, ale sędziowie się im nie dziwią i nie ulegają emocjom…

Tak sobie teraz pomyślałem o koninie, jaką u nas się spożywa, choć niedużo, za to na Zachodzie dużo więcej. Też w Polakach wywołuje niepokój i niechęć. Może ten sąd się nie emocjonuje, tylko racjonalizuje. Co to będzie, jak kryzys nie puści?

Bardzo ciekawa analiza prawna sprawy w Rzepie...

12 paź 2009

To są imiona Mojej Starej

Tadeusz Chyła śpiewał kiedyś cudowną piosenkę o imionach i imionkach, jakie nadajemy swoim Paniom. Brzmiała tak:

Kotuś, Pieseczek, Chrabąszczyk, Myszka,
Pchełka, Jagniątko, Łasiczka, Liszka,
Chrząszczyk, Motylek, Krówka, Biedronka,
Kureczka, Kózka, Wróbelek, Stonka,
Jeżyk, Słowiczek, Słoniczka, Muszka,
Miś, Karaluszek, Świerszczyk, Papużka,
Pszczółka, Jabłuszko, Agrest, Malinka,
Jagódka, Gruszka, Śliwka, Jeżynka,
Różyczka, Bratek, Goździk, Lilijka,
Chaber, Stokrotka, Bzik, Konwalijka,
Burak, Buraczek, Groszek, Marchewka,
Seler, Pietruszka, Por i Brukiewka,
Dzionek, Dzioneczek, Gwiazda, Gwiazdeczka,
Słonko, Słoneczko, Drożynka Mleczna,
Psipsia, Kruszynka i jeszcze parę
– to są imiona Mojej Starej.


ps. Ostatnio inne nazwy są bezustannie na tapecie, co dziwi, bo służba tajna powinna działać niejawnie. Widocznie niektórym tajność wydaje się za mało ekshibicjonistyczna. Oto kilka ciekawych odczytań skrótu instytucji, która postanowiła wygrać najbliższe wybory wszelakie dla partii, która umieściła na jej czele swego nominata, wiernego do końca:

Centralne Biuro Absztyfikantów (Monika Olejnik),
Centralne Biuro Antyrządowe (Andrzej Koraszewski),
Centralne Biuro Alfonsów (jotesz),
Centralne Biuro Antyplatformerskie,
Centrala Bzdurnych Afer (Tarantula),
Centrum Brudnych Ataków,
???

Ile wody w kiełbasie?

Nigdy nie chciało mi się mierzyć, ile wody do kiełbasy telewizyjnej dolewa Polsat. Dziś łatwo to sprawdzić – Polsat serwuje wspaniałą wędlinę amerykańską, uwędzoną w holyłudzkiej masarni – film “Ja, robot” z Willem Smithem w roli głównej. Czas projekcji 145 minut. Na stronie filmu można znaleźć informację, że trwa on 115 minut.

Półgodzinne lanie wody dodanej do 115 minut filmowego mięsa…

30 wrz 2009

UWAGA! Przedruk z "Rzeczpospolitej"!

Niech Żydzi zawładną Kościołem!

Jan Hartman

Kościół swoje poglądy nazywa skromnie „nauczaniem”. Wypowiada się głosem powolnym, z lekka modulowanym. Wysuwa żądania, ale nie dopuszcza żadnych kompromisów – po wyroku w sprawie Alicji Tysiąc vs „Gość Niedzielny” pisze filozof


Niedawno w jednym z telewizyjnych programów publicystycznych powiedziałem, że zwrot „cywilizacja śmierci” jest chamski. Moja wypowiedź wywołała liczne reakcje, gdyż osobą, która pierwsza posłużyła się tym terminem, był Jan Paweł II.

