29 kwi 2010

Dobry wieczór we Wrocławiu

Zacznę tym powitaniem, znanym we Wrocławiu z neonu, witającego podróżnych, którzy wyjdą z kolejowego Dworca Głównego. Neon jest stareńki, i niemal nie zniknął z dachu budynku, bo wspólnota mieszkaniowa nie miała funduszy, by do wyremontować i opłacać energię elektryczną, bez której neon to tylko trochę rurek szklanych. Miłośnicy się skrzyknęli, fundusze zbierają i neon ożywią. Niech wita przybyszów ciepłymi słowy.



Do Wrocławia zaprasza też "New York Times" sprzed kilku dni. Pisze o nas ciepło, co wrocławian nie dziwi, bo uważamy, że nasze miasto jest fajne. Którzy mieszkańcy innych miast powiadają o swym grodzie podobnie jak my, którzy poufale i z sympatią nazywamy je Wrocek? Czy Warszawka to nie jest przezwisko nadane stolicy przez zawistników z innych miast? O Krakowku, Łódce czy Poznańku też nie słyszałem.

Dobrze to rokuje naszym staraniom o to, by stać się europejską stolicą kultury w 2016 roku. Zapraszamy do Wrocławia.

28 kwi 2010

Skandalicznie zakłamana rzeczywistość

Nie jestem wielbicielem Rzeczpospolitej, czyli treści, które szerzy. Nie zgadzam się najczęściej z komentarzami jej publicystów. Na niektórych mam chyba mentalne uczulenie. Ale z oceną pani Katarzyny zgadzam się w zupełności, pewnie dlatego, że nie jest dziennikarką Rzepy. Dlatego zamieszczam ją z linkiem do całego dwugłosu w sprawie filmu "Solidarni 2010". Tym drugim głosem jest Krzysztof Kłopotowski, ale do niego należy dotrzeć samodzielnie...

Katarzyna Kolenda-Zaleska


To, co się działo przed Pałacem Prezydenckim, było fantastycznym materiałem na reportaż. Ale to, co zrobili autorzy filmu, to była zwyczajna agitka – twierdzi dziennikarka TVN


Pierwsze moje wrażenie z filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010” było takie, że właśnie obejrzałam film całkowicie bezrefleksyjny, w którym dziennikarz jest wyłącznie sitkiem do mikrofonu. Na dodatek sitkiem, które bardzo tendencyjnie dobiera wypowiedzi bohaterów.

Sam przekaz filmu był skandaliczny. Teza w największym skrócie brzmiała tak: katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach, premier Tusk ma krew na rękach, a Rosjanie chcą nas jak zawsze oszukać. I tylko prawdziwi patrioci, czyli ci, którzy wcześniej popierali politykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego i go nie krytykowali, mają prawo dzisiaj po nim płakać.

A przecież demokracja polega na tym, że można krytykować ludzi, z którymi się nie zgadzamy, zwłaszcza jeśli są to osoby pełniące funkcje publiczne. Takie jest zresztą zadanie dziennikarza – patrzeć władzy na ręce. Wywoływanie wrażenia, że jest coś złego w krytykowaniu prezydenta czy innych ważnych polityków, jest na dłuższą metę bardzo szkodliwe. I zwłaszcza Pospieszalski jako dziennikarz powinien to rozumieć.

Tytuł filmu brzmiał „Solidarni 2010”. Po jego obejrzeniu nasunęło mi się pytanie: czy rzeczywiście ten film był solidarny także z innymi ofiarami katastrofy? Nie zauważyłam. Z filmu dowiadujemy się, że była tylko jedna ofiara smoleńskiej katastrofy – pan prezydent. Czy to jest uczciwe? Nie. To jest zakłamywanie rzeczywistości. To film, który z założenia miał pokazywać spiskową wizję dziejów.

Nie przyjmuję tej wizji, bo to nie jest Polska, w której żyjemy. Zwłaszcza że ja też byłam przed Pałacem Prezydenckim i rozmawiałam z tymi ludźmi. A oni mówili bardzo różne rzeczy. W zależności od tego, kto kiedy stał i ile stał. Dzień po katastrofie emocje i szok, jakiego wszyscy doznali, były większe niż np. szóstego dnia. Inne rzeczy mówi się pod wpływem żywych emocji, a inne, kiedy te emocje choć trochę opadną. I proszę mi wierzyć, nie stali tam wyłącznie ci, których pokazano w filmie. Byli też tacy, którzy mówili, że na co dzień nie interesują się polityką, ale przyszli oddać hołd parze prezydenckiej oraz wszystkim ofiarom. W tych dniach Pałac Prezydencki stał się bowiem symbolem wszystkich tragicznie zmarłych osób, symbolem ogromu nieszczęścia, jakie nas wszystkich dotknęło. I każdy ma takie samo prawo do opłakiwania ofiar.

Wiadomo, że w tłumie pojawiają się różne domysły i teorie, ale nie znaczy to, że wszystkie – w tym te najbardziej wydumane – muszą iść na antenę. Podstawowym zadaniem dziennikarza jest analiza zebranego materiału. Jeśli jakiś pan wygłasza tezę, że to na pewno był zamach rosyjski, to nie można takiej wypowiedzi zostawić bez komentarza, bo nie ma na to żadnych dowodów. A jeśli ktoś inny mówi, że ma informację, iż dwie godziny po katastrofie Bronisław Komorowski wraz ze swoimi ludźmi plądrował IPN, to rzetelność dziennikarska nakazywałaby poinformować widza, że dwie godziny po katastrofie marszałek Komorowski był w drodze do Warszawy. Jak więc mówić tu o odpowiedzialności dziennikarza za słowo?

Dziennikarz jest nie tylko od tego, żeby rejestrować, ale także by objaśniać świat i analizować to, co widzi i słyszy. Aby pokazywać obraz jak najbliższy prawdzie, a nie żeby naciągać go pod swoją tezę. Całkowicie niedopuszczalne było też sugerowanie rozmówcom odpowiedzi, podpowiadanie im, co mają mówić (w dodatku żując przy tym gumę). A takie metody stosowano w tym filmie.

To, co się działo przed Pałacem Prezydenckim, było fantastycznym materiałem na reportaż. Ale to, co zrobili pan Pospieszalski i pani Stankiewicz, to nie był żaden reportaż, ale zwyczajna agitka. Nieodpowiedzialna, jednostronna, zafałszowująca obraz Polski i pełna elementarnych błędów dziennikarskich. Im dłużej ten film oglądałam, tym bardziej się czułam przerażona.

—not. k.b.
Katarzyna Kolenda-Zaleska jest dziennikarką „Faktów” TVN
Rzeczpospolita

27 kwi 2010

TVPiS1: Ż E N A D A

Powoli staję się blogiem przedruków. Dziś wklejam demotywatora, który jest znakomitym przykładem żałobnictwa propagandowo-politycznego

TVPiS: Tusk ma krew na rękach

Dziś kolejny przedruk - tym razem z Gazety Wyborczej. Mowa o "filmie dokumentalnym" współautorstwa Jana Pospieszalskiego, znanego z zawracania gitary. Oglądałem fragment jego "dzieła" i mnie lekko zemdliło od woni kadzidła i smrodu propagandy politycznej. Zamieszczam, bo w wyborczej już jutro nie będzie, a u mnie powisi...

