Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

7 sty 2010

100 najlepszych płyt dekady

Styczniowy Rolling Stone, miesięcznik wielce zasłużony dla muzyki niepoważnej, czyli tej, słuchanej przez miażdżącą większość posiadaczy uszu, zamieścił listę “100 Best Albums of the Decade”. Wpisał się więc w grono tych, dla których pierwsza dekada XXI wieku właśnie się zamknęła. Ja uważam, że mamy jeszcze cały rok na dokonywanie wielu bezpłodnych podsumowań. Ale muzyczne listy zawsze mnie interesowały i bawiły.

Z tej setki zebrałem niewiele, ale mam przynajmniej pierwszą Radiohead: Kid A i ostatnią (Leonard Cohen: 10 New Songs) oraz kilka pośrednich. Należy wziąć poprawkę na amerykocentryczność twórców tej listy, choć przecież to niewielka wada, bo to co najważniejsze w muzyce niepoważnej najczęściej dzieje się w Stanach lub szybko tam trafia do konsumpcji i przysporzenia milionów twórcom.



Niepodważalna jest pozycja Radiohead, którzy oprócz płyty Najlepszej Absolutnie dodali do listy jeszcze trzy inne! Chyba im się zasłużenie te splendory należą – ja przynajmniej się zgadzam z taką oceną tej smutnonastrojowej muzyki.

Z tych, których lubię i słucham, znalazłem jeszcze Kings of Leon, choć zaczynają dopiero na 39 miejscu. Ale i na 53 się znaleźli. Dobry, solidny rock, z wielce ciekawym wokalistą! To młode zespoły, choć nienajmłodsze. Są też dinozaury, wcale nieskazane na wyginięcie: Bob Dylan (8, 11), Bruce Springsteen (15, 24), U2 (13, 36, 68) oraz inni, jak Beck, Green Day, PJ Harvey, Norah Jones, Robert Plant and Alison Krauss…

Z dwiema płytami znalazł się na liście nieżyjący Johnny Cash, zmarły niemal u progu dekady, bo w 2003 roku.



O większości płyt z tej listy nie mogę się wypowiadać, bo albo nie znam wykonawców i ich dzieł, albo zwyczajnie nie lubię ich słuchać. Nie wzruszam się więc rapem i hip-hopem (a można się wzruszyć?), choć pewnie spróbuję dotrzeć do innych albumów z owego zestawienia The Best Of…

ps. Przy okazji polecam znakomity blog Bartka Chacińskiego, recenzenta muzycznego z "Przekroju" - warto poczytać!

Może ktoś woli inną listę o tym samym, choć dużo mniej popularną?

7 gru 2009

Mamy talent muzyczny!

Rozstrzygnięty został finał drugiego konkursu telewizji TVN – zwycięzcą został Marcin Wyrostek, grający na akordeonie! Prowadzący zachłystywali się entuzjazmem i zachwytem. Słusznie! Marcin gra na akordeonie guzikowym z polotem, talentem i pasją. Zagrał ledwie trzy kawałki. Antonio Vivaldi i Jan Sebastian Bach po drodze, i na finał Astor Piazzola. Repertuar to Zima, Preludium i Fuga oraz Adios Nonino. Dobry wybór muzyki wielkiej, która łatwo trafia do maluczkich.

Nigdy nie daję się prowokować akcjom sms-owym, ale tym razem daliśmy trójgłos rodzinny. Ale też nigdy nie miałem poczucia obcowania z wielkim talentem, który i tak się rozwinie i będzie daleko znany i lubiany.

Powodzenia Marcinie!

Zachwyt prowadzących był trochę wynikiem braku wiedzy. Prorokowali nagły wzrost zainteresowania akordeonem, podczas gdy to zainteresowanie jest duże już od lat, w czym ogromną rolę odegrał właśnie wspomniany Astor Piazzolla, wspaniały Argentyńczyk. On to argentyńskie tango, muzykę podejrzanych spelunek, tańczoną przez szemrane typki i panienki lekkie w prowadzeniu, wprowadził na światowe sale koncertowe. Piazzolla był tym dla tanga, kim dla samby w końcu lat pięćdziesiątych XX wieku był Antonio Carlos Jobim Astor grał na skromnym bandoneonie, niedużej odmianie akordeonu, który stał się odtąd instrumentem zwykłych ludzi i mistrzów.

W Polsce mamy światowej klasy mistrzów akordeonu! To zespół Motion Trio - trzech wirtuozów, którzy potrafią zagrać wszystko. Ich muzyka brzmi jakby grało trzech wariatów na syntetyzerach, a to tylko syntetyzery marszczone. Akordeon też rządzi w Krakow Klezmer Band, który ostatni przemianował się na Bester Quartet. Dotrzyjcie i posłuchajcie!

3 gru 2009

F A G O T

Fagot, to moja kolejna fascynacja instrumentalna. Instrument dęty drewniany, co widać, więc i laik uwierzy. Długa, ponad metrowa rura z drewna klonowego, trzymana przez muzyka dumnie w pionie, niby pika. Dmucha się co prawda w cieniutką rurkę, ale dźwięk wydobywa się dostojny. Jak podaje Wiki “instrument charakteryzuje się głębokim, melancholijnym i bardzo naturalnym brzmieniem”. Święta prawda! Bardziej zdziwiła mnie informacja o zastosowaniu – “wykorzystywany jest w orkiestrze kameralnej, symfonicznej, jako instrument solowy, w jazzie oraz w różnego typu zespołach instrumentalnych.”