Wprawdzie nie myślałem akurat o papieżu, lecz o księżach, którzy nagminnie posługują się wyrażeniem „cywilizacja śmierci” w celu przyrównania (jeśli nie zrównania) osób domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego albo liberalnej ustawy o in vitro z nazistami (co chamstwem jest niezaprzeczalnie), ale samo skojarzenie z osobą papieża sprawiło, że moja wypowiedź stała się przedmiotem komentarzy. Oprócz tych medialnych miałem też sporo odzewów prywatnych – od gratulacji do potępień. Ledwie włączyłem telefon po nagraniu, a już zadzwonił znajomy ksiądz, aby mi... podziękować.

Poglądy okryte sutanną

No właśnie, polski Kościół ma wiele twarzy, a pomimo oficjalnej jednomyślności księża miewają poglądy bardzo różne. Wiem to od czasu studiów na KUL, a dorosłe życie dostarcza mi wciąż nowych na to dowodów. W prywatnych rozmowach niejeden ksiądz jest tolerancyjny i liberalny, otwarty na świat, a często też krytyczny wobec Kościoła. Z publicznymi wypowiedziami jest już gorzej. Wszak księży obowiązuje posłuszeństwo biskupom i doktrynie. Ta ostatnia zaś powstaje w Watykanie. Stanowi to o specyfice religii katolickiej: jest ona zinstytucjonalizowana nie tylko jako Kościół, lecz również jako państwo, a państwo to ma swoją doktrynę prawno-religijną, której posłusznymi orędownikami muszą być duchowni katoliccy na całym świecie.

Doktryna dotyczy, oprócz spraw religijnych, życia rodzinnego i seksualnego, którego akurat księża nie prowadzą, demokracji, której u siebie nie praktykują, a nawet gospodarki, i to nie tylko gospodarowania dziesięciną. Co więcej, wolą Kościoła jest wywieranie wpływu na prawodawstwo krajów, gdzie katolicy są większością, tak aby było ono w największym możliwym stopniu zgodne z doktryną kościelną, także w dziedzinach mających z kultem mało wspólnego.

Wprawdzie Kościół ma swoje prawodawstwo (prawo kanoniczne), a także autorytet wśród wiernych, lecz najwyraźniej jakoś to nie wystarcza – swoje przekonania metafizyczne i religijne Kościoły w biedniejszych krajach katolickich starają się narzucić wierzącym i niewierzącym środkami prawa. Ciekawe, że jakoś rząd polski, reprezentujący w końcu społeczeństwo katolickie, nie ubiega się o żadne zapisy w prawie kanonicznym. A może powinien?

Wśród owych przekonań, którymi stara się nas zaciekawić Kościół, są twierdzenia, że człowiek jest osobą (przy szczególnym sposobie rozumienia tego słowa), że posiada godność (znów, w szczególny sposób rozumianą), że istnieje jakieś „prawo naturalne” (które to właśnie Kościół umie odczytywać, bo chyba Thomas Hobbes już nie) i parę innych, znanych ze scholastyki bądź wymyślonych niedawno. Jest rzeczą ciekawą, że wśród filozofów, etyków i teologów te akurat poglądy spotyka się wprawdzie często, ale praktycznie wyłącznie okryte sutanną lub umocnione inną zależnością osobistą ich głosiciela od instytucji Kościoła katolickiego.

Zwycięstwa tylko doraźne

W niektórych państwach, w tym w Polsce, daje się prawodawczym żądaniom Kościoła posłuch nieporównanie większy niż jakiejkolwiek innej sile społecznej, która głosi, iż wie, co jest dobre, i że należy proponowane przez nią oczywiste i absolutne prawdy czym prędzej wcielać w życie. Dzieje się tak na pewno nie dlatego, że większość Polaków tak właśnie sobie życzy, bo jest katolikami.