Tusk ma krew na rękach

Agata Nowakowska 2010-04-26, ostatnia aktualizacja 2010-04-26 23:14:21.0

- W Smoleńsku to był zamach. Tusk ma krew na rękach. Sprzedajne media zafałszowały obraz wspaniałego prezydenta. Ogromna część narodu dzięki żałobie wraca z emigracji wewnętrznej. Prawdziwi Polacy przyszli pod Pałac i teraz powinni wybrać w wyborach swoich prawdziwych przedstawicieli - taki półtoragodzinny klip wyborczy zafundowała TVP1 Jarosławowi Kaczyńskiemu

"Solidarni 2010" film dokumentalny Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, TVP1, poniedziałek, 26.04., godz. 20.20-21.50

Żerując na autentycznych ludzkich emocjach, autorzy zrobili film-agitkę, propagującą obłędny, spiskowy, jakby tradycyjnie PiS-owski sposób widzenia świata. Rozmawiając z ludźmi stojącymi pod Pałacem Prezydenckim wyłapywali tych, którzy głosili najbardziej karkołomne teorie.

1. To był zamach

Prezydenta Lecha Kaczyńskiego zabiło KGB: "To nie był przypadek", "Nic się nie dzieje przypadkiem, zostaliśmy sprzedani" (komu?), "Gdyby nie było osobnej wizyty premiera i prezydenta, oni by żyli. Premier Tusk ma krew na rękach", "NBP blokował kredyty dla PO" (czytaj: dlatego musiał zginąć prezes banku Sławomir Skrzypek").

W tej części filmu, o - nazwijmy to - "zamachu" jakoś nie słychać pytań twórców filmu, bo bez wątpienia musiały "podprowadzać" rozmówców. Czasem tylko mignie część profilu Jana Pospieszalskiego, czy ręka Ewy Stankiewicz. Autorzy niby sami nie mówią, że "Ruscy" zestrzelili samolot, ale nie kontrują też głupstw mówionych przez ludzi pod wpływem emocji. Najwyraźniej sami w nie wierzą, choć zabrakło im odwagi by przyznać to otwarcie.

Dalszą częścią teorii spiskowej jest to, że sprawa zamachu nigdy nie zostanie ujawniona. To od razu rozwiązuje problem braku jakichkolwiek dowodów. "KGB to poważni ludzie, nie puszczą farby", "Rosjanie nie powiedzą prawdy, winien będzie generał-mgła", "Rosjanie specjalnie nie wpuścili tam Polaków".

2. Media zafałszowały obraz prezydenta

Dostało się też mediom. Pełne nienawiści zdania o usłużnych wobec PO mediach, opłacanych przez wrogów Polski, które wyszydzały prezydenta Kaczyńskiego, przedstawiały go w krzywym zwierciadle by odsunąć tego patriotę, "człowieka, który miał idee i wartości" - bo inni ich, jak wiadomo, nie mają - od władzy. "Media kłamały, nagle się okazało, że media mają piękne zdjęcia pary prezydenckiej", "Wstydzę się za tych, co milczeli, gdy prezydenta opluwano", "Wstyd mi za warszawkę, która teraz włożyła czarne krawaty". Poza tym podobno jakieś tajne, niewiadomo jakie siły prześladują w Polsce patriotów, robiąc z nich ksenofobów i rasistów.

- Rozmowy ujawniły, że ogromna część naszego narodu była dotąd na emigracji wewnętrznej. Przez całe lata ci ludzie byli nazywani moherami i ciemniakami. Retorycznie pytali nas, czy tak właśnie wyglądają. Swoją obecnością chcieli pokazać, że to co widzimy w mediach, ma niewiele wspólnego z tym, co się dzieje tu i teraz. I że media, które przez lata obrażały prezydenta, obrażały także ich. Miliony ludzi, które głosowały na Lecha Kaczyńskiego - mówiła poniedziałkowemu "Super Expresowi" współautorka filmu Ewa Stankiewicz.

Chyba zbyt łatwo Ewa Stankiewicz wyciąga wnioski. Niby dlaczego ludzie, którzy głosowali na Lecha Kaczyńskiego i PiS, mieli wewnętrznie emigrować? Przecież prezydentem był polityk, na którego głosowali. Prawo i Sprawiedliwość jest w Sejmie największą partią opozycyjną. Oddało w 2007 r. władzę, nie w wyniku spisku, "układu", tylko w demokratycznych wyborach. Przerażające jest też to, że ludzie wypowiadający się w tym filmie nie dopuszczają myśli, że ktoś może mieć inne poglądy. Uznają to za efekt manipulacji, prania mózgów jakiś tajnych, niezidentyfikowanych sił.

Prezydent Lech Kaczyński był przez media oceniany jak każdy polityk. Nie do obronienia jest teza, że to media traktowały go surowo, wyszydzały i ośmieszały, a naród swoje wiedział. Bo prezydent miał bardzo duży elektorat negatywny, o czym świadczyły sondaże (według rozmówców wybranych przez twórców filmu - fałszowane).

To jasne, że po tragicznej śmierci prezydenta, w okresie żałoby wszyscy staramy się pamiętać i podkreślać dobre cechy tej prezydentury, patriotyzm Lecha Kaczyńskiego, czy jego osobistą uczciwość. Na oceny będzie czas, gdy opadną emocje. Nie mam jednak wątpliwości, że spora część Polaków - ta, która na Lecha Kaczyńskiego nie zamierzała głosować ponownie - nie oceniała tej prezydentury dobrze. Bo choć teraz wielu o tym zapomina, Lech Kaczyński często Polaków dzielił, a nie jednoczył. Nigdy nie stał się prezydentem wszystkich Polaków, raczej narzędziem PiS w walce politycznej.

To dzielenie jest nawet obecne w żałobie. Prawicowi publicyści od kilku dni dywagują kto ma prawo płakać po prezydenckiej parze, a kto nie, bo był złym Polakiem i złym patriotą. Ten sam ton pobrzmiewa niestety w wypowiedziach ludzi, z którymi autorzy rozmawiają. To przykre, że nawet w takiej chwili są ludzie, którzy tak chętnie piętnują innych.

3. Prawdziwi Polacy pod Pałacem

Kto przyszedł pod Pałac Prezydencki? Otóż prawdziwi Polacy, z polskich domów, patrioci. To znaczy, że ci którzy nie przyszli pod Pałac są gorszymi Polakami? Nie-Polakami? Trzeba im dać paszport bezpaństwowca i pogonić z kraju?

"Policzyliśmy się", "Byłem tu na placu w 1979 r. na mszy papieskiej, teraz czuję się też tak samo", "Przyszedłem tu odnaleźć ducha 1980 r.", "Przedstawiali nas jako jednostki, mohery, a nas jest bardzo dużo" - co chwila pada z ekranu.

Rozmówcy troskali się o Polskę, o to co się z nią stanie po śmierci Lecha Kaczyńskiego. Czyżby prezydent był jedynym patriotą w tym kraju? Ci sami ludzie, którzy złorzeczą na złe, jednostronne oceny prezydenta przed katastrofą, teraz chętnie przypinają łatkę innym. I to nie byle jaką, bo zdrajców, nie kochających Polski, działających w interesie... no właśnie: kogo? Brukseli? Niemców? Rosjan?