Otóż w jazzie spotkałem fagot jedyny raz! I to na żywo, własnymi uszami. Było to przed wielu laty, gdy wrocławski festiwal studencki Jazz Nad Odrą był wielką imprezą, na która waliły tłumy. Z Krakowa przyjechał zespół Laboratorium. W zespole grał Marek Stryszowski na fagocie! Tylko jego naprawdę słuchałem, choć rządził pianista Janusz Grzywacz. Ale ten fagot grający jazz to było fascynujące zjawisko i niespotykane! Rewelacja! Przynajmniej dla mnie. Chyba wyłącznie dla mnie, bo szybko pan Marek rzucił w kąt fagot i zamienił go na saksofon. Ale saksofonistów było wielu, i do tego dużo lepszych. A mógł stać się wyjątkowym fagocistą jazowym...

Fagot w swoim żywiole można usłyszeć w kompozycjach Antonia Vivaldiego. Nie mogłem nie zacząć od mego idola. Napisał 39 koncertów na ten czarujący instrument. Mam wszystkie. W różnych wykonaniach. Ostatnio fascynowało mnie to, co z fagotem robi Valerij Popov, czyli po staremu Walerij Popow. Warto posłuchać!

Przed laty katowałem siebie i moją Naj kompozycją, która napisał Ermanno Wolf-Ferrari, włoski kompozytor z pierwszej połowy XX wieku. Fagot śpiewa w niej głęboko, nisko i bardzo spokojnie. Melodia snuje się sennie i hipnotycznie. Moja Naj była w ciąży, a ja naczytałem się, że dziecko słyszy już niskie dźwięki, i warto mu je puszczać. Więc słuchało dziecko muzyki i uspokajało się. W późniejszych latach po urodzeniu córa wcale nie pamiętała tego utworu...



Fascynacja fagotem pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa, gdy zobaczyłem disnejowski film animowany "Uczeń czarnoksiężnika". To bajka zilustrowana muzycznie kompozycją Paula Dukasa, kompozytora francuskiego, po którym niewiele pozostało, bo przed śmiercią zniszczył większość nieopublikowanych dzieł. Przesadny samokrytycyzm! W tym utworze fagot może pokazać, co potrafi. Radzę posłuchać...

W I O L O N C Z E L A

Wiolonczela, czyli coś pomiędzy skrzypcami a kontrabasem. Bardzo erotyczny instrument, jeśli obsługiwany przez instrumentalistkę. Słusznie unieśmiertelnioną w piosence Marka Grechuty! Też architekta…

Zakochałem się w brzmieniu wiolonczeli będąc studentem w czasach, gdy po niebie latały pterodaktyle. Do wrocławskiego studenckiego teatru Kalambur zaproszono jakąś hiszpańską trupę. Nic nie rozumiałem z tego, co mówili, ale w tle brzmiała muzyka, która mnie zahipnotyzowała. Jeden instrument o aksamitnym, ciemnym i głębokim głosie opowiadał coś podniosłego i ponadczasowego. Potem się dowiedziałem, że to Pablo Casals grał suitę na wiolonczelę solo. Jana Sebastiana Bacha!

Słyszałem już muzykę Bacha, ale tę wszystkim znaną. Preludium i fugę, co to rozpozna ją każdy, choć mało kto potrafi podać tonację i numer z katalogu dzieł. Mi też się myli. Potem Suity Orkiestrowe i zaraz za nimi Koncerty Brandenburskie. Barok mnie zachwycił najpierw muzyką Antonia Vivaldiego. Dość szybko dotarłem do tego, że i Jan Sebastian lubił muzykę Rudego Księdza. Transkrybował jego koncerty na skrzypce w liczbie mnogiej na koncerty na instrumenty klawiszowe w liczbie mnogiej. Bach był więc dla mnie chronologicznie drugi. Do dziś jestem rozdarty między lekkością Włocha a powagą Niemca…

Ale utwory na wiolonczelę solo to był inny wymiar muzyki. Zdumienie, ile może wypowiedzieć jeden instrument zaopatrzony w tak niewiele strun! I szybko odkrycie, że Mistrz Bach stworzył tyle samo utworów na skrzypce solo. Ta muzyka nie kojarzy mi się już zupełnie z jakimś okresem w historii. Z barokiem. Muzyka na instrumenty smyczkowe solo jest ponad czasem – jest Absolutem.

Jest pewien dziennikarz, którego nie lubiłem, bo był naczelnym Gazety Polskiej, której napastliwość i skrajność mi nie odpowiadała. Jest też ten człowiek melomanem, który wzbudza mój najgłębszy szacunek swą miłością do muzyki i kolosalną wiedzą, które przelewa wspaniale na papier. Pisuje teraz w Gazecie Wyborczej. To Piotr Wierzbicki!

Muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka Jana Sebastiana Bacha przypomina nam, że jesteśmy ludźmi.