Gdyby bycie katolikiem oznaczało, że zna się i uznaje katolickie doktryny i że daje się Kościołowi prawo do przemawiania we własnym imieniu, to Kościół nie musiałby się kłopotać o przepisy polskiego prawa medycznego i innego. Ludzie słuchaliby i bez tego. Rzecz właśnie w tym, że nie słuchają. Ci zaś, którzy katolikami nie są, dodają jeszcze od siebie: dlaczego Kościół katolicki ma nam dyktować, jakie mamy prowadzić życie i w jakie dni mamy chodzić do sklepu? Przecież prawa szanujące wolność jednostki i pozostawiające indywidualnym wyborom kwestie sumienia, w których zgody powszechnej nie ma, nie przeszkadzają katolikom żyć po katolicku! Niechaj więc żyją i dają żyć innym!

Wszystko to prawda, ale życiem publicznym rządzą zasady polityki, a nie imperatyw wolności ani świadomość, że budujemy wolny kraj, w którym rząd do minimum stara się ograniczyć ingerencje w wybory obywateli. Do zasad tych należy zaś strach. Politycy i media boją się, że ograniczając wpływy i przywileje Kościoła, a także oddając mu proporcjonalne miejsce w debatach publicznych, ściągną na siebie jeśli nie gniew Boży, to przynajmniej gniew biskupi lub prałacki. To zaś rzekomo mogłoby się źle skończyć.

Właśnie dlatego w wielu kwestiach debaty publiczne, a nawet procesy legislacyjne toczą się nie w trybie dyskusji społecznej, w której jest wiele stanowisk, a w tym stanowisko katolickie, lecz w trybie negocjacji dwustronnych: Kościół i reszta świata. W konfrontacji tej Kościół ma zawsze co najmniej połowę czasu i miejsca, a w dodatku darzony jest szczególną rewerencją.

Sam swoje poglądy nazywa skromnie „nauczaniem”, a inni płochliwie temu przytakują. Wypowiada się zazwyczaj głosem powolnym, z lekka modulowanym, tonem pełnym troski i ojcowskiej przygany. Orzeka, kto jest „cywilizacją śmierci” (feministki walczące o prawo do aborcji, liberałowie i inni), a kto „cywilizacją miłości” (katolicy), kto żyje „w prawdzie” (heteroseksualiści i osoby powstrzymujące się od seksu), a kto w „nieładzie” (geje i lesbijki).

Wysuwa żądania, ale nie dopuszcza żadnych kompromisów, wszelką zaś krytykę lub opór nazywa „zamachem na wolność religijną” lub „walczącym ateizmem”. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że taki ton i taki kształt obecności Kościoła w życiu publicznym może przynieść doraźne zwycięstwa legislacyjne, lecz w dłuższej perspektywie zniechęca społeczeństwo do Kościoła i sprowadza na niego klęskę.

Mimo że taki właśnie obraz Kościoła najbardziej rzuca się w oczy, polski Kościół, jako się rzekło, ma więcej twarzy. To oblicze, na którym maluje się smutek, duma, wzgarda dla obcych i niezachwiane poczucie wyższości, to niecała prawda o Kościele w Polsce. Gdyby Kościół był taki i tylko taki, skazany byłby na wymarcie. Społeczne poparcie dla niego wygasłoby wraz z wysychaniem jezior biedy i zacofania w naszym kraju. Ludzie choćby trochę wykształceni i choćby trochę znający świat reagują przecież złością lub śmiechem na teatralne pretensje i przebrania, pyszałkowaty ton, a zwłaszcza nieustanne pouczanie ich w sprawach, na których pouczający znają się jak najmniej.