Według Ewy Stankiewicz, ludzie przyszli pod Pałac Prezydencki w poszukiwaniu źródeł pierwszej "Solidarności", która walczyła o pluralizm i wolność słowa.

Co wspólnego z wolnością słowa ma zawłaszczenie przez PiS i SLD publicznych mediów i ordynarna agitka, jaką teraz codziennie prowadzi TVP1 (w podziale łupów przypadła PiS-owi). Myślę, że to kolejny film do zrobienia, choć pewnie już nie dla dzielnego duetu: Stankiewicz-Pospieszalski.

4. Co trzeba - zrobić? Zagłosować na patriotów.

Konstrukcja filmu logicznie do takiego wniosku prowadzi. Jeden z rozmówców tłumaczy i jest oklaskiwany przez stojących wokół ludzi: "Możemy swoją wolę wyrazić w wyborach."

Inny wcześniej mówi, że przez katastrofę została zachwiana równowaga na scenie politycznej. Trzeba więc ją przywrócić.

Film został nadany przez TVP1 w kilka godzin po tym, jak Jarosław Kaczyński ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich by "dokończyć misję" - brata i tych patriotów, którzy zginęli pod Smoleńskiem.

Jan Pospieszalski i Ewa Stankiewicz zrobili Jarosławowi Kaczyńskiemu prezent - darmowy dwugodzinny klip wyborczy. No, może nie całkiem darmowy - bo za publiczne pieniądze publicznej telewizji.

Agata Nowakowska

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

W Wyborczej pojawił się też inny artykuł na temat tego filmu, nazwanego "Solidarni 2010"...

W Salonie24, ku memu zdumieniu, krytycznie wypowiedziała się o filmie pani Janina Jankowska - przewodnicząca Rady Programowej TVP. Za co spotkała ją ostra reprymenda...

23 kwi 2010

Dzień Książki

Rano dowiedziałem się z radia, że dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Przy okazji dowiedziałem się też, że Polacy coraz mniej czytają. Całe masy rodaków nie biorą książki do ręki ani jednego dnia w roku. No to ja to robię za nich!

W ostatnim miesiącu pobiłem pewnie własny rekord. Koleżanka wpuściła mnie w Stiega Larssona. Jak burza przeleciałem przez trylogię Millenium. Będzie dobrze ponad 2000 stron! Teraz kończy Młodsza - akurat przeziębiona, więc w łóżku jej szybko czas leci. Po tym z rozpędu wszedłem w "Katedrę w Barcelonie". Znowu tomiszcze z ponad pół tysiącem stron. Akurat zewsząd żałoba, telewizja funeralna, więc lektura jak w sam raz.

Teraz pracuję na wyższą średnią statystyczną czytając dwie książki na raz. W autobusie "Młot bogów", czyli sagę o Led Zeppelin, a w domu, przed zaśnięciem sagę o Genesis. Ta druga to kolejne tomiszcze o ponad pół tysiącu stron.

Swoją drogą - jaka jest ta roczna średnia cząstka książki na jednego Polaka?

Teraz chyba powinienem wziąć się za coś poważnego, uznanego i wielce artystycznego, bo to, co przeczytałem, to taki popkulturowy śmietnik...

19 kwi 2010

Czeka nas piekło (przedruk)

To kolejny tekst nie mój. Tym razem jak najbardziej niecenzurowany i przez nikogo nie zadołowany. Pochodzi z dziennika "Polska Gazeta Wrocławska" a napisał go mój dobry kolega, z którym onegdaj pracowałem i beczkę "Pępkówki książęcej" wypiłem. Krzysztof Kucharski ma głos:

Pewnie się wszystkim przeżywającym patriotyczne uniesienie po Wielkiej Narodowej Tragedii nie spodoba to, co napiszę. Ale felietonista jest jak Stańczyk. Nie tylko mówi czasem gorzką prawdę, rozśmiesza, ale też bywa, że szydzi boleśnie...

Mamy kwiecień. Zobaczmy, co nam zostało pięć lat po śmierci naszego papieża. Kilkanaście kiczowatych pomników, place i ulice w każdym mieście, mieścinie i wiosce, często wyglądające jak pobojowisko albo kwintesencja szpetoty. On by wolał, byśmy koncentrowali się na Jego słowach i przenikliwości, bo przekonywał nas do rzeczy dobrych i ważnych. Ale z tej Jego mądrości wybieramy tylko cytaty albo motta, którymi efektownie - by się popisać - zdobimy teraz swoje własne słowa w dłuższych wypowiedziach przed większymi gremiami, że niby te nasze słowa mają taką samą siłę i wagę, jak Jego. Nikt naukami Wielkiego Polaka się nie przejął, choć jesteśmy demonstracyjnie religijnym narodem w chwilach tragicznych.

Kasę na Jego wizerunku robią najgorsi ludzie, bo chciwi, bezmyślni i cyniczni. Ktoś to kupuje. Nie na tak dawnym wielkanocnym kiermaszu oglądałem z córką popiersia papieża z drewna, szkła, szamotu i czort wie czego oraz... z wosku! Jeden papież spali nam się od głowy do popiersia z krzyżem, to zapalimy sobie drugiego. Szczęśliwie tylko nie doszło do tego jeszcze, by ktoś papier toaletowy pachnący kadzidłem wyprodukował z wytłoczonymi podobiznami Ojca Świętego dla nas najważniejszego, bo naszego. Albo o tym nie wiem.

Już się zbierają różne Rady Nie Od Parady, żeby uhonorować prezydentaPo naszym narodowym nieszczęściu minionej soboty już legiony "patriotów" supłają z tej pustej części wieńczącej kark coraz bardziej paranoiczne pomysły. Już się zbierają różne Rady Nie Od Parady, żeby uhonorować prezydenta. Spokojnie, naprawdę, jest na to inny czas niż emocje i ból. Już jednak szybko sklep ze zwierzętami futerkowymi w Przecince Poprzecznej niemający patrona musi być natychmiast imienia prezydenta. I koniecznie poświęcony trzema chluśnięciami wody święconej. Stadion w Staroświeżynce Popapranej też czekał na godnego patrona, a odbędą się na nim mistrzostwa w piłce kopanej, to niech ma imię godne. Rondo w Zazębiu Podziemnym nie może być tylko rondem zwykłym. Imię tragicznie zmarłej Głowy Państwa da mu rangę niebywałą. W samej Warszawce Dolnej projektów jest już ze sto.

U mojego dobrego znajomego w kuchni na lodówce stoi popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego z okresu międzywojnia. Służy jako przycisk do rachunków za światło i gaz, żeby się nie poniewierały po całej kuchni, jak zawieje przez otwarte okno. Popiersie marszałka kupił na giełdzie staroci w charakterze oryginalnego gadżetu. Naprawdę na to marszałek, wódz narodu, zasłużył?

Żeby chichot historii jeszcze spotęgować, to dodam, ale proszę nie doszukiwać się tu wrednych analogii, bo to fakt historyczny, studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim im. Bolesława Bieruta.
Patrona wybrało sobie jednomyślnie i spontanicznie całe grono profesorów i studentów popierane przez robotników wrocławskich fabryk, tuż po śmierci w Moskwie pierwszego prezydenta RP w roku 1956.
Warto najpierw otrząsnąć się z traumy i wzruszeń, by godnie (!) i prawdziwie uczcić człowieka. Nawet szarego i nikomu nieznanego. A co dopiero prezydenta...