2 gru 2009

G I T A R A

Ponieważ gitara jest tym instrumentem, który daję mi najwięcej radości, gdy go słucham, to najbardziej lubię muzykę w której gitara rządzi. I nieważne, czy są to kompozycje barokowe, grane na gitarach, z których niektóre wykonywał sam Stradivarius, czy kompozycje rockowe, grane na gitarach elektrycznych Stratocaster. Ogólnie chodzi o szarpanie drutów, jeśli chodzi o struny metalowe, ewentualnie kiszek albo nylonu, gdy rzecz dotyczy strun w gitarach klasycznych lub akustycznych.

Mój kolega, też architekt, jeszcze starszej niż ja daty, dzieli gitary na deski i pudła, czyli zauważa bryłowość instrumentów, co jest typowe dla architektów. Choć tacy często się mylą, bo zapierają się, że saksofon to instrument dęty blaszany, bo widzą to przecież gołym okiem, i nie dadzą sobie wciskać kitu, że saks jest drewniany! A jest…

Wracając do gitary, to kocham ją miłością wierną i nieodwzajemnioną, bo nie umiem grać na niczym i nie umiem czytać nut, choć to ostatnie podobno nie jest konieczne, by grać. Ot, tacy Rosenbergowie, tworzący rodzinne trio, zaklinają się, że nie znają nut, a grają jak bogowie. To duży kłopot, gdy grywają choćby z zespołem jazzowym albo orkiestrą symfoniczną, bo muszą wszystko przećwiczyć i wypróbować, no i zapamiętać, skoro nie znają nut. The Rosenberg Trio to Sinti, czyli Cyganie zachodniej Europy. W odróżnieniu od naszych Romów. Są Holendrami także. Ale ich muzyka jest jak najbardziej francuska. Wywodząca się z muzyki, którą grał już przed wojną Django Reinhardt. Też Sinti, tyle że z Belgii! Takie cygańskie jazzujące gitarowe granie nazywa się jazz manouche z francuska i kojarzy się z Paryżem. Jest tak paryskie jak piosenki Georgesa Moustaki – Greka, czy Jacquesa Brela – Belga.

Gitara to bardzo starożytny instrument, czemu się nie ma co dziwić, bo już jaskiniowiec, jeśli był wielce inteligentny, mógł z kawałka kija i kawałka flaka zrobić łuk, który mógł brzęczeć, gdy się flak napięty szarpało. Gitara była PRZED skrzypcami, bo nie potrzebowała smyka, który był dodatkową konstrukcją, też zresztą początkowo przypominającą łuk.

Choć pewnie przed gitarą powstała harfa, bo do napiętego i wygiętego w łuk drewna można było przywiązać wiele flaków, coraz krótszych. A gitara, zwana była najpierw przez Greków antycznych kitarą, czyli bardzo podobnie. Cała reszta była niepodobna, bo to była odmiana liry ze strunami z włókien roślinnych.

No i zaczyna się historia o myśliwych i rolnikach. A przecież rośliny włókniste mogli zbierać zbieracze, którzy wcale nie musieli być rolnikami. To kto był pierwszym gitarzystą??? Jedno jest pewne – do tej jelitowej szarpaniny jaskiniowcy dołączali pewnikiem śpiew, albo przynajmniej jakieś wycie czy mruczenie. Najpierw solowe, a potem może i chóralne. Ciekawe, czy już wtedy ktoś takich pramuzykantów nazywał szarpiflakami?


Na gitarze grać każdy może, jak choćby Michaelka, z której bloga wziąłem powyższe "gitarowe" zdjęcie z deklaracją, pod którą chętnie się podpiszę, choć z uwagą "między innymi"...

1 gru 2009

Właściwie, to czemu nie???

Ktoś zwrócił się do mnie tak:

znów zadam Ci to samo pytanie, na które znowu nie odpowiesz: CZŁOWIEKU, NIE ŻAL CI WŁASNEJ DOBREJ MARKI NA SZLAJANIE SIĘ PO TYCH WSZYSTKICH GRAJDOŁKACH? Dlaczego Ty właściwie się nie skupiasz na rozwoju jakiegoś swojego własnego, prywatnego blogaska? W jakimś jednym konkretnym miejscu, żeby ludzie wyrobili sobie nawyk zaglądania od czasu do czasu, a może nawet zassali rss?


Najpierw odpowiedziałem, że to dobre pytanie, na które są same złe odpowiedzi:
- bo mi się nie chce,
- bo lubię poznawać inne opinie, poglądy, awersje, sympatie,
- bo mój własny blog jest czytany, ale mało komentowany, pewnie z mojej winy,
- bo mój blog to raczej emocjonalny śmietnik, połączony z notatnikiem.
Coraz mniej też ciekawią mnie wszelkie blogi, włącznie z własnym...

Po dłuższej chwili jednak pomyślałem sobie, że ten ktoś ma trochę racji, albo i bardzo dużo racji. Dalej mi się nie chce bawić w konsekwencję, regularność czy pracowitość. Co to, to nie! Ale przecież mogę pisać o tym, co najbardziej lubię, a na czym przy okazji się mało znam.

Zupełnie jak rasowy dziennikarz! Oni przecież, tak naprawdę, na niczym się nie znają, i co gorsza, najczęściej nie chce im się tej zerowej wiedzy powiększyć choćby o jeden promil promila, bo to wymagałoby nadludzkiego wysiłku googlowania, wertowania, wyszukiwania, porównywania, sprawdzania.

