8 paź 2008

Airto Moreira

...ma już 67 lat! Ciągle jednak nagrywa. Pewnie, jak wszyscy perkusiści, ma dobrą formę, bo walenie w bębny i przeszkadzajki daje krzepę i wigor. Admiratorem tego brazylijskiego perkusjonisty jestem od czasu, gdy Chick Corea porzucił bezdroża free jazzu i nagrał w 1972 roku “Return To Forever”. Dla wyjaśnienia – perkusjonista to nie tylko bębniarz, ale przede wszystkim obsługujący przeszkadzajki, czyli najprzeróżniejsze instrumenty perkusyjne, dzwonki pasterskie, podkowy, folie metalowe. Airto do swego wyjazdu w 1968 roku do USA, zebrał ponad 120 instrumentów perkusyjnych i używa ich bardzo twórczo do dziś.

Airto był w 1972 roku już uznanym muzykiem, wsławionym dwuletnią współpracą z Milesem Davisem i nagraniami płyt, będących kamieniami milowymi fuzji jazzu i rocka. Jego żona, Flora Purim, jest znakomitą wokalistką jazzową i słychać ją na większości płyt Airta. Jest w wielkiej przyjaźni z naszą Urszulą Dudziak. Airto był też oryginalnym członkiem pierwotnego składu Weather Report. Jak z tej wyliczanki widać – Wielki Muzyk, który grywał z Największymi. Fajnie, że gra do dziś!

Do notki nie wklejam jutubek czy plików muzycznych, bo mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i sam dotrze do muzyki. Choć ta notka nikogo nie namawia do niczego. Jest wyłącznie wyrazem mej szczerej radości, że gdzieś w świecie żyje człowiek, który sprawia radość innym ludziom cudownym bębnieniem i bardzo zróżnicowanym hałasowaniem…

2 paź 2008

Rosja, Rosjanie, rosyjski...

Kiedyś nie chciałem się uczyć niemieckiego przez Hitlera! Sam urodziłem się po wojnie, ale z literatury i radia, bo czterech pancernych jeszcze nie było, wyniosłem tę durną niechęć! Do dziś żałuję, nie tylko dlatego, że pokochałem muzykę Bacha czy Orffa…

Z rosyjskim było zupełnie inaczej. Pierwszy raz znalazłem się w ZSRR, teraz zwanym Związkiem Sowieckim, jeszcze w 1957 roku, grubo przed początkiem nauki szkolnej. Mama mnie zabrała do miejsc ojczystych i rodzinnych, gdzie żyli jej rodzice i rodzeństwo. Do Polski, która tam skończyła się w 1939 roku. W 1920 dziadek walił z cekaemu, umieszczonego na kościelnej wieży, do tych, co chcieli tę Polskę w zarodku zdusić. Za drugim razem im się udało. Przynajmniej w Łohiszynie.

Ale z pobytów na Polesiu zostało mi osłuchanie i łatwość nauczenia się w szkole. W wakacje miewałem możliwość trenować znajomość z rówieśnikami, których poznawałem na miejscu. Ciotki i wujkowie rozumieli polski, choć sami niemal nie mówili w macierzystym języku. Tylko z dziadkiem i babcią mogłem czystą polszczyzną pogadać. I z miejscowym księdzem, do którego chodziłem pożyczać Sienkiewicza. Po upadku komuny okazało się, że był tajnym biskupem Polesia! W tamtych czasach Rosjanie mnie brali za swojego, choć nie Rosjanina. Pasowałem im na Łotysza. Żeby choć na Litwina!

Na studiach byłem wakacyjnie w Budapeszcie, a było to w krzepkiej komunie jeszcze. Zaprzyjaźniłem się z Węgrami, z którymi gadałem po angielsku! Oni, po ośmiu latach przymusowej nauki rosyjskiego, znali tylko kilkanaście słów. Punktem honoru było nie nauczyć się niczego! Parę lat później, w Wiedniu, musiałem wspomóc pewnego młodego Węgra, który próbował rozmawiać z Anglikiem, co powodowało u ofiary próby owej coraz głupszą minę. Wtrąciłem się z pytaniem pesymistycznym, czy zna może rosyjski ze szkoły. Potwierdził, co się okazało prawdą cząstkową, bo znał tylko nieco lepiej niż angielski. O kilkanaście wyrazów lepiej!