18 kwi 2010

“Nie dla mitu Kaczyńskiego!” – odzyskany tekst Walpurga

Pozwalam sobie zamieścić cudzy tekst, co bardzo rzadko robię. Został wycięty, choć jest dość spokojny, a na pewno spokojniejszy niż głosy jakże licznych żałobników-propagandzistów...

“Nie dla mitu Kaczyńskiego!” – odzyskany tekst Walpurga



Nie dziwi mnie, gdy ze strony zwolenników PiS bądź szeroko rozumianych środowisk prawicowych i konserwatywnych dobiega obrona pochówku Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu. Nie mogę jednak zrozumieć dość radykalnej w wyrazie obrony tego pomysłu przez osoby, dla których Lech Kaczyński był zawsze ideowym przeciwnikiem (niekoniecznie wrogiem). Mam na myśli nawet konkretne osoby. Jedna z nich to szanowana przeze mnie lewicowa blogerka z Warszawy a drugą jest znajoma lesbijka z Trójmiasta, która na Facebooku założyła jakąś grupę protestującą przeciwko protestom.

Pierwsza skrytykowała mieszkańców Krakowa protestujących przeciwko decyzji kard. Dziwisza i uznała, że „nie zasłużyli” na to, by Prezydent RP spoczął w ich mieście. Podlała to nieco kąśliwym sosem oskarżeń o coś w rodzaju krakowskiej megalomanii. Oto bowiem krakowianie tak są zakochani w swoim mieście i takie mają poczucie wyższości – twierdzi – że niemal gardzą wielkim Polakiem, który odszedł.

Krakowianie niewątpliwie mogą czuć się dumni ze swojego pięknego miasta. Argument jednak jest o tyle nietrafiony, że sprzeciw wobec pochówku Kaczyńskiego na Wawelu nie ogranicza się do Krakowa lecz objął cały kraj! I także mieszkańcy stolicy są temu przeciwni! Nieroztropne jest przedstawianie sprawy w taki sposób, jakoby Wawel należał tylko do krakowian. Tak przecież nie jest. Obawiam się, że to raczej objaw istniejących i bardzo szkodliwych kompleksów na punkcie Krakowa – od razu dodam, że takie same istnieją niestety też w Krakowie na punkcie Warszawy.

Dla mnie, człowieka, który nie jest bezpośrednio związany z żadnym z tych miast, a tylko żywi do nich ogromną sympatię traktując je jako dwie przeciwstawne a jednocześnie uzupełniające się siły (jak yin i yang) smutne jest czytanie tekstów w rodzaju: „a wy w tym Krakowie coś tam, za to my, warszawiacy, coś innego” (oczywiście równie irytujące jest czytanie tekstów napisanych „w drugą stronę”).

Otóż, zamek na Wawelu, podobnie jak Zamek Królewski w Warszawie, i Jasna Góra, i Kasprowy Wierch, i plaża w Sopocie, albo jeziora na Mazurach – to dobra nas wszystkich! Wawel jest tak samo własnością mieszkańców Krakowa jak jest własnością mieszkańców Warszawy, Poznania, Andrychowa i Jarocina.

Protesty, które obserwujemy, nie są w żaden sposób pochodną krakowskiej megalomanii! Chodzi zaś w nich o to, by nie awansować Lecha Kaczyńskiego do rangi symbolu, by nie zrównywać go z tymi, którym – brzydko ale poręcznie mówiąc – nie dorasta do pięt.

Droga Mario! Droga Kasiu!
Czy naprawdę nie rozumiecie, że tuż po pogrzebie zacznie się tworzyć maniera mówienia o Kaczyńskim jako „sąsiedzie królów”? I nie wyzwolimy się od tego już nigdy!
Zwolennicy tego beznadziejnego i kiepskiego prezydenta będą to powtarzać to jak mantrę, aż ktoś uwierzy. Będą w publicystyce, przemówieniach, kazaniach i homiliach nieustannie zestawiać nazwisko zmarłego prezydenta z innymi pochowanymi na Wawelu sugerując ich „historyczną komplementarność”. Ja już słyszę w swojej wyobraźni, co i jak zaczną oni wkrótce mówić:

· Prezydent godny królów.

· Mąż opatrznościowy zesłany nam przez Boga choć nie koronowany.

· Czyż nie jest wielkim ten, kto leży przy naszych królach?

· Wawel – nekropolia największych Polaków: Kazimierza Wielkiego, Św. Jadwigi, Piłsudskiego, prezydenta Kaczyńskiego…

· Ten pochówek uświadomił nam, że władza pochodzi od Boga!

· Ten, komu sam Bóg powierzył władzę, zasługuje na królewskie miejsce spoczynku.
·
Królowie, marszałek, pan prezydent – tam jest Polska!

Nie rozumiecie, że tak to będzie wyglądać? Pogrzeb Kaczyńskiego na Wawelu to nie jest to samo, co pogrzeb Kaczyńskiego na Powązkach, Łyczakowie, Pęksowym Brzyzku czy jakimś maleńkim cmentarzyku w małej miejscowości.

To nie to samo, bo Wawel uruchamia tę przeklętą zatruwającą umysły Polaków symbolikę! Pogrzeb w tym miejscu umożliwi teraz zrównanie zmarłego prezydenta z największymi nazwiskami naszej historii. To gwałt na naszej świadomości!

Sięgnijcie do Stanisława Wyspiańskiego! On już sto lat temu opisał jak śmiercionośne dla naszej narodowej świadomości jest to tworzenie wawelskich mitów. To identycznie jak ze srebrną trumną biskupa Stanisława! Perfidnie umieszczona w samym centrum katedry wawelskiej (przesłania nawet widok na tabernakulum) dominuje nad królewskimi mogiłami jasno sugerując, czyja jest zwierzchność. Dokonane w głębokim średniowieczu pozycjonowanie władzy zaciążyło na naszej historii i trwa do dzisiaj! Jakież ma przecież znaczenie, że biskup Stanisław wtrącał się królowi do rządzenia, skoro w naszej historii (w sensie: w podręcznikach) obowiązuje dogmat o świętym biskupie i podłym królu? Ta interpretacja zaciążyła na naszych dziejach. Owa srebrna trumna biskupa ze Szczepanowa stałą się nieznoszącym sprzeciwu symbolem zwierzchności władzy duchownej nad świecką. I konsekwencje tego odczuwamy do dzisiaj – wystarczyło przecież, że dwa lata temu jakiś biskup głośniej chrząknął, a minister edukacji Katarzyna Hall natychmiast wycofała się z pomysłu wprowadzenia do szkół edukacji seksualnej!

Nie rozumiecie? Tu chodzi o przemoc symboliczną i pokazanie, kto tu naprawdę rządzi!

Czy wiszący na ścianie krzyż to coś złego? Nie!
Ale jeśli krzyże wiesza się we wszystkich szkołach i urzędach, wówczas mamy do czynienia z przemocą symboliczną. Dokładnie tak jest z Kaczyńskim na Wawelu: Kaczyński pochowany w innym miejscu, byłby tylko pogrzebanym prezydentem. Kaczyński pochowany na Wawelu stanie się w retoryce zwolenników (a w konsekwencji i w odbiorze społecznym) kimś równym królom.