Dlatego ja, człek leniwy do szpiku kości, też będę pisał o MUZYCE, nie znając się na niej zupełnie! Wystarczy, że KOCHAM muzykę od kiedy pamiętam. Muzyka jest obecna przy mnie przez wiele godzin dziennie. Słucham w pracy, słucham podczas ćwiczeń, słucham chodząc. Będę więc pisał o tym, jak ja odbieram muzykę, jaką lubię, i dlaczego. Będę też pisał o muzykach, kompozytorach i zespołach. Amatorsko. Amator to miłośnik...

Ponieważ...

...większość z Was nie wie albo nie pamięta, kto to jest lub był RORY GALLAGHER, to pozwolę sobie wspomnieć o tym Gigancie kilka słów z głowy, bo to dobry sprawdzian dla mnie, czy nie szczypie mnie skleroza.

Rory był Gitarzystą. Wielkim Gitarzystą. Jednym z Największych. Rory był Irlandczykiem, z wszelkimi zaletami i wadami tej zacnej nacji. Jedna z wad go zabiła. Duży smak do whiskey. Nie wytrzymała wątroba. Trzeba było ją przeszczepiać. Operacja się udała! Pacjent zmarł. Na pooperacyjne zapalenie płuc…

Rory powinien powalić cały świat na kolana! Ale jemu chyba nie zależało. Grał w małych klubach, na prowincjonalnych festiwalach, nagrywał płyty z wieloma, którzy go prosili. Rory kochał bluesa i grał go genialnie. Najczęściej bardzo ostro – rockowo. Ale potrafił też grać cudowne bluesowe ballady – wolne i smutne.

Początki jego wielkiej sławy to zespół Taste. W tym trio Rory nabierał rozpędu. Oprócz gitary potrafił zagrać na saksofonie. Chyba właśnie od jego nagrań zaakceptowałem saksofon w bluesie i rocku. Taste nagrało niewiele płyt, ale wszystkie były bardzo znaczące. Dwie były koncertówkami. Jedna z nich zarejestrowana została na wyspie Wight, gdy Rory grał dla kilkuset tysięcy słuchaczy. Szkoda, że Taste nie zagrali na Woodstock! Rolling Stonesi do dziś żałują podobno...

Ponieważ RORY GALLAGHER jest muzykiem ważnym w historii bluesa i rocka, to dalej będę go wspominać. Z tego co pamiętam, to nie pamiętam, by Rory przyjeżdżał do Polski. Wiki też nic o tym nie wspomina

Teraz wypada zamieścić kilka jutubek, by zachęcić zainteresowanych lub zaintrygowanych…

16 lis 2009

Byłem na koncercie - grał Terje Rypdal

W feralny piątek 13 listopada we wrocławskiej Filharmonii wystąpił Terje Rypdal. Norweski gitarzysta już od czterech dekad jest w światowej czołówce gitarzystów. Zaczynał od grania z Janem Garbarkiem w końcu lat sześćdziesiątych. Moje kontakty z jego muzyką trwają od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to pierwszy raz usłyszałem podwójny album “Odyssey”.
Długie dźwięki elektrycznej gitary, rozlewiste i śpiewne. Takim zapamiętałem Rypdala.

I oto zjawił się ów legendarny muzyk we Wrocławiu na festiwalu Jazztopad. Z czymś specjalnym. Zaprezentowana miała być światowa premiera kompozycji na zamówienie festiwalu “Waterfalls”. Całą orkiestra wrocławskiej Filharmonii towarzyszyła gitarzyście. I ja tam byłem, wszystkiego wysłuchałem i trochę byłem zawiedziony! Za mało Rypdala w koncercie. Za dużo symfonicznej współczesności i “warszawskiej jesieni”.

Pewnie wolałbym samego Terjego, bez całej orkiestralności, ale dobre i to co usłyszałem. W końcu Terje Rypdal też grał. A ja przyszedłem posłuchać legendy. Legendy grają w nas – w naszej pamięci…

14 sie 2009

Zazdroszczę Poznaniakom!

Niedługo będziecie mieli okazję posłuchać
Los Angeles Guitar Quartet
Nie będę się rozpisywać o Tej Czwórce, którą niekiedy nazywają skrótowo LAGQ. Grają na czterech gitarach od niemal trzech dekad! Grają klasycznie, nawet jeśli się biorą za utwory bardziej, albo bardzo POPularne...



Gdzieś w ich cieniu oraz pod skrzydłami Roberta Frippa powstało też trio gitarowe California Guitar Trio. Tak mi się to pokojarzyło, bo akurat słucham płyty Echoes nagranej właśnie przez CGT. Muzyką gitarową zauroczony jestem od zawsze, czyli od czasów, gdy Szedołsi wielcy byli. Trójka z Kaliforni nawiązała do The Shadows bezpośrednio w pierwszym nagraniu The Cruel Sea.



I tu popełniłem mały błąd, bo sprawdziłem w Wiki. Tam znalazłem kompozytora tego utworu. Mike Maxfield (born February 23, 1944 in Manchester, England) is a songwriter and guitarist who came to fame as a member of The Dakotas. He penned “Cruel Sea”, a song which was first recorded by The Ventures. The Dakotas would later record an instrumental version of the track, and is one of the group’s biggest hits.