Polska będzie normalna

Na szczęście jest też Kościół inny, umiejący odnaleźć się w nowoczesnym i wolnym świecie, wolny od pychy, od uprzedzeń w stosunku do genetyki, demokracji, innowierców czy homoseksualistów, od języka pomówień oraz prymitywnej, pełnej jadu i obłudy retoryki. To Kościół śp. ks. Józefa Tischnera, ks. Adama Bonieckiego i ks. Andrzeja Bronka, ale także biskupów, jak abp Tadeusz Gocłowski, abp Henryk Muszyński, a zwłaszcza kard. Henryk Gulbinowicz, który wyciągnął kiedyś mojego ojca z „internatu”.
Dla wrogów Kościoła i katolicyzmu tak naprawdę to właśnie oni są najgroźniejsi, bo to oni zapewnią Kościołowi przyszłość w nowoczesnej Polsce, gdzie pretensje do stanowienia prawa pod dyktando wyznania będzie tak samo śmieszne jak fantazja, iżby w szkole państwowej ktoś miał uczyć dzieci, że homoseksualizm jest nie w porządku.
Taka Polska, normalna, podobna do Niemiec czy Anglii, czeka nas za kilkanaście lat. Jeśli w tej nowej Polsce Kościół będzie silny i szanowany, to właśnie dzięki tym światłym i odważnym księżom, którzy pomimo ciasnego gorsetu doktryny i rzymskich instrukcji, jakoś obsesyjnie krążących wokół seksu, mają odwagę i umieją rozmawiać życzliwie i mądrze, bez wywyższania się i z szacunkiem dla niekatolickiego rozmówcy, a za to z jakąś dozą krytycyzmu w stosunku do Kościoła polskiego oraz do samego Watykanu.

Znajdziecie nazwiska tych księży napiętnowane w podziemnych pisemkach i na stronach internetowych integrystów i fanatyków. Znajdziecie ich jako „Żydów” bądź takich, co się Żydom sprzedali. Tu i ówdzie zauważycie wśród nich imię Jana Pawła II. Czytam czasem te rzeczy, aby uleczyć się z antyislamskich uprzedzeń (wszak nasi fundamentaliści wcale nie lepsi!), a przede wszystkim, aby dowiedzieć się, kto jest w Kościele mądry i godny szacunku.

Kościół „Żydów” zwycięży – wierzę w to głęboko. Nie tylko u nas, ale wszędzie na świecie, nawet w samym Watykanie. Bo tak to już jest, że ludzie mądrzy, wykształceni i odważni, choć jest ich może niezbyt wielu, to zawsze prędzej czy później wygrywają z prostakami, nienawistnikami i tchórzami. Z mądrym, skromnym i życzliwym światu Kościołem będzie każdemu po drodze. Nawet takiemu zatwardziałemu agnostykowi i liberałowi jak ja. Księżom (tym, co wiedzą) kłaniam się pięknie.

Jan Hartman jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Tytuł pochodzi od autora

Rzeczpospolita
30-09-2009

Komentarz mój:
Rzadko mi się zdarza zgadzać z tezami popularyzowanymi w "Rzeczpospolitej". Zupełnie się nie zgadzam z jej komentatorami a zwłaszcza felietonistami! Tym większe moje zdumienie, że w tej właśnie gazecie znalazłem taki tekst. Tekst, pod którym mógłbym się podpisać, akceptując zdanie po zdaniu. Ciekaw jestem dyskusji, jaką słowa profesora Jana Hartmana wywołają. W jego nazwisku skryty jest twardy człowiek - życzę mu hartu ducha i wyrażam swój głęboki szacunek!


Tekst jest też dobrym komentarzem do mego poprzedniego wpisu...

25 wrz 2009

PRAWO KOŚCIOŁA PONAD PRAWEM

Takie przesłanie skierowało do Narodu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski.

Biskupi solidaryzują się z redakcją "Gościa Niedzielnego", który przegrał proces z Alicją Tysiąc. W specjalnym oświadczeniu Episkopat napisał, że "traktuje ten wyrok jako zamach na wolność słowa".

- Traktujemy ten wyrok jako zamach na wolność słowa i na prawo Kościoła do moralnej oceny postaw ludzkich – piszą biskupi w wydanym w piątek oświadczeniu. Prezydium Episkopatu zaznaczyło, że prawo do życia od początku aż do naturalnej śmierci jest podstawowym prawem ludzkim i jego obrona ma charakter uniwersalny. - Głoszenie Ewangelii życia uważa Kościół za swój podstawowy obowiązek. Odmawianie mu tego prawa, a co gorsza nakładanie sankcji karnych za przypominanie prawdy o tym, że nikt nie ma władzy nad życiem drugiego człowieka, jest niedopuszczalnym ograniczaniem misji Kościoła - napisano.