A na dowód, że mam rację, trzy cytaty z konserwatywnych publicystów:

„powszechna zgoda (…) na to, by Lech Kaczyński spoczął na Wawelu” (Paweł Lisicki)

„Ktoś musi kontynuować wielkie dzieło Prezydenta. Los zrządził, że z katastrofy cudem ocalał Jarosław Kaczyński. Trudno nie dopatrywać się tu sugestii opatrzności co do dalszych losów tego męża stanu. (…) Nie musi on prowadzić kampanii wyborczej. Poprowadzą ją miliony ludzi, które kochają Polskę Lecha Kaczyńskiego” (Tomasz Sakiewicz)

„Ten tragiczny mit z bohaterem męczennikiem spoczywającym na Wawelu będzie dla PiS źródłem siły i powodem do dumy. (…) Che Guevara może będzie miał w Polsce konkurenta na koszulkach” (Igor Zalewski)

Nie widzicie, że pochówek na Wawelu ma określony cel? Że chodzi o stworzenie mitu Lecha Kaczyńskiego? Nawołując do uszanowania decyzji o pochówku na Wawelu, przyczyniacie się do tworzenia tego mitu!

Na deser (dzięki temu, że Czartogromski gdzieś to wyszukał) dowód na to, że kreowana przez media żałoba pada ludziom na mózg i ogłupia ich doszczętnie:

Sędzia Krzysztof Noworol z Sądu Rejonowego w Opolu nie ogłosił dziś wyroku, choć zaplanował to kilka tygodni wcześniej. - Mamy ciężki tydzień i z uwagi na tragiczne wydarzenia odraczam ogłoszenie werdyktu - powiedział.

Człowiek, Prezydent, polityk...

O tragedii smoleńskiej dowiedziałem się w Nadrenii. Córka wysłała sms i już po godzinie od pierwszego komunikatu oglądałem telewizyjne relacje. Po kolejnej godzinie usłyszałem od jakiegoś nadętego wagą chwili polityczka, że ci co nie lubili za życia prezydenta Kaczyńskiego, teraz powinni się bić w piersi i żałować za grzech nielubienia. Takich głosów przybywało z dnia na dzień w TVP1, którą na własny użytek nazywam TVPiS.

Wszyscy byliśmy wstrząśnięci śmiercią LUDZI! Zupełnie nieważne było, kim byli ci ludzie, i to czy ich lubiłem, czy nie. Taka straszna śmierć rodzi współczucie najbardziej elementarne. Tak ginąć nie powinien NIKT!

Ale te nadpoprawne komentarze, te powtarzające się przypominanki o nienawiści, niechęci, nielubieniu zaczęły rodzić normalną ludzką reakcję zastanowienia się. Jestem w tej chwili tragicznej śmierci z Lechem Kaczyńskim, jego przesympatyczną i mądrą żoną i z całą wielką świtą towarzyszących im w tej ostatniej drodze. To moi Rodacy, ludzie tacy jak ja i moi bliscy.

Wcale jednak nie czuję najmniejszego wyrzutu z powodu tego, jak oceniałem Lecha Kaczyńskiego jako polityka. Nie będę płakał z powodu, że nie oddałem na niego głosu w wyborach prezydenckich. Nie posypię głowy popiołem za to, że wkurzały mnie jego decyzje, z którymi ja, obywatel demokratycznego państwa się nie zgadzałem!

Z drwiną wewnętrzną przyjąłem nadęte wierszydło wierszoklety Wolskiego, który każe mi runąć na kolana przed majestatem człowieka, którego sam, jako nadworny panegirysta Lwa Narodów Lecha – tym razem – Wałęsy, obśmiewał jako piszczącego i złośliwego chomika w niesławnym Polskim Zoo.

Majestat Prezydenta RP już za prezydentury generalskiej został tak skutecznie zmaltretowany, głównie przez późniejszych obrońców tego Najważniejszego Urzędu, że teraz powinno się nad nim nieco ucichnąć. Dzisiejsi czciciele i najgłośniejsi żałobnicy zapominają widocznie, jak długo ludzie pamiętają każde słowo i czyn polityka. Prezydent był już sowieckim pachołkiem, agentem tajnym współpracownikiem, dwukrotnie niedokończonym magistrzyną i partyjnym aparatczykiem. Teraz nagle okazuje się, że Prezydent to wielkość sama w sobie, symboliczna.

O Wawelu zupełnie nie chce mi się wspominać, bo wszelkie decyzje opatrzono argumentami, które brzmią często karykaturalnie. Czekają nas lata dyskusji nad każdym słowem, wypowiedzianym bez namysłu w ostatnich dniach…

Znalazłem też właśnie znakomity komentarz Janiny Paradowskiej na ten sam temat. warto do niego zaglądnąć i przemyśleć...

29 mar 2010

Za i przeciw meczetowi

Nie bardzo dotąd wiedziałem, jakie zająć stanowisko wewnętrzne w sprawie budowy meczetu na warszawskiej Ochocie. Tylko wewnętrzne, bo na szczęście we Wrocławiu, a zwłaszcza na moim Oporowie, nikt jeszcze meczetu ze sterczącym minaretem nie buduje, i referendum w tej sprawie nie zwołuje.

Nie chciałbym być rasistą, nietolerancyjnym ćwokiem czy konserwatywnym bucem. Widzę przecież, że budowy kościołów w Polsce nie reguluje się społecznymi referendami, tylko decyzjami administracyjnymi o pozwoleniu na budowę.

Szalę przeważyła dopiero uwaga jakiegoś blogera o fundatorze. Tajemniczym dobroczyńcą muzułmańskim jest przedsiębiorca z Arabii Saudyjskiej. Panuje tam najbardziej skrajna dla nas odmiana islamu – wahabizm.

“Strzeżcie się Danaów, zwłaszcza kiedy niosą dary”...

Wahabita daje dar na budowę meczetu. Jakiego meczetu? Co w nim będzie głoszone? Czy to, że “Wahhabizm uznaje wyższość islamu nad wszystkimi religiami, oraz potrzebę uzyskania dominacji nad nim”? Rodzi się też drugie pytanie. Czy polski przedsiębiorca może dofinansować budowę kościoła w Rijadzie? Czy przy takiej okazji może zabrać ze sobą do Arabii Saudyjskiej Biblię, książeczkę do nabożeństwa z poutykanymi w niej obrazkami świętych katolickich?

Jeśli jest to możliwe, to niech sobie budują, na zasadzie wzajemności, te saudyjskie meczety.

Jak widać, to nie jest taka sama sprawa, jak meczety polskich Tatarów w białostockiem, i nie ma nic wspólnego z Sienkiewiczem, Tatarkiewiczem czy Abakanowicz. Już prędzej z Bin Ladenem…

15 mar 2010

Groch z kapustą

Rozzłoszczony brakiem ostatniego tomu przygód Gordianusa, zwanego Poszukiwaczem, we wrocławskich bibliotekach, nabyłem ów tom zamawiając w empik.com. Teraz dawkuję sobie strona po stronie, bo potem będzie już tylko pustka. Rozmarzyłem się, że mógłby ktoś sfilmować cały cykl, ale skoro dotąd nikt na to nie wpadł, to marne szanse. Starożytny Rzym po “Gladiatorze” w kinie ma okres zmniejszonego zainteresowania.