Więc nie The Shadows, tylko The Dakotas! Szadołsi nie grali Okrutnego Morza. A The Dakotas słuchałem we Wrocławiu! Czy grali The Cruel Sea? Zupełnie nie pamiętam! Błąd jednak jest mały o tyle, że “gitarowe granie” uprawiali w Anglii The Shadows i The Dakotas a w USA tak grali The Ventures. Można też wspomnieć o The Sputnics ze Szwecji i Tajfunach znad Wisły.

Daleko odleciałem od LAGQ na skrzydłach skojarzeń...

ps. Własnie się dowiedziałem od Mad Doga, że zmarł Les Paul. To też TA branża.

11 sie 2009

Lubię Ukraińców!

Przynajmniej dwóch...

Spotkałem ich na wrocławskim Rynku. Siedzieli i grali na akordeonach guzikowych. Przechodziłem, śpiesząc się i zwolniłem. Grali "Zimę" Vivaldiego. Ciarki szły po grzbiecie! Stałem jak wryty. Zebrał się mały tłumek. Posypały się dwuzłotówki do torby. I ja wrzuciłem monetę. Zobaczyłem dwie płytki cd. Oglądnąłem:
- Za ile?
- Jedna 30, a jak dwie to 50.
Się skusiłem. Oprócz Vivaldiego, Bacha nagrali też Piazzolę. To lubię...



Z notki w płycie:
Alexander Burdyug and Andrey Fesenko are graduates of S. Prokofiev Donetsk State Academy of Music (Ukraine)
Występowali na Ukrainie, w Polsce, na Węgrzech, we Włoszech i Niemczech. Są nauczycielami gry na bajanie i akordeonie w koledżu sztuki i kultury w Sumach.

Mam nadzieję, że nie są czcicielami Bandery...

31 lip 2009

Bossa nova forever!

Dziś miód na me uszy - Gazeta z okazji festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i koncertu artystów bossa novy poświęciła ponad pół kolumny temu stylowi muzyki. A ja zauroczony jestem bossa novą od tak dawna, że mogę mówić - od zawsze!

Mam świadomość, że w Brazylii bossa nova to tylko cząstka bogactwa muzycznego tego kraju, wielkiego jak kontynent. Próbowałem nawet posmakować tych innych, mniej u nas znanych odmian tradycyjnej muzyki brazylisjkiej, ale nic z tego - zawsze wracam do bossa novy.

Kilka lat temu zacząłem moją sieciową przygodę na forum audiostereo i tam poznałem wspaniałego znawcę bossa novy, skrytego pod nickiem Prezes WS. Zapoczątkował on temat "Brazil La Grand Amor... Kto jeszcze?" , w którym utonąłem na długie miesiące, aż do śmierci nieodżałowanego założyciela. Polecam to miejsce, bo jest kopalnią wielu niedostępnych wiadomości.

Do dziś zebrałem dużą kolekcję nagrań bossa novy w wielu odmianach, wykonaniach, z różnymi smakołykami i ciekawostkami. Najważniejszy jednak jest zawsze Antonio Carlos Jobim, w Brazylii zwany poufale Tomem. A z wykonawców najbardziej z bossa novą kojarzy mi się Astrud Gilberto, pewnie dlatego, że wdrukowała mi się w mózg jako Pierwsza Dama tej muzyki. Chronologia rządzi hierarchią widocznie.


Astrud Gilberto i Tom Jobim (lata sześśdziesiąte XX w.)

Polecam nie tylko ten artykuł - polecam przede wszystkim samą BOSSA NOVĘ! To wspaniała muzyka na zbolałą duszę, znakomita dla ludzi szczęśliwych, uzdrawiająca dla chorych - jednym słowem - muzyczne panaceum!
:)

16 cze 2009

Muzyka łagodzi obyczaje?

...bąknę tutaj o minionym “festiwalu” w Opolu, który zamiast być świętem polskiej piosenki, był śniętą polską piosenką. Nawet się śmiałem podczas wygłupów braci aktorskiej, która udawała kapelę rockową, szarżując ostro pastiszem przechodzącym w parodię. Ale cała reszta była mocno ziewliwa.

I tylko dumałem o Maryli, co to nie wystąpiła, bo nie dano jej śpiewać w wymarzonym duecie z Dodą. Muzyka łagodzi obyczaje?


Akurat słucham bandy rumuńskich Cyganów, pochodzących z zapadłej wiochy. Zrobili światową karierę – moim zdaniem jak najsłuszniej! To zespół Taraf de Haidouks, z “i” mającym dwie kropki u góry. Totalny odjazd i wybuchający dynamit! Ludowość nieudawana i od razu przekonywująca słuchacza. Polecam…

25 mar 2009

Słucham Petera Greena

Słucham Petera Greena i myśli kłębią mi się w głowie. Kłębią się w tle, na drugim planie. Za tymi myślami produktywnymi. Bo myślenie o Greenie jest nieproduktywne. Myślenie o nim jest dołujące.

Młody Peter Green był gitarowym Bogiem. Dla mnie, takim co najmniej, jak Eric Clapton, o którym tak pisali zwolennicy na londyńskich murach, w końcu lat sześćdziesiątych. John Lennon sam skromnie zauważył wtedy, że jest popularniejszy od Jezusa.