A ja się z takim "nadprawiem" nie zgadzam!!! Dla mnie to jest religijne bezprawie. Mój kraj staje się państwem wyznaniowym i fundamentalistycznym, w którym biskupi uzurpują sobie prawo włażenia w atłasowych trzewikach w nasze mózgi i sumienia...

16 wrz 2009

Najlepiej nie pisać!

Lepiej czytać! Choć nie dotyczy to blogów, bo burzą krew. Gazet też nie należy czytać, bo manipulują, oszukują, kręcą lody, przekręcają, hodują lemingi. Zwłaszcza wyborcza nie powinna być wybierana do czytania, bo wypłaszcza zwoje mózgowe, utrwala w głowach liberalno-lewackie poglądy podlane sosem syjonistycznym. Prasa kłamie! Komuna runęła, a prasa dalej kłamie…

To co czytać? Najlepiej literaturę historyczną. Im odleglejszej dotyczącą historii, tym lepiej! Dlatego ostatnio czytuję Stevena Saylora. Amerykański historyk rzymskiego antyku napisał serię książek o Gordianusie zwanym Poszukiwaczem. Żył ów „Filipus Marlovus” u schyłku republiki rzymskiej i na początku pryncypatu. Znakomity opis codzienności rzymskiej z wartką akcją, w każdym tomie dotyczącą innej zagadki kryminalnej.


Z rozpędu przeczytałem również grubachną cegłę tegoż autora „Rzym”, będącą jakoby opus magnum, ale mnie nie zachwyciło to dzieło. Beletrystyka opisująca siedem stuleci od prapoczątków Romy to ryzykowne wyzwanie. Mimo zachwytów recenzentów wolę serię detektywistyczną. A co potem? Chyba wróce do mitologii greckiej…

2 wrz 2009

"Niestosowna" Wiki...

TVN właśnie donosi:

Zaledwie kilka godzin po porównaniu zbrodni katyńskiej do holokaustu odezwały się głosy sprzeciwu społeczności żydowskiej. Sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów w Niemczech nazwał wypowiedź Lecha Kaczyńskiego podczas obchodów rocznicowych w Gdańsku "niestosowną".
- Przy całym zrozumieniu dla bólu narodu polskiego i złych wspomnień losu oficerów zamordowanych w Katyniu, właśnie w takim dniu to porównanie jest niestosowne i nie na miejscu - powiedział sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów w Niemczech Stephan Kramer gazecie "Frankfurter Rundschau". Jego wypowiedź ma się ukazać w wydaniu środowym.

Nie porównywać ofiar

Kramer stwierdził, że nikomu nie służy porównywanie do siebie ofiar, bądź nawet ustawianie ich w konkurencji do siebie - uznał Kramer.

- Podjęta przez pana Kaczyńskiego próba wymieniania jednym tchem Hitlera i Stalina nie może się powieść. Ten, kto mimo to podejmuje się porównywania dwóch tak złych, ale odmiennych zbrodniarzy, nie oddaje sprawiedliwości ani losowi Polaków, ani nieporównywalności i unikatowości holokaustu - powiedział sekretarz generalny Centralnej Rady Żydów.