Oglądnąłem też, z wielkim zainteresowaniem po lekturze dziewięciu tomów opowieści o Rzymianinie Gordianusie, oba sezony serialu “Rzym”, od czasu do czasu lekko się złoszcząc na fanaberie kostiumologów, doceniając jednak pracę scenografów. W końcu rzemieślnicy pochodzili z Włoch, gdzie zresztą przez dwa lata kręcono zdjęcia. Pewnie do kostiumów zatrudnili też kogoś od Versace, bo niekiedy stroje były stylizacjami na temat “jak XXI wiek naszej ery ubrałby I wiek przed naszą erą”. Ale w końcu przestałem się czepiać, by nie odbierać przyjemności oglądania przez moją Naj.

Stylizację zastosował też Tarantino w “Bękartach wojny”, ale dla mnie produkt był niestrawny, za długi i nieco bez sensu. Pewnie nie mam racji i się nie znam, bo mojej Młodszej i Starszej podobało się wielce, choć Naj też była znudzona. Niemiłosiernie długa scena z knajpy, gdzie gestapowiec demaskował dywersantów dała aktorowi grającemu owego gestapowca Oskara. Ja bym nie dał, ale mnie nikt nie pytał.

1 mar 2010

Nie możemy być bydłem przeganianym z miejsca na miejsce przez polityków

Wojciech Mann ma dosyć? Zupełnie się nie dziwię Wojciechowi Mannowi. Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki. Tak mawialiśmy za komuny, dodając sobie otuchy. Co teraz mają sobie powtarzać radiowcy Trójki? Zawłaszczonej przez PiS, który poszukuje tub propagandowych dla zbliżających się kampanii wyborczych. Komuna pozwalała Trójce istnieć, traktując ją za margines dla małej grupki jajogłowej młodzieży. PiS widocznie traktuje Trójkę dużo poważniej, skoro decyduje się na ręczne sterowanie. Znowu sobie odpuszczę Trójkę, traktując ją jak Trujkę. Dobrze, że we Wrocławiu mam radio RAM!

Konflikt się rozwija, choć go zupełnie nie ma, zdaniem nadzorcy partyjnego...

26 lut 2010

Mądry Polak po szkodzie?

Pan redaktor naczelny “Dziennika”, gazety, którą SDP uznał z hienę roku 2009, który być może i za to “osiągnięcie” przestał być szefem, napisał gorzki i szczery (do pewnego stopnia?) artykuł na pożegnanie.

Szkoda, że nie wdrażał tych mądrości w życie wtedy, gdy był naczelnym. Teraz to już “po ptokach”...

“Po ptokach” to mi przyszło z czytania książki Kazimierza Kutza. Czytam i podziwiam – mieć 81 lat i popełnić debiut! Młody pisarz – coś jak młody polski reżyser. Czyta mi się dobrze, choć spodziewałem się więcej humoru a mniej gorzkich smaków. Ale widocznie życie na Górnym Śląsku w ostatnich dwustu latach nie dawało wielu powodów do śmiechu. Choć czytałem kiedyś książkę “Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” i rechotałem szczerze. Pan Kazimierz jeszcze chciałby ją sfilmować. Życzę mu tego szczerze!

Oglądałem wczoraj film Kusturicy “Obiecaj mi”, który kojarzy mi się zarówno z atmosferą książek, o których wspomniałem, jak i z iberoamerykańskim realizmem magicznym. Dla mnie Kusturica to taki twórca bałkańskiego realizmu magicznego. “Underground” był też takim tworem…

Ciekawe, do jakich przemyśleń skłoni mnie dzisiejszy spektakl we wrocławskim Teatrze Polskim? Wybieram się na szekspirowskiego “Juliusza Cezara”. Po obejrzeniu serialu “Rzym” i przeczytaniu całego cyklu “Roma Sub Rosa” Stevena Saylora. Zdobyłem też wreszcie “Rzym” Felliniego. Dopiero teraz wydano na dvd ten film z 1972 roku!

Ale, ale. O czym to ja zacząłem pisać?

24 lut 2010

Politycznie?

Dawno (?) już nie pofolgowałem sobie szczerze o polityce. Jakieś wspominki, muzyczka, jednym słowem - tematyka zastępcza! Bo polityka to to, co nas rusza, co nas wkurza, co nas rozpala. Choć przemieszane wszystko bywa z olewaniem, tumiwisizmem, zobojętnieniem i odepchnięciem od siebie.

Wcale mi się nie chce określać tu, nawet anonimowo, kogo popieram wewnętrznie, kogo wydaje mi się że poprę w najbliższych wyborach, a kogo w tych następnych. Szczerze, to mogę chyba tylko wycisnąć z siebie, że nie ma ugrupowania politycznego, z którym mógłbym się utożsamiać w pełni. Dlatego łatwiej mi definiować nielubianych, bo precyzyjniej uświadamiam sobie, co mnie złości, wkurza, niecierpliwi, odrzuca... Nasza kochana polska selekcja negatywna! Wiem, za co nie lubię, ale nie znajduję powodów, by lubić. Więc popieram tych najmniej znienawidzonych.

Gdy nazbieram trochę więcej plusików (oczywiście dodatnich), to zaczynam nawet odczuwać bliskość. Mija ona po pierwszym potknięciu kolejnego idioty, autora aktualnie wszechomawianego idiotyzmu, będącego sensacją dzisiaja i jutraja. Pojutrze nikt nie będzie pamiętał. My, Polacy, jesteśmy mało pamiętliwi. Paradoks? No bo pamiętamy o Katyniu, o Wrześniu, o Marcu, o Październiku. O stanie wojennym, o komunie, pamiętamy już trochę mniej. O kunsztownych meandrach ostatniego rządu i przedostatniej koalicji nie pamiętamy już zupełnie.

A ja pamiętam, i jest to denerwujące. Na ekranie Ryszard Czarnecki przekonuje mnie do swoich ocen, a ja pamiętam mu wszystkie ugrupowania, które zaliczył, wszystkie wiatry, na które nastawiał swe szeroko rozpostarte skrzydła kogucika dachowego. Oczywiście jest on zupełnie nieważnych przykładem, ale za to bardzo typowym przykładem. To niemal wzorzec polskiego polityka. Ścierka, którą można umazać w dowolnym błocie - czerwonym, zielonym, czarnym lub w paski. Potem zanurza się w wodzie kilkakroć, mocno wyrzyma, krótko suszy i znowu gotowa do użytku!

Cezary Chlebowski - wielki człowiek, wywindowany na podniebne szczyty platformiane z roli burmistrza miasta SPOD Świdnicy! Cholera! Ja, wrocławianin, nie miałem pojęcia, że pod Świdnicą są jakieś miasta. Gigant polityczny partii, którą dotąd popierałem z braku laku. Pocący się jak mysz pod miotłą, bo wyszło szydło z worka, że w zaciszu cmentarnym komunikował się z Rysiem.

Ćwok ze wsi, awansowany do roli wicepremiera rządu Najjaśniejszej przez kolejnego giganta polityki. Tego, któremu prezydent mojej Ojczyzny meldował wykonanie zadania! Jakby to był spust surówki z wielkiego pieca. Fornal, egzekwujący prawo pierwszej nocy od aktywistek partyjnych, rechoczący przed kamerami z własnego kurewskiego żartu. Żartem był też drugi wicepremier - wielki wymiarowo, ale mały formatem.