Peter zaczął karierę u Johna Mayalla. Po opuszczeniu mayallowych Bluesbreakers przez Erica Claptona. Pograł, zagrał genialnie swą kompozycję "Supernatural", popraktykował i podziękował za współpracę, by, wraz z kolegą z zespołu perkusistą Mickiem Fleetwoodem, założyć własną grupę Fleetwood Mac. Do dziś uwielbiam ich pierwsze płyty, na których grali bluesa. Owocna była podróż grupy do ojczyzny bluesa. W Chicago spotkali swych herosów - czarnoskórych twórców elektrycznego bluesa, z którymi nagrali jamowy album z dwoma krążkami.



W tym mniej więcej czasie Amerykanie z Canned Heat nagrali również podwójny album z Johnem Lee Hookerem. Paru białasów zachwyconych czarnym bluesem. Tytuł ich ówczesnego przeboju "Let's Work Together" był hasłem, które trafiało do wszystkich. Poprzez te wspólne grania muzyka oryginalna, korzenna, trafiała do młodzieży na całym świecie. Do mnie też. To wtedy się zaraziłem.



Dlaczego jednak Peter Green mnie tak dołuje? Otóż wpadł w wielką i głęboką dziurę psychiczną! Rzucił zespół, który sam stworzył i wywindował do światowej czołówki, bo nie mógł znieść tego, że muzyka bluesowa przynosi takie fury pieniędzy! Trochę też nie podobało mu się odchodzenie od czystego bluesa, choć sam miał w tym największy udział. Jego ówczesne i absolutnie genialne kompozycje nie były już wyłącznie bluesami. "Albatross", "Man of the world", "Oh well 1 & 2" i "Green Manalishi" stały się rekordzistami sprzedaży, bijąc na łeb utwory Beatlesów i Rolling Stonesów razem wziętych!



Tego umysł Petera nie zniósł. Rzucił grupę i pojechał do izraelskiego kibucu pracować jako grabarz. Symboliczny pogrzeb kariery muzycznej supergwiazdy! Po tym odejściu zniknął z muzycznego rynku, choć jego przeboje do dziś krążą po całym świecie. "Black Magic Woman", genialnie zagrana przez Carlosa Santanę, to też dzieło Greena!

Po latach leczenia psychiatrycznego i osamotnienia wielbiciele dotarli do niego. Grupa muzyków zakochanych w jego twórczości namówiła go do powrotu. Przypomnieli mu granie na gitarze, które już w znacznym stopniu zapomniał. Zaczęli wspólne granie i koncertowanie. Nazwali się Splinter Group, czyli Grupa Rozłamowa. Grają do dziś.



Ale to nie jest TO granie. Zniknął gdzieś hipnotyczny urok greenowskiego grania. Głos stracił barwę, dźwięczność. To już cień Wielkiego Petera Greena! I to właśnie mnie dołuje. Może jednak nie powinno? Może powinienem cieszyć się, że JEDNAK żyje i gra. Że nie dołączył przed laty do Umarłych Za Wcześnie...

A KOGO TAKIE STAROCIE MOGĄ INTERESOWAĆ???

9 lut 2009

BONAMASSA! Nowy dzień wczorajszego rocka...



Kolejne moje odkrycie, z serii odkrywania prochu albo roweru na strychu u Niemca...

Joe Bonamassa - człowiek, który daje nadzieje, że rock gitarowy, energiczny, dynamiczny i potężny, nigdy nie zginie, na pohybel rapom, hiphopom i innym modom jednego sezonu.

W tym wideo gra stary przebój innych gigantów - Jethro Tull. Covery Bonamassy są znakomite - Joe oddaje w nich hołd mistrzom. Trzydzieści lat temu Jethro Tull wykonywali ten utwór ostro i bluesująco.




Ale w roku 2005, gdy zagrał go Joe Bonamassa, zespół Jethro Tull ciągle
trwa i gra. I to jak!

23 paź 2008

Autobiografia Claptona!

Kilka dni temu wpadła mi w ręce “Autobiografia” Erica Claptona! Świeżutko wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Wydawnictwo z Wrocławia, co mnie, wrocławianina, tym bardziej cieszy. Zacząłem czytanie i to od środka, bo przede wszystkim chciałem poznać wspomnienia z okresu grania z Johnem Mayallem w Bluesbreakers.

Nie zawiodłem się! Znakomicie się czyta, w czym wielka zasługa zarówno Claptona, tego, co mu to stylistycznie wyszlifował oraz polskiego tłumacza. Czeka mnie duża porcja ciekawej lektury, stąd ta notka może się rozwijać. Clapton to w końcu: Yardbirds, Bluesbreakers, Cream, Blind Fith, Plastic Ono Band, Derek and the Dominos, ogrom sesji innych artystów i zupełnie samodzielna działalność lidera zespołów do dziś.

Clapton to żyjąca legenda, kamień milowy, symbol, ikona a przede wszystkim ciągle młody duchem i talentem Twórca. Tradycyjnie bez jutubek, linków, melodii. Wolę z głowy, bo to oddaje moje emocje, to, co w muzyce Claptona było zawsze dla mnie ważne…

W zasadzie to już jestem po lekturze. Pozostał mi tylko pierwszy rozdział opisujący pierwsze naście lat życia Erica. Bardzo zakręconego życia, które na szczęście ciągle trwa. Wszelkie zakręcenia Calptonowi udało się przeżyć i wyjść na prostą, na której wydaje się pozostanie. Śledząc losy życia gitarzysty dowiedziałem się masę ciekawostek, o których zupełnie nie miałem pojęcia w tamtych czasach, gdy sprawy się działy.