Więc konkluzja z tych ramotowatych wspominków – uczta się języków! Wszelakich…

I anegdota: za peerelu pewien pułkownik mawiał do studentów studium wojskowego tak: “Uczcie się studenci języków obcych a najlepiej chińskiego, bo mnie znajomość niemieckiego pozwoliła wydostać się z niewoli!”

ps. Teraz po raz kolejny powtarzam angielski, usiłując jakoś wreszcie opanować tę cholerną mnogość form czasownikowych. To po to, by w przyszłym roku dogadać się w Izraelu. Niekiedy jednak nachodzi mnie refleksja, czy znowu bardziej nie przyda się rosyjski?

6 sie 2008

Do parcha

od mozzer
do jotesz@gazeta.pl
data 06-08-2008 09:43
temat Do parcha
podpisane przez gmail.com
wysłane przez gmail.com

I ty bydlaku zydowski masz 58 lat? Spierdalaj do Izraela ze tez Cie ta Polska ziemia nosi, Wy zmijowe plemie, nigdy nie bedziecie ludzmi, ale co tam i tak sie wykonczycie, parchy. Tay-sachs, mowi ci to cos? skrzetnie to ukrywacie, od tego juz glupiejecie

18 lip 2008

COLOSSEUM LIVE - evergreens (1)

Colosseum to wspaniały zespół znakomitości muzycznych. Rewelacyjny Dick Heckstall-Smith był pierwszym saksofonistą, który przekonał mnie do tego instrumentu w muzyce rockowej. Jego grę na dwóch saksofonach jednocześnie zobaczyłem zupełnie niedawno, oglądając koncert "zjednoczeniowy" sprzed kilku lat. Chris Farlowe - jego głos znany mi jest od wczesnych lat sześćdziesiątych, choćby z utworu Rolling Stones "Out Of Time".




Chris jest "poza czasem" - głos mu się nie starzeje, tylko dojrzewa. Na podwójnej płycie koncertowej" Colosseum Live", nagranej w początku lat siedemdziesiątych w angielskich uczelniach, najbardziej fascynującym utworem jest "Lost Angeles" - długa, kilkunastominutowa rozpędzająca się lokomotywa:



Colosseum odrodziło się 1994 roku w oryginalnym składzie i dało wiele koncertów w całej Europie, gdzie zawsze było najbardziej kochane. Nagrało też znowu parę albumów, może nie tak porazających, jak w latach młodości, ale ciągle wspaniale granych! Z koncetów w roku 1994 utwór "Rope Ladder To The Moon" musicie sobie sami włączyć w you-tube, bo "umieszczanie filmu na stronach zostało wyłączone na żądanie":

http://pl.youtube.com/watch?v=sTboKwTeXl0&feature=related

Dick Heckstall-Smith zmarł w 2004 roku - pozostała muzyka. "Stormy Monday" to jeden z superbluesów, granych przez wszystkich od zawsze. Tutaj, jeszcze przed ponownym zjednoczeniem w 1994 roku, wykonują go dwaj kolosalni przyjaciele Dick i Chris:



Muzyka łagodzi obyczaje?
:)

16 lip 2008

Fajnie jest...

...mieć swoje miejsce, nawet jeśli się do niego zagląda rzadko...

Koniec mojej uciechy!!! Znowu ten durny amerykański mechanizm dostaje szajby przy pisaniu litery "z z kropką". A tyle miesięcy było wszystko w porządku. Nawet nie wiadomo, do kogo się poskarżyć! Co ciekawe, w wyrazie "poskarżyć" już było bez jaj! Może to jednak chwilowe zagięcie przestrzeni?

Żyję, choć mało piszę tutaj...

Pozdrowienia wszyskim!