A CO MOŻNA ZNALEŹĆ W WIKIPEDII?
POPATRZMY:


Holocaust ("całopalenie") – termin pochodzący z kościelnej łaciny: słowo holocaustum jest adaptacją greckiego holókauston, rodzaj nijaki imiesłowu holókaustos ("spalony w całości"), od czasownika holo-kautóo ("spalam ofiarę w całości") - spolszczenie: Holokaust. Słowo holocaust (termin religijny) pierwotnie oznaczało tylko ofiarę całopalną i w tym znaczeniu może być stosowane również dziś, przedmiotem artykułu jest jednak nowsze, obecnie najpowszechniejsze znaczenie tego słowa (w tym znaczeniu, jako nazwa własna, słowo Holocaust/Holokaust pisane jest wielką literą) – prześladowania i zagłada milionów Żydów[1] przez władze III Rzeszy oraz jej sojuszników w okresie II wojny światowej.
Jest synonimem pojęcia Szoa (hebr. שואה – całkowita zagłada, zniszczenie, – transkrypcja angielska: Shoah), uważanego przez niektórych za stosowniejsze, gdyż nieodwołujące się do pozytywnego, religijnego znaczenia całopalenia. W Polsce używa się ponadto terminu Zagłada.

Polityka masowej zagłady, rozpętana już w połowie 1941, trwała ok. 40 miesięcy. Poprzedzała ją akcja T4, obejmująca zagładę osób psychicznie chorych, w czasie której opracowano technologię masowych mordów. Liczba żydowskich ofiar Holocaustu jest szacowana na 5-7 milionów, choć dokładna liczba nie jest znana z powodu braku kompletnej ewidencji oraz systematycznego niszczenia archiwów i zacierania śladów przez władze niemieckie w obliczu klęski wojennej (zwykle mówi się jednak o 6 milionach ofiar). Jedną trzecią tej liczby, czyli ok. 2 miliony, stanowiły dzieci. Liczba polskich Żydów wśród ofiar Zagłady szacowana jest wg różnych źródeł od 2,6 mln do 3,3 mln osób[2].

Holocaust stanowił bezprecedensową próbę zagłady całego narodu przy użyciu metod przemysłowych, która nigdy wcześniej i później nie była przeprowadzona w takiej skali[3]. Holocaust w założeniach miał doprowadzić do ostatecznego celowego rozwiązania kwestii żydowskiej, czyli fizycznej likwidacji całego narodu, co nie było wprost wyrażonym celem wobec żadnej innej nacji[4][5]. Stanowił systematyczny i realizowany przez aparat państwowy proces likwidacji całego narodu w tzw. Endlösung der Judenfrage ("ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej"))[6].

W szerszym znaczeniu termin ten bywa używany w odniesieniu do ludobójstwa innych prześladowanych grup etnicznych, narodowych i społecznych oraz więźniów politycznych w obozach koncentracyjnych przez nazistów, a w szczególności eksterminacji innej grupy etnicznej - Cyganów, czyli Romów i Sinti (Porajmos). Przykładowo, polityka Hitlera wobec części Słowian i Bałtów (także uznawanych za Untermenschen - "podludzi"), w szczególności Polaków, również zakładała eksterminację elit naukowych i kulturalnych (ponieważ zdaniem nazistów cywilizacja i sztuka rozwijały się jedynie dzięki nacjom zachodnim[7]) oraz eksploatację pozostałej części narodu poprzez pracę niewolniczą[8].

Szczególnie liczną grupę ofiar stanowili schwytani żołnierze sowieccy, których w niewoli zginęło ponad 3 miliony (śmierć poniosło większość jeńców radzieckich).

Kursywą zaznaczyłem to, co dla mnie najważniejsze, i z czym się zgadzam w całości! Jeśli nadwrażliwcy uważają, że "holocaust" - słowo z kościelnej łaciny (!) jest ZAREZERWOWANE WYŁĄCZNIE dla śmierci Żydów, to ja się z tym nie mogę zgodzić. Wypada więc, by nadwrażliwcy zabrali sobie słowo hebrajskie, zostawiając słowo łacińskie, i to na dodatek kościelne, narodom z kręgu kultury łacińskiej. Będzie sprawiedliwie wśród narodów świata.