Zabawny dla mnie był opis relacji między muzykami w zespole Bluesbreakers, kierowanym przez Johna Mayalla. Były to rzeczywiście relacje takie jak między nauczycielem a uczniakami, którzy ciągle belfrowi płatają psikusy. Stary mistrz do dziś aktywnie działa muzycznie i kilka lat temu hucznie i koncertowo obchodził 70-te urodziny! Gdzie te czasy, gdy słuchałem go na koncercie w Opolu…

Clapton przeżył uzależnienia od narkotyków i alkoholu. To drugie chyba nawet gorsze. Wyszedł dzięki pomocy przyjaciół i do dziś jest czysty. Aktywnie też działa w ruchach AA i AN, finansując ośrodek odwykowy na karaibskiej wyspie Atigua. Szkoda trochę, że tak mało zdjęć ilustrowało tę spowiedź...

Polecam tę lekturę wszystkim, którzy lubią Claptona, bo pomoże poznać go lepiej jako człowieka. Jest kopalnią wiadomości i ciekawostek o wielu muzykach z którymi zetknął się i pracował Eric Clapton.

Muzyka łagodzi obyczaje?

8 paź 2008

Airto Moreira

...ma już 67 lat! Ciągle jednak nagrywa. Pewnie, jak wszyscy perkusiści, ma dobrą formę, bo walenie w bębny i przeszkadzajki daje krzepę i wigor. Admiratorem tego brazylijskiego perkusjonisty jestem od czasu, gdy Chick Corea porzucił bezdroża free jazzu i nagrał w 1972 roku “Return To Forever”. Dla wyjaśnienia – perkusjonista to nie tylko bębniarz, ale przede wszystkim obsługujący przeszkadzajki, czyli najprzeróżniejsze instrumenty perkusyjne, dzwonki pasterskie, podkowy, folie metalowe. Airto do swego wyjazdu w 1968 roku do USA, zebrał ponad 120 instrumentów perkusyjnych i używa ich bardzo twórczo do dziś.

Airto był w 1972 roku już uznanym muzykiem, wsławionym dwuletnią współpracą z Milesem Davisem i nagraniami płyt, będących kamieniami milowymi fuzji jazzu i rocka. Jego żona, Flora Purim, jest znakomitą wokalistką jazzową i słychać ją na większości płyt Airta. Jest w wielkiej przyjaźni z naszą Urszulą Dudziak. Airto był też oryginalnym członkiem pierwotnego składu Weather Report. Jak z tej wyliczanki widać – Wielki Muzyk, który grywał z Największymi. Fajnie, że gra do dziś!

Do notki nie wklejam jutubek czy plików muzycznych, bo mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i sam dotrze do muzyki. Choć ta notka nikogo nie namawia do niczego. Jest wyłącznie wyrazem mej szczerej radości, że gdzieś w świecie żyje człowiek, który sprawia radość innym ludziom cudownym bębnieniem i bardzo zróżnicowanym hałasowaniem…

18 lip 2008

COLOSSEUM LIVE - evergreens (1)

Colosseum to wspaniały zespół znakomitości muzycznych. Rewelacyjny Dick Heckstall-Smith był pierwszym saksofonistą, który przekonał mnie do tego instrumentu w muzyce rockowej. Jego grę na dwóch saksofonach jednocześnie zobaczyłem zupełnie niedawno, oglądając koncert "zjednoczeniowy" sprzed kilku lat. Chris Farlowe - jego głos znany mi jest od wczesnych lat sześćdziesiątych, choćby z utworu Rolling Stones "Out Of Time".




Chris jest "poza czasem" - głos mu się nie starzeje, tylko dojrzewa. Na podwójnej płycie koncertowej" Colosseum Live", nagranej w początku lat siedemdziesiątych w angielskich uczelniach, najbardziej fascynującym utworem jest "Lost Angeles" - długa, kilkunastominutowa rozpędzająca się lokomotywa:



Colosseum odrodziło się 1994 roku w oryginalnym składzie i dało wiele koncertów w całej Europie, gdzie zawsze było najbardziej kochane. Nagrało też znowu parę albumów, może nie tak porazających, jak w latach młodości, ale ciągle wspaniale granych! Z koncetów w roku 1994 utwór "Rope Ladder To The Moon" musicie sobie sami włączyć w you-tube, bo "umieszczanie filmu na stronach zostało wyłączone na żądanie":

http://pl.youtube.com/watch?v=sTboKwTeXl0&feature=related

Dick Heckstall-Smith zmarł w 2004 roku - pozostała muzyka. "Stormy Monday" to jeden z superbluesów, granych przez wszystkich od zawsze. Tutaj, jeszcze przed ponownym zjednoczeniem w 1994 roku, wykonują go dwaj kolosalni przyjaciele Dick i Chris:



Muzyka łagodzi obyczaje?
:)