Pamięta się teraz nocne rozmowy cmentarne, które bada dociekliwa komisja, a nie pamięta się nocnych rozmów hotelowych z masarką, którą wiceszef partii prawa i sprawiedliwości przekupywał stanowiskami, okraszając bon motami o "jakiej, kurwa, demokracji". Powinienem sam siebie przekonać, że przecież partię fornali i partię wszechpolaków ci prawi i sprawiedliwi właśnie zatopili, więc powinienem ich poprzeć, bo na to czekałem. Ale pamięć nie pozwala. Zomo, drugie strony barykad, wykształciuchy, łże-elity. Polityk potrafi powiedzieć, że deszcz pada, gdy na niego plują. Ja nie potrafię!

Nic w sumie nie napisałem. I nikogo nie pochwaliłem. Politycznie...

17 lut 2010

GDY ŻYŁY DINOZAURY (obóz wojskowy)

Studenci architektury to byli w wojsku anarchiści! Niepoddający się dyscyplinie, krnąbrni, przemądrzali i złośliwi. Na taką opinię oficerów i pod pracowaliśmy zespołowo. Nasz pułkownik, po prawdzie zupełnie przyzwoity facet, obrywał za nas bezustannie i był na szarym końcu kadry. Rzecz się działa na pierwszym obozie wojskowym, który odsłużaliśmy poligonowo w Gorzowie Wielkopolskim. Pewnie gdzieś w pobliżu poligonu latał w krótkich porciętach Kaziutek Marcinkiewicz – może niekiedy nam piwo przynosił. Było lato roku 1970...

Za te wszystkie nieprzyjemności odarchitektoniczne postanowiliśmy kiedyś, zupełnie niespodziewanie dla nas samych, coś zrobić, by nasz pułkownik stał się bohaterem kadry. Mieszkaliśmy w namiotach wyglądających jak pół walca. Wchodziło się drzwiami na środku półkola. Do tych drzwi prowadziła ścieżka, mająca po obu stronach dwa kwadraty ziemi, która powinna być zawsze zgrabiona, schludna i niezdeptana. Pilnowały tego patrole oficersko-pod i mędziły, gdy kwadraty były zaniedbane!

Zaproponowałem swoim współobozowiczom z wydziału architektury, by każdy namiot te kwadraty przyozdobił. Koledzy z innych wydziałów, czyli z inżynierii sanitarnej oraz z podstawowych problemów techniki, przyglądali się naszej krzątaninie zdumieni. Normalnie w czasie wolnym wylegiwaliśmy się na pryczach w namiotach, co było karnie zabronione. Tym razem zbieraliśmy elementy zdobnicze w postaci potłuczonych talerzy, kawałków cegieł czy zielonych szyszeczek.

Zrobienie z tych detali atrakcyjnych wojskowo kompozycji było już betką. Przecież na pierwszym roku trenowało się nie takie kompozycje na arkuszach brystolu patykiem maczanym w tuszu! Jak zupactwo zobaczyło efekt pracy – nie wiem, ale zobaczyli błyskawicznie. Najbliższy poranny apel obozu studenckiego odbiegał od rutyny. Pułkownik-dowódca wydał rozkaz, by podpułkownicy-dowódcy kompanii studenckich pomaszerowali za nim z placu apelowego pomiędzy namioty, gdzie przystawali przed każdym architektonicznym płóciennym półwalcem i kontemplowali nasze dzieła! Dowódca coś perrorował. Po dłuższej chwili bractwo powróciło. Nasz podpułkownik uśmiechnięty z zadowolenia, reszta kompanijnych dowódców mocno markotna. Przed frontem kompanii pułkownik pochwalił naszego, a reszcie kompanii rozkazał wzięcie przykładu z kompanii architektów!

Przez kilka dni ustawiały się do nas kolejki bliższych i dalszych znajomych z innych wydziałów, mniej uzdolnionych plastycznie, by im kijem na ziemi narysować coś sensownego, co oni przyozdobią precyzyjnie. Opłaty realizowane były przelewem w pobliskim sklepiku spożywczym, który musiał na ten czas zwiększyć zaopatrzenie w piwo! Nasz pułkownik wybaczył nam wszystkie dotychczasowe opeery z naszego powodu przezeń zbierane. Był tak swojski, że odtąd nazywaliśmy go Tata…

Wiedza wojskowa była durnowata! Nas, architektów, szkolono na saperów. Widocznie uważano, że wiedza o budowaniu pokrewna jest wiedzy o wysadzaniu. Najbardziej złościły mnie precyzyjne informacje, dotyczące sprzętu saperskiego, choćby ta o długości łopaty saperskiej. Nie chodziło oczywiście o żadną tak zwaną saperkę, tylko o pełnowymiarowy szpadel, przytraczany do pleców.

Kiedyś mieliśmy nocne ćwiczenia z zakładania pola minowego przeciw piechocie. Należało czołgać się wzdłuż taśmy i następnie po osiągnięciu wysuniętego do przodu końca, czołgać się z powrotem, wkopując i maskując małe drewniane pudełeczka – atrapy min. Jedna pół metra od taśmy, następna półtora, i znowu pół. Tyle, że z gębą przy ziemi zupełnie się nie czuje odległości, a zupacy wystrzeliwali w niebo race oświetlające i wrzeszczeli, gdy ktoś głowę uniósł. Pomyślałem sobie wtedy, że łopata saperska może być dobrym miernikiem. Ale ile to ona ma centymetrów długości? Liczbę wyparłem z pamięci od razu po usłyszeniu! Zrobiłem więc założenie na oko. W efekcie zaminowałem drogę powrotną mego kolegi, czołgającego się przy taśmie sąsiedniej!

Do dziś nie wiem, jaką długość ma łopata saperska…

7 sty 2010

100 najlepszych płyt dekady

Styczniowy Rolling Stone, miesięcznik wielce zasłużony dla muzyki niepoważnej, czyli tej, słuchanej przez miażdżącą większość posiadaczy uszu, zamieścił listę “100 Best Albums of the Decade”. Wpisał się więc w grono tych, dla których pierwsza dekada XXI wieku właśnie się zamknęła. Ja uważam, że mamy jeszcze cały rok na dokonywanie wielu bezpłodnych podsumowań. Ale muzyczne listy zawsze mnie interesowały i bawiły.

Z tej setki zebrałem niewiele, ale mam przynajmniej pierwszą Radiohead: Kid A i ostatnią (Leonard Cohen: 10 New Songs) oraz kilka pośrednich. Należy wziąć poprawkę na amerykocentryczność twórców tej listy, choć przecież to niewielka wada, bo to co najważniejsze w muzyce niepoważnej najczęściej dzieje się w Stanach lub szybko tam trafia do konsumpcji i przysporzenia milionów twórcom.



Niepodważalna jest pozycja Radiohead, którzy oprócz płyty Najlepszej Absolutnie dodali do listy jeszcze trzy inne! Chyba im się zasłużenie te splendory należą – ja przynajmniej się zgadzam z taką oceną tej smutnonastrojowej muzyki.