9 lip 2008

John McLaughlin na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym

John McLaughlin wystąpi w listopadzie na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym. Towarzyszyć mu będzie m.in. Chick Corea.Koncert zaplanowany jest na 14 listopada. – To będzie niezwykłe wydarzenie na początek Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego – mówi jeden z organizatorów imprezy Krzysztof Pełech. Ceny biletów nie są jeszcze znane. - Taką wiadomość przeczytałem dziś na stronie Polskiego Radia Wrocław a jescze wcześniej usłyszałem w porannej Trójce

No to mnie dzisiaj siekła ta wiadomość. To będzie JEDYNY koncert w Polsce! Nie pójść na to wydarzenie to będzie grzech zaniedbania i lenistwa…

John towarzyszy mi muzycznie od czasów Milesa Davisa, poprzez wszystko, co robił do dziś. Krzysztof Pełech to wrocławianin z którego możemy być dumni przed całym światem! Brawo i dzięki.

20 cze 2008

Malleus Maleficarum

czyli Młot na czarownice

w postaci listu, który jest rozsyłany przez obrońców życia:

"Ekscelencjo, Przewielebny Księże Biskupie Na podstawie informacji podanych przez środki masowego przekazu można powziąć uzasadnione podejrzenie o zaciągnięciu przez panią Minister Zdrowia Ewę Kopacz ekskomuniki latae sententiae na podstawie kanonów 1398 oraz 1329 §2 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Pani minister Kopacz, jak sama powiedziała w programie „Teraz my” w TVN dnia 16.06.2008, wspólnie i w porozumieniu z Rzecznikiem Praw Pacjenta, pomogła w zorganizowaniu aborcji u 14-letniej uczennicy z Lublina („Agaty”) poprzez pomoc prawną oraz znalezienie szpitala gotowego na przeprowadzenie aborcji. W mediach podano informację, że kilka szpitali odmówiło wykonania aborcji z powodów etycznych, więc bez udziału pani Kopacz przeprowadzenie przerwania ciąży najprawdopodobniej byłoby niemożliwe. Ponieważ w dniu 18.06.2008 agencja KAI podała informację o przeprowadzeniu dzień wcześniej aborcji u 14-letniej „Agaty”, wszystkie osoby pomagające w jej przeprowadzeniu zaciągnęły ekskomunikę latae sententiae, na podstawie kanonu 1329 §2 jako wspólnicy. Pani minister Ewa Kopacz mieszka w Szydłowcu, wiec podlega pod jurysdykcję Waszej Ekscelencji. Z uwagi na możliwość zgorszenia (pani Kopacz podaje się za katoliczkę i osobę głęboko wierzącą) pokornie proszę o zbadanie, czy pani minister Kopacz zaciągnęła ekskomunikę oraz w przypadku pozytywnego orzeczenia – o publiczne zadeklarowanie jej zaciągnięcia stosownym dekretem. In Christo."

Fronda powinna zrobić kukłę pani minister, przywiązać do słupa, obłożyć dobrze wysuszonym drewnem i podpalić. Przedtem jednak należy skropić stos wodą święconą i odmówić paciorek.

11 cze 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (15)