W tę samą, dziwaczną dla mnie, zazdrość o słowo, wpisuje się niechęć nadwrażliwców do używania słowa "holokaust" na określenie ludobójstwa Ormian, dokonanego przez Turków na początku XX wieku. Tak jakby czyjaś nieżydowska śmierć mogła "strywializować" śmierć żydowską. Dla mnie to makabryczna konstrukcja myślowa! Chora...

ps. Dobra i stonowana odpowiedź marszałka polskiego sejmu...

24 sie 2009

Parada Krzysztofa Kubasiewicza z Łodzi

Drodzy łodzianie i mieszkańcy okolic!

Gdybym ja mieszkał u Was, to nigdy nie zagłosowałabym na polityka Krzysztofa Kubasiewicza, gdybym był kobietą i chorował, to nigdy nie poszedłbym do lekarza ginekologa Krzysztofa Kubasiewicza, a gdybym umierał z nudów, to i tak nie słuchałbym radia Parada, którego prezesem czy właścicielem jest Krzysztof Kubasiewicz! Gdyby ktoś mi go przedstawił w towarzystwie, to nie podałbym mu ręki!!!

HAŃBA!!! Człowiek, który TAK traktuje konie nie jest godzien miana człowieka...

Byłem w Kórniku...



Pałac w Kórniku, nieopodal Poznania, z zewnątrz wygląda na nieco zaniedbany. Prace przed wejściem głównym prowadzone są dosyć niemrawo.
Wnętrza są w lepszym stanie...



Jednak najważniejszy dla mnie jest park dendrologiczny. Największy w Polsce. 40 ha! Ha!



Dla mnie najbardziej imponującym drzewami w kolekcji są cypryśniki błotne, pochodzące z Florydy. Ten egzemplarz ma 170 lat i 30 m wysokości. Kuzyn rośnie u mnie w atrium, ale ma tylko 12 lat i 6 m...





Chwała Działyńskim za ten park!

14 sie 2009

Zazdroszczę Poznaniakom!

Niedługo będziecie mieli okazję posłuchać
Los Angeles Guitar Quartet
Nie będę się rozpisywać o Tej Czwórce, którą niekiedy nazywają skrótowo LAGQ. Grają na czterech gitarach od niemal trzech dekad! Grają klasycznie, nawet jeśli się biorą za utwory bardziej, albo bardzo POPularne...



Gdzieś w ich cieniu oraz pod skrzydłami Roberta Frippa powstało też trio gitarowe California Guitar Trio. Tak mi się to pokojarzyło, bo akurat słucham płyty Echoes nagranej właśnie przez CGT. Muzyką gitarową zauroczony jestem od zawsze, czyli od czasów, gdy Szedołsi wielcy byli. Trójka z Kaliforni nawiązała do The Shadows bezpośrednio w pierwszym nagraniu The Cruel Sea.



I tu popełniłem mały błąd, bo sprawdziłem w Wiki. Tam znalazłem kompozytora tego utworu. Mike Maxfield (born February 23, 1944 in Manchester, England) is a songwriter and guitarist who came to fame as a member of The Dakotas. He penned “Cruel Sea”, a song which was first recorded by The Ventures. The Dakotas would later record an instrumental version of the track, and is one of the group’s biggest hits.

Więc nie The Shadows, tylko The Dakotas! Szadołsi nie grali Okrutnego Morza. A The Dakotas słuchałem we Wrocławiu! Czy grali The Cruel Sea? Zupełnie nie pamiętam! Błąd jednak jest mały o tyle, że “gitarowe granie” uprawiali w Anglii The Shadows i The Dakotas a w USA tak grali The Ventures. Można też wspomnieć o The Sputnics ze Szwecji i Tajfunach znad Wisły.

Daleko odleciałem od LAGQ na skrzydłach skojarzeń...

ps. Własnie się dowiedziałem od Mad Doga, że zmarł Les Paul. To też TA branża.

11 sie 2009

Lubię Ukraińców!