9 lip 2008

John McLaughlin na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym

John McLaughlin wystąpi w listopadzie na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym. Towarzyszyć mu będzie m.in. Chick Corea.Koncert zaplanowany jest na 14 listopada. – To będzie niezwykłe wydarzenie na początek Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego – mówi jeden z organizatorów imprezy Krzysztof Pełech. Ceny biletów nie są jeszcze znane. - Taką wiadomość przeczytałem dziś na stronie Polskiego Radia Wrocław a jescze wcześniej usłyszałem w porannej Trójce

No to mnie dzisiaj siekła ta wiadomość. To będzie JEDYNY koncert w Polsce! Nie pójść na to wydarzenie to będzie grzech zaniedbania i lenistwa…

John towarzyszy mi muzycznie od czasów Milesa Davisa, poprzez wszystko, co robił do dziś. Krzysztof Pełech to wrocławianin z którego możemy być dumni przed całym światem! Brawo i dzięki.

10 lut 2008

Dwa tygodnie poza "Strachem"...

...i poza granicami chamopola. Niestety nie poświęciłem ich lekturze "Strachu" - zacząłem i po trzech dawkach zrobiłem przerwę. Lektura jest zbyt deprymująca, by ją kontynuować bez przerw. Czytałem wyłącznie polskie relacje, udokumentowane i dostępne w źródłach, które Gross dokładnie wypisuje w bibliografii.

Dokupiłem też książkę "antygrossowską" polskiego historyka Chodakiewicza "Po zagładzie" i odłożyłem na półkę. Dojdę do niej po "Strachu". Powoli mijają zaciekłe dyskusje i połajanki. Umilkły głosy typu "nie czytałem, ale swoje wiem..." Widocznie zainteresowani czytają.

Ja teraz czytam dziwną książkę. "Rockowy Armagedon" George'a R.R. Martina. Armagedon, oprócz ogólnie znanego znaczenia (ostateczna, decydująca walka, bitwa między siłami dobra i zła; przen. wielka, krwawa, wyniszczająca obie strony wojna) to także nazwa znakomitego zespołu rockowego (Armageddon), założonego przez byłego członka The Yardbirds Keitha Relfa, Martina Pugha ze Steamhammer, perkusistę Bobby'ego Caldwella, który nagrywał z Johnnym Winterem oraz basistę Lou Cennamo. Tylko jedna jedyna płyta pozostała po spotkaniu tych znakomitych muzyków. Pochodzi z 1975 roku.

Na książce zachęta samego Stephena Kinga: "najlepszy thriller o popkulturze, jaki dotąd napisano". To mi wystarczyło i nie trzeba mi było dodatku: "rock and roll - miłość i śmierć".
Rockkultura zwyciężyła historię i czytam o zakręconych losach grupy The Nazgul, przetykanych cytatami z tekstów piosenek takich wykonawców jak Beatlesi, Jefferson Airplane, Loving Spoonful, Greatful Dead czy Rolling Stones. Im i wielu jeszcze innym znakomitościom muzycznym autor dedykował książkę. To wszystko mnie zaintrygowało, przyciągnęło i wciągnęło...

Zgromadziłem duży stos książek, które czekają na swoją kolejkę. Nigdy nie wiadomo po którą sięgnę. Na razie zwyciężyła muzyka.
:)

7 sie 2007

Młot parowy

http://www.steamhammer.com/

To jeden z moich najukochańszych dinozaurów muzycznych. Na polskiej stronie, poświęconej Zagubionym Perłom Rocka opisuje go Piotr , a czyni to słowami tak czułymi i ciepłymi, że przytoczę je w dużych fragmentach:
Jedna z najpiękniejszych płyt blues-rockowych końca lat 60. Wprawdzie "znawcy" wyżej cenią LP "MK II", ale nastrój "Reflection" jest niepowtarzalny.
Płyta rozpoczyna się szumem strumienia przy dżwięku delikatnych gitar, by po chwili przejść w "wodospad" riffu ..."Junior's Wailing". Posłuchajcie jak ten sam utwór wykonywała grupa Status Quo na LP "Ma Kelly's Greasy Spoon" a wyczujecie (to nie pomyłka w pisowni ) to co jest najbardziej urzekające w tej płycie.

Pozostałe płyty Steamhammer to, "MK II" z dużym odcieniem jazz'owym, "Mountains" będąca powrótem do korzeni, czyli bluesa. Na niej znajduje się kolejna muzyczna perła - "Riding on the L & N". I na koniec działalności grupy "Speech" - płyta o charakterze eksperymentalnym...

Steamhammer był zespołem angielskim, który powstał u schyłku mody na białego bluesa, dlatego nie zdobył sławy, jaka mu się należała. Dużą popularnością cieszył się na kontynancie, kochany przez wiernych fanów w Holandii i Niemczech. Ostatnia płyta, w zmienionym składzie, została wydana tylko w Niemczech...
Płyty Młota Parowego często słucham i są dla mnie ciągle tak świeże jak wtedy, gdy nagrano je niemal czterdzieści lat temu. Zespół się rozpadł, muzycy zajęli się innymi projektami. Wokalista i gitarzysta pierwszego składu zespołu Kieran White wyjechał do Stanów, gdzie został kierowcą ciężarówki. Niedawno zmarł...
Po dinozaurach rocka pozostały płyty. Jak kości na pustyni Gobi.