W którąś niedzielę, która, o dziwo, była też w Sojuzie dniem wolnym od pracy, wybraliśmy się bardziej oficjalnie, bo z kolegami Rosjanami, na wycieczkę po zabytkach wspaniałej historii miasta. Żar się lał z nieba jak z hutniczego pieca podczas spustu surówki. Zaczęliśmy od Isakijewskogo Soboru, licząc na przyjemny chłód we wnętrzu. Ogromna świątynia została zbudowana na wzór Bazyliki Św. Piotra w Rzymie. Tyle że w Rzymie świątynia była świątynią a w Leningradzie świątynia była świątynią wiedzy oraz obiektem muzealnym. Niebotyczną odległość od sklepienia kopuły do posadzki wykorzystano do zawieszenie wahadła, które pokazywało, że ziemia się obraca. Maksymalne wychylenia wahadła przesuwały się miarowo po obwodzie ogromnego koła wyznaczonego na posadzce. Dokładniej tego zjawiska nie potrafię wytłumaczyć, bez szkody dla czytelników...
.
Wdrapaliśmy się też na tarasy zewnętrzne pod kopułą, skąd wypatrzyliśmy na dole cysternę z kwasem chlebowym, zaparkowaną w jakiejś cichej uliczce dobiegającej do ogromnego placu wokół soboru. Przyległy do placu park miał kilka punktów z napojami chłodzącymi, ale z góry widać było przy każdym z nich długachne kolejki spieczonych i spragnionych wycieczkowiczów. Zbiegliśmy szybko ku odkrytej cysternie i po chwili raczyliśmy się rozkosznie zimnym, przyjemnie kwaskowym napojem. Wytrąbiliśmy pewnie po trzy kufle na wysuszone gardła, co po pewnym czasie stało się przyczyną usilnych poszukiwań pisuarów. Dopiero po latach, w Polsce, opowiadano mi o masie robaków, które jakoby żyją na dnie tych cystern i są podobno naturalnie związane z produkcją tego napitku.. Nie wiem, czy można w to wierzyć, bo kwas chlebowy każdy może sobie domowym sposobem wyprodukować z czerstwego chleba razowego, miodu czy cukru i wody, i pewnie w trakcie wytwarzania żadne robactwo nie powstaje. Może to był „czarny pijar” wrogów socjalizmu?
.
Innym obowiązkowym punktem odwiedzin było Muzeum Rewolucji. Przechodziliśmy obojętnie od sali do sali, gdy młoda krasawica-przewodniczka poinformowała nas, że zbliżamy się do sali Feliksa Dzierżyńskiego. My w zamian poinformowaliśmy, że to był, niestety, Polak, na co ona wraz z naszymi Rosjanami oburzona się nie zgodziła! Weszliśmy więc do miejsca pamięci i pod tablicą przy wejściu, na której ogromnymi literami wypisano słynne hasło Feliksa: „Być komunistą, to znaczy, mieć chłodny umysł, gorące serce i czyste ręce!”, wisiała tablica z życiorysem Feliksa Edmundowicza, syna polskiej ziemi, szlachcica ze starego rodu.
.
Nasza Cicerona łaskawym okiem na nas od tej chwili spoglądała, dopóki nie doszliśmy do gigantycznej sali, w której pośrodku długiej ściany, naprzeciw ściany całej przeszklonej oknami, widać było replikę bramy-kraty do Pałacu Zimowego. Znali ją wszyscy z tysięcy reprodukcji obrazu, na którym bolszewicy wdrapują się na nią i siła ją otwierają, atakowani przez broniących pałac kadetów. I w sali też widać uchyloną potężną kratę, obwałowaną workami z piaskiem, na których ustawiono cekaem i porzucone w popłochu karabiny z długimi bagnetami. Zostaliśmy trochę z tyłu, gdy nasza grupa opuszczała tę martwą inscenizację i zapytaliśmy oprowadzającą, czy we trójkę mogli byśmy sobie zrobić zdjęcie przy bramie. Dziewczyna zgodziła się ale my pytaliśmy dalej, bo chcieliśmy na zdjęciu być widoczni przy cekaemie za tym obwałowaniem! Panienkę zatkało i bez słowa pobiegła na czoło grupy.
.
Kilka razy włóczyliśmy się leniwie Newskim Prospektem, obserwując spacerujące dziewczęta i wypatrując tych ładnych. Nie było takich zbyt wiele, a te naprawdę interesujące, ku naszemu zdumieniu, najczęściej mówiły ze sobą po polsku. To był powód do zadowolenia i dumy narodowej. Zupełnie odwrotnie niż z Feliksem Edmundowiczem...