Z tych, których lubię i słucham, znalazłem jeszcze Kings of Leon, choć zaczynają dopiero na 39 miejscu. Ale i na 53 się znaleźli. Dobry, solidny rock, z wielce ciekawym wokalistą! To młode zespoły, choć nienajmłodsze. Są też dinozaury, wcale nieskazane na wyginięcie: Bob Dylan (8, 11), Bruce Springsteen (15, 24), U2 (13, 36, 68) oraz inni, jak Beck, Green Day, PJ Harvey, Norah Jones, Robert Plant and Alison Krauss…

Z dwiema płytami znalazł się na liście nieżyjący Johnny Cash, zmarły niemal u progu dekady, bo w 2003 roku.



O większości płyt z tej listy nie mogę się wypowiadać, bo albo nie znam wykonawców i ich dzieł, albo zwyczajnie nie lubię ich słuchać. Nie wzruszam się więc rapem i hip-hopem (a można się wzruszyć?), choć pewnie spróbuję dotrzeć do innych albumów z owego zestawienia The Best Of…

ps. Przy okazji polecam znakomity blog Bartka Chacińskiego, recenzenta muzycznego z "Przekroju" - warto poczytać!

Może ktoś woli inną listę o tym samym, choć dużo mniej popularną?

30 gru 2009

Chyba w nowym roku wrócę

do propozycji całowania mego tyłka przez rząd miłościwie nam panującej Platformy (Jakoby) Obywatelskiej. Ta moja kolejna chęć pieszczotliwego traktowania wyborcy wynika z kolejnego kwiatuszka do baraniego kożucha, w jaki usiłuje się przebrać Pan Premier Donald (Niegumowy) Tusk...

Już nie rządy fachowców? Teraz mierny, ale wierny??? To taka polityka przedwyborcza? Fajnie oglądać takie hocki-klocki, takie coś-tam-coś-tam. Potem w lokalu wyborczym człek nie zrobi durnej pomyłki wyborczej!

Wyborców traci się głupimi drobiazgami. Zwłaszcza, jeśli z lekka cuchną...

29 gru 2009

Do Siego Roku 2010 !



IRLANDZKIE ŻYCZENIA

Wszystkiego dobrego!!!

Nazywał się Fleming i był biednym szkockim farmerem.
Pewnego dnia, gdy ciężko pracował w polu usłyszał wołanie o pomoc
dobiegające z pobliskich bagien.
Pobiegł tam i znalazł przestraszonego chłopca,
którego uratował od śmierci.

Następnego dnia przed dom farmera zajechał powóz,
z którego wysiadł elegancki gentleman,
który przedstawił się jako ojciec uratowanego chłopca.
Powiedział do farmera, ze chce mu zapłacić za uratowanie syna.

Farmer odrzekł, ze zapłaty nie przyjmie
gdyż uratował chłopca nie dla pieniędzy.
W tym momencie do domu wszedł syn farmera Alexander.

Czy to twój syn?- zapytał gentelman.

Tak to mój syn.- odrzekł dumnie farmer.

Mam ofertę dla ciebie.
Opłacę naukę dla twojego syna tak,
aby zdobył to samo wykształcenie jak mój syn.
I jeśli chłopak jest taki jak jego ojciec nie zmarnuje okazji
i obaj będziemy z niego dumni?

I tak się stało.
Syn farmera ukończył najlepsze szkoły
i stał się znany na całym świecie, jako
Sir Alexander Fleming, odkrywca penicyliny.

Wiele lat później ten sam chłopiec,
który został uratowany z bagien
zachorował na zapalenie płuc.

Co uratowało jego życie?
Penicylina.
Nazwisko chłopca: sir Winston Churchill.

Ktoś kiedyś powiedział: wszystko powraca...

Pracuj tak jakbyś nie potrzebował pieniędzy.
Kochaj tak jakby nikt nigdy ciebie nie zranił.
Tańcz jakby nikt na ciebie nie patrzył.
Śpiewaj jakby nikt cię nie słuchał.
Żyj jakby był raj na ziemi.
Wyślij to do każdego, kogo uważasz za przyjaciela.

Irlandzkie życzenie dla przyjaciela mówi:

Niech zawsze będzie praca dla twoich rąk,
Niech w twoim portfelu zawsze będzie moneta albo dwie,
Niech zawsze świeci słonce w twoim oknie,
Niech przyjaciel zawsze będzie przy tobie,
Niech po każdym deszczu pojawia się tęcza,
Niech Bóg napełni twe serce radością...
A teraz wyślij to do przyjaciół....Musisz wysłać to w ciągu 1 godziny...
A teraz pomyśl życzenie...

I jeśli wyślesz do:

1 osoby- spełni się ono w ciągu 1 roku,
3 osób- 6 miesięcy,
5 osob-3 miesięcy,
6 osób- 1 miesiąca,
7 osób- 2 tygodni,
8 osób- 1 tygodnia,
10 osób- 3dni,
15 osób- 1 dnia,
20 osób- 3 godzin.

Jeśli nie wyślesz do nikogo czeka cię 1 rok bez szczęścia, ale jeśli wyślesz do 2 osób czekają cię 3 szczęśliwe lata.
Powodzenia.

UWAGA od Jotesza:
„Łańcuszek” to ściema, ale życzenia są fajne a
przypowieść intrygująca i być może
prawdziwa

26 gru 2009

WESOŁYCH I SMACZNYCH ŚWIĄT!

Najpierw parę godzin przygotowań

z różnymi detalami

by przygotować makatkę

oraz półmiski

różnego kształtu

jednak ciasteczka pamiętają Shreka (czarry - marry, ech ta ortografia...)

nie zapominamy o choince

Wesołych Świąt i smacznego!

Pokój ludziom dobrej woli!

17 gru 2009

Szanowny Panie Premierze!

Chciałem napisać, że mam w dupie Pańskie oświadczenie w sprawie senatora Piesiewicza, w którym uśmiercił go Pan jako polityka, ale nie wypada pisać takich rzeczy, więc napiszę tylko, że zupełnie mi się takie gadanie nie podoba.

Zwłaszcza że pamiętam Pańskie zupełnie niedawne postępowanie wobec kolegów z boiska, czyli Grzegorza Schetyny, Mirosława Drzewieckiego oraz Zbigniewa Chlebowskiego. Sprawa ustawy hazardowej śmierdzi na kilometry i dotyczy dziesiątków czy setek milionów złotych, wędrujących w łapki Rysiów i pysiów.

Sprawa Piesiewicza dotyczy wyłącznie kurestwa i szantażu. Piesiewicza kurwy wmanewrowały w matnię, ale Piesiewicz osobiście nic nikomu nie załatwiał. Piesiewicz folgował sobie ponadnormatywnie we własnym domu, nie wadząc nikomu. Taka drobna różnica polityczna!

Dla mnie to zróżnicowanie postępowania i oceniania jest wielce symptomatyczne i dobrze je zapamiętam jako Pański wyborca z roku 2007. Na pewno będę pamiętał przy wszystkich nadchodzących wyborach...

ps. Poniekąd Pan Premier nobilitował hieny z SuperEkspresu. Czekam teraz, kiedy te świeżo uszlachcone kurwy dziennikarskie na talerzu przyniosą Panu Premierowi kolejne głowy ładnie przerobione na salceson!

10 gru 2009