Przynajmniej dwóch...

Spotkałem ich na wrocławskim Rynku. Siedzieli i grali na akordeonach guzikowych. Przechodziłem, śpiesząc się i zwolniłem. Grali "Zimę" Vivaldiego. Ciarki szły po grzbiecie! Stałem jak wryty. Zebrał się mały tłumek. Posypały się dwuzłotówki do torby. I ja wrzuciłem monetę. Zobaczyłem dwie płytki cd. Oglądnąłem:
- Za ile?
- Jedna 30, a jak dwie to 50.
Się skusiłem. Oprócz Vivaldiego, Bacha nagrali też Piazzolę. To lubię...



Z notki w płycie:
Alexander Burdyug and Andrey Fesenko are graduates of S. Prokofiev Donetsk State Academy of Music (Ukraine)
Występowali na Ukrainie, w Polsce, na Węgrzech, we Włoszech i Niemczech. Są nauczycielami gry na bajanie i akordeonie w koledżu sztuki i kultury w Sumach.

Mam nadzieję, że nie są czcicielami Bandery...

31 lip 2009

PiS+SLD=TVPiPR

Po dzisiejszych wyborach w KRRiT zakończył się zgniły układ partyjek, będących już tylko parlamentarnym wspomnieniem.

Pada równanie LPR+SO=TVPiPR

Nareszcie do telewizji publicznej wraca normalność. Dwie lewicowe partie dogadały się, by nam dogodzić! Chyba wreszcie ruszę się z kanapy, ustawionej przed telewizorem, i spłacę kilkuletnie zadłużenie abonamentowe. Teraz będzie komu je przekazać. Pieniądze trafią w dobre ręce!!!

Bossa nova forever!

Dziś miód na me uszy - Gazeta z okazji festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i koncertu artystów bossa novy poświęciła ponad pół kolumny temu stylowi muzyki. A ja zauroczony jestem bossa novą od tak dawna, że mogę mówić - od zawsze!

Mam świadomość, że w Brazylii bossa nova to tylko cząstka bogactwa muzycznego tego kraju, wielkiego jak kontynent. Próbowałem nawet posmakować tych innych, mniej u nas znanych odmian tradycyjnej muzyki brazylisjkiej, ale nic z tego - zawsze wracam do bossa novy.

Kilka lat temu zacząłem moją sieciową przygodę na forum audiostereo i tam poznałem wspaniałego znawcę bossa novy, skrytego pod nickiem Prezes WS. Zapoczątkował on temat "Brazil La Grand Amor... Kto jeszcze?" , w którym utonąłem na długie miesiące, aż do śmierci nieodżałowanego założyciela. Polecam to miejsce, bo jest kopalnią wielu niedostępnych wiadomości.

Do dziś zebrałem dużą kolekcję nagrań bossa novy w wielu odmianach, wykonaniach, z różnymi smakołykami i ciekawostkami. Najważniejszy jednak jest zawsze Antonio Carlos Jobim, w Brazylii zwany poufale Tomem. A z wykonawców najbardziej z bossa novą kojarzy mi się Astrud Gilberto, pewnie dlatego, że wdrukowała mi się w mózg jako Pierwsza Dama tej muzyki. Chronologia rządzi hierarchią widocznie.


Astrud Gilberto i Tom Jobim (lata sześśdziesiąte XX w.)

Polecam nie tylko ten artykuł - polecam przede wszystkim samą BOSSA NOVĘ! To wspaniała muzyka na zbolałą duszę, znakomita dla ludzi szczęśliwych, uzdrawiająca dla chorych - jednym słowem - muzyczne panaceum!
:)

30 lip 2009

Weekend w Sudetach

Dom na końcu wsi czeka - powyżej już tylko las, górki i niebo.

Filip pilnuje domu, zaczajony taktycznie.

Przyroda wabi na spacer.

Grzyby są piękne.

I smaczne.

Pora wracać do miasta.