6 cze 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (14)

Już w pierwszych dniach przeżyliśmy szok, gdy okazało się że radzieccy studenci na obozach pracy są zmuszani do pracy przez dziesięć godzin dziennie! Po dwóch, trzech dniach zagroziliśmy, że ogłosimy strajk. Naczalstwo zdurniało. Na zwołanym naprędce zebraniu przedstawiliśmy swoje stanowisko. Po pierwsze – studenci radzieccy, pracujący w Polsce mają ośmiogodzinny dzień pracy. Po drugie – to przecież Lenin wywołał rewolucję październikową, by wywalczyć dla rosyjskiego i światowego proletariatu skrócenie czasu pracy do ośmiu godzin, zamiast właśnie dziesięciu czy dwunastu albo, nie daj Bóg i Partia cała, czternastu! Bezczelność i logika tej argumentacji oraz świętość nazwiska Wodza były tak bezdyskusyjne, że naczalstwo, ku naszemu zdumieniu, zgodziło się od razu! Jak się później okazało, byliśmy jedynym obozem studenckim w obłasti leningradzkiej a może i w całym Sojuzie, który pracował tylko osiem godzinek! Luz totalny. A nie był to koniec naszych anarchizujących działań…
.
Po sukcesie żądań pracowniczych przeszliśmy do spraw socjalnych. Żarcie, jak już wspominałem, było ohydne. Większość tego, co dostawaliśmy, oddawaliśmy do wiadra na zlewki, ku radości świń sowchozowych. Lekarka codziennie, z rosnącym zafrasowaniem, obserwowała rosnące napełnienie wiadra. Po kilku dniach wybuchliśmy głośnym rozżaleniem, wytykając naczalstwu, że tak ciężko pracujemy a tak nędznie jemy. Rozpoczęło się niezaplanowane, nadzwyczajne zebranie komsomolskie, na którym w szczegółach opowiedzieliśmy o warunkach w jakich studenci radzieccy pracują u nas i co jedzą.
.
Pod koniec tej długiej wymiany zdań do naszego barakoklubu wszedł jeden z rosyjskich studentów z wielkim pakietem, owiniętym w szary papier. Kamandir rozwinął zawiniątko i ujrzeliśmy pełno szaszłyków, po które wysłał do Leningradu, by zatkać nasze rozżalone i wygłodniałe gęby. Dał na to ruble z własnej kieszeni! Zrobiło się nam nieco głupio, bo to przecież nie nasze naczalstwo było winne całego bajzlu w jakim tkwiliśmy. Na skargę wypadało by pojechać na Kreml – do Moskwy.
.
Nasz bunt kulinarny przyniósł jednak poprawę. Okazało się, że całym żywieniem zajmowała się Irina, córeczka bogatych i wpływowych rodziców, więc zupełnie nie umiejąca gotować, przygotowywać potraw, zwłaszcza za nędzne obozowe stawki. W trybie nagłym kamandir sprowadził swoją żone, sympatyczną spokojną Rosjankę, która z niczego potrafiła zrobić coś, jak każda normalna kobieta w każdym nienormalnym socjalistycznym kraju! Nie była ona jednak gwarancją spokoju…
.
Okazało się, że podczas pobytu na obozie nie możemy wyjeżdżać samodzielnie do Leningradu. Coś jak „zakaz opuszczania koszar” w wojsku! Rozsierdziło nas to setnie i wygarnęliśmy naczalstwu, że zdecydowaliśmy się na przyjazd tutaj, bo wiedzieliśmy, jak piękne jest to miasto. Byliśmy przekonani, ze zakwaterowani będziemy w akademiku w centrum miasta, tak jak to jest normalne wszędzie, przynajmniej u nas w Polsce. I po pracy będziemy mogli spędzać czas wolny zwiedzając miasto, chodząc do kina, teatru czy klubów studenckich albo włócząc się po ulicach, by zobaczyć jak żyją ludzie, gdzie robią zakupy, co robią wieczorem. Dość nam już warunków, jakie przygotowali nam towarzysze radzieccy, i na ten zakaz my nie zgadzamy się! Za własne pieniądze będziemy wyjeżdżać do centrum po skończeniu pracy, kiedy nam się tylko zechce. Jedynie zgodziliśmy się, by wracać przed dziesiątą wieczorem na kwaterę. Naczalstwo rozdziawiło gęby i musiało przełknąć tę naszą kontrrewolucyjną rezolucję.
.
Nie jeździliśmy do Leningradu zbyt często, bo po robocie byliśmy dość zmęczeni, ale zdarzyło się parę wypraw. Naczalstwo udawało, że nie zauważa naszej niesubordynacji. My nie urządzaliśmy demonstracji. Przebieraliśmy się w normalne ubrania i po obiedzie kierowaliśmy się do nieodległej stacji „elektriczki”, czyli kolejki podmiejskiej, która w pół godziny i za kilka kopiejek dowoziła nas w samo serce miasta.
.
Nasza trójka wyprawiła się kiedyś do kina. Na western produkcji polsko-enerdowskiej. W filmie Polskę reprezentowali Barbara Brylska i Leon Niemczyk. Film nazywał się „Biełyje Wołki”, co po polsku znaczy „Białe Wilki”. Już przed filmem przeżyliśmy atrakcję jak z Dzikiego Zachodu. Na sali w jednym z rzędów spał widz, który pozostał najwyraźniej z poprzedniego seansu. Bileterka próbowała go obudzić i wyprosić – wtedy okazało się, że jest nawalony i bełkotliwy oraz trudnousuwalny. Po chwili sprowadziła milicjanta, który podszedł do awanturnika, nacisnął na szyi delikwenta jakieś tajemne miejsce albo żyłkę i koleś potulnie dał się wyprowadzić, mrucząc cicho z bólu.
.
Z filmu pamiętam, że nas strasznie śmieszył, choć nie był komedią. Powodem rozbawienia były rosyjskie dialogi. W podejrzanej spelunie, dyżurny czarny charakter filmów z NRD, Leon Niemczyk przemawia do kowboja: -„Mistier Dżons, wy chatitie stakanczyk briendy?”Głośnym śmiechem ryknęliśmy na widok Indian, siedzących wokół ogniska i przekazujących sobie fajkę pokoju ze słowami: -„Howg, ja wsio skazał!” Na szczęście, mimo tak oburzających reakcji na socjalistyczny łestern, żaden milicjant nie został wezwany, by nas wyprowadzić...

29 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (13)

W kilka dni zostały wylane stopy fundamentowe pod murowanie ceglanych filarów. Cegły zostały zwiezione i poukładane w pobliżu. Cegły były silikatowe, co oznacza białe cegły odlewane ze specjalnej mieszanki cementowej. Cały Sojuz był zamurowywany takimi cegłami – znałem je z Polesia i wcale mi się nie podobały. Rozdzielono nas na dwie grupy: murującą i okorowującą bale drewniane. Nasza zgrana trójka zgłosiła się na okorowywaczy. Wydawało nam się, że praca będzie lżejsza i ciekawsza. Przywieziono pnie świerkowe i zwalono na uboczu. Spece od drewna pobrali narzędzia: nowiuteńkie siekiery i osełki do ich ostrzenia. Spytałem o narzędzia do zdejmowania kory, jakie widziałem w Polsce – takie noże z rękojeściami na obu końcach, którymi u nas czyszczono pnie. Powiedziano, że siekiery są wystarczające!
.
Najpierw bale cięliśmy ręcznymi piłami na drewnianych kozłach. Wtaszczenie pni na nie wymagało wysiłku kilkuosobowego. Rżnięcie - wysiłku dwuosobowego. Okorowanie wymagało wysiłku jednoosobowego. Robota była dość ciężka i raczej nudna. Gdy już się nią znużyliśmy, to dla oddechu wymyśliliśmy zawody w dzielenie korników przy użyciu siekiery – komu się uda na więcej części. Korników pod korą było zatrzęsienie. Zastanawiałem się, w ile lat zeżrą całe ściany budowanych przez nas chlewni.
.
Do zawodów przygotowaliśmy się metodycznie. Siekiery zostały naostrzone do niebezpiecznego stanu. Reguła nakazywała cios siekierą sponad głowy, pełnym zamachem. Na początku nam nie wychodziło. Śmiechu było co nie miara. Najgłośniej śmiał się Purwin. On też musiał opowiedzieć o zawodach naczalstwu! Od tego donosu właśnie został nazwany Kurwin. Po pracy zwołano nadzwyczajne zebranie. Rozległa się komenda: „Stanawitieś na liniejku” (zbiórka na apel) i następnie „Szałkowski, Czajniewicz, Wojko – wystupi!”. Rozśmieszyło nas trzech, że każde z naszych nazwisk zostało idiotycznie zniekształcone. Wystąpiliśmy trzy kroki i usłyszeliśmy formułkę nagany za opieprzanie się w pracy i ośmieszanie socjalistycznego wysiłku. Po apelu otrzymaliśmy zasłużone gratulacje od kolegów, milczącą aprobatę wzrokową od Rosjan oraz zakłopotane spojrzenie Kurwina, którego nie dostrzegaliśmy do końca pobytu.
.
Praca była ciężka i człowiek wracał zmęczony i spocony do miejsca zakwaterowania a tam czekały na nas umywalki łagrowe. Była to zdumiewająca konstrukcja sanitarna: rura poziomo umocowana na podporach na wysokości mniejszej niż metr miała wywiercone otwory na obie strony. Dwa rzędy chłopa stawały po obu stronach, dyżurny włączał wodę i ciurkała perliście prosto do nastawionych dłoni. Gdy było upalnie to woda bywała nawet ciepła. Nie pamiętam tylko co robiliśmy, gdy padał deszcz. Może myliśmy się podnosząc twarze do góry? Towarzysze naczalstwo sami uznali, że raz w tygodniu jeździmy do bani, by zmyć brud nagromadzony, a trudny do usunięcia przy rurze.
.
Bania, czyli łaźnia, to starorosyjski, albo i starosłowiański wynalazek, którego komunizm nie zdołał zniszczyć. W hallu były kasy, w których kupowało się za kilkadziesiąt kopiejek bilet wstępu. Dalej obszerne szatnie z szafkami na ubrania i rzeczy, solidnie i pewnie zamykanymi. Tam urzędowali łaziebni, sprzedający brzozowe rózgi, szorstkie włókniste moczałki do szorowania oraz piwo! Po kąpieli mogliśmy do woli łamać „suchoj zakon” – przecież nie byliśmy w łagrze, tylko w bani. Kąpiel odbywała się w wielkiej sali z prysznicami w otwartych boksach kabinowych. Ale najciekawsze kryło się za wahadłowymi drzwiami, zza których wyłaniały się zaczerwienione golasy. Weszliśmy tam zaintrygowani. To była właściwa bania parowa. Niewielkie pomieszczenie z kilkoma szerokimi i wysokimi stopniami-legowiskami. Już na dole sucha, przegrzana para zatykała dech a im wyżej, tym gorzej. Na najwyższym poziomie mogliśmy wytrzymać kilka chwil. Gdy wydawało się, że rozpłyniemy się z żaru, wypadaliśmy przez te saloonowe drzwi wprost pod lodowaty prysznic. W kilkanaście minut cały brud i znużenie łagrowe znikały. Rozgrzani do czerwoności, owinięci w puszyste ręczniki, wracaliśmy do szatni na flaszkę piwa albo i dwie, trzy...

28 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (12)

Powrócę do wyprawy po stroje robocze, które wydobywałem z przepastnych podziemi leningradzkiej twierdzy Komsomołu. Wybrałem więc z wielkim trudem umundurowanie dla strojatriadu (oddziału budowlanego) Szuszary. Przeniosłem owe dobra do autobusu, którym pojechaliśmy dalej, do sklepu z materiałami piśmiennymi i dekoracyjnymi. Z dostępnych artykułów wybrałem grubą rolę brystolu, pędzle, farby plakatowe, farby wodoodporne oraz materiał na flagę. Komisarz nie skąpił funduszy na propagandę wizualną. Tak się przekonywało naród do kochania ustroju, partii, przywódców i wodzów. Pędzlem i pałką. A także elektryfikacją i kinematografią...
.
Nad wejściem do baraku z salą zebrań umieściłem tablicę drewnianą, na której namalowałem napis „KOP KŁUB”, czego nie trzeba tłumaczyć na polski. Nazwę zaproponowali po dłuższej dyskusji towarzysze radzieccy. Była wesoła! A o wesołą nazwę im chodziło. Tylko my nie potrafiliśmy dobrej i wesołej nazwy zaproponować. Rosjanie nie czuli naszego poczucia humoru. Po zaserwowaniu im dłuższej serii kawałów abstrakcyjnych, które nie spowodowały nawet skrzywienia ust, usłyszeliśmy, że jest to „polskaja forma jumora”. Dlatego żadna z naszych propozycji nazewniczych nie wywołała entuzjazmu. Radzieckie poczucie humoru było ziemią nieznaną dla polskich liberałów.
.
Na wszystkich ścianach klubu, poza oknami i drzwiami, rozciągnąłem brystol z rolki, który wymalowałem tak, jak robiło się w polskich klubach studenckich. Były to motywy stylizowane na hipisowską neosecesję, którą lubię do dziś. Kolorowe, krzykliwe i dające po gałach. „Dzieło” zostało przełknięte przez miejscowych i zaakceptowane przez naszych. Trochę roboty miałem z flagą, na której musiałem umieścić napis „komsomolskij strojatriad Szuszary”. Zupełnie jak w dowcipie o rosyjskim marynarzu, który na penisie kazał wytatuować wzdłuż napis „pamiątka z podrózy czarnomorskiej do Konstantynopola”. Na fladze były też skrzyżowane szpadle. Szmaciane cacko wyglądało pięknie! Tak przynajmniej ocenili towarzysze radzieccy. Po pierwszym deszczu wodoodporna farba puściła i flaga wyglądała jak zapłakane lico lekkiej panienki, wymalowanej peerelowskimi kosmetykami. I tak flaga prezentowała się do końca naszego pobytu.
.
Pod tą flagą, wesoło i po radziecku łopocącą na wietrze, odbywały się codzienne poranne apele obozowe. Odbyły się też dwa apele niecodzienne – nadzwyczajne! Jeden został sprowokowany naruszeniem „suchego zakonu” i nie chodziło o osądzone już przewinienie Iriny i Tamary. Nasz obóz został uznany za najlepszy w całej „obłasti” leningradzkiej i oznajmiono nam radosną nowinę, że odwiedzi nas telewizja, by nakręcić o nas program! Nie podano nam jedynie, kiedy to nastąpi. Nastąpiła za to fala upałów. Pewnego dnia, gdy po raz kolejny zepsuł się autobus i wracaliśmy „pieszkom” po pracy na obiad, mijaliśmy kiosk w którym sprzedawano piwo. Żar lejący się z nieba rozluźnił nasz respekt wobec zakazów i pozwoliliśmy sobie wypić po kuflu dla ochłody. Ruszyliśmy dalej pustą, piaszczystą drogą.
.
Kilku najbardziej spragnionych zostało z tyłu na drugi kufelek. Po chwili minęły nas, kurząc niemiłosiernie, dwa gaziki. Gdy doszliśmy do obozu, na placu apelowym stały już te samochody. To była właśnie leningradzka telewizja i działacze polityczni. Grupa medialna najpierw dotarła do kilku z naszych, leniwie popijających piwko, zatrzymała się i kazała im natychmiast odstawić kufle i pędem wracać do obozu. Koledzy spożywali płyny kupione za własne pieniądze, więc dosadnie odpowiedzieli nieznajomym, co myślą o takich nakazach. Wkurzeni aparatczycy minęli nas i zwołali, po skompletowaniu całej załogi obozowej, karny apel. Główną karą było zrezygnowanie telewizji z nas. Żadnego filmowania ani wywiadów nie będzie! Pomniejszą karą była groźba natychmiastowego odesłania wszystkich do granicy, czyli wyrzucenie na zbity pysk z radzieckiego raju! Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego tak się nie stało. Może chodziło tylko o pogróżkę, bo rzeczywiste wydalenie nas mogło być groźniejsze dla strony zapraszającej niż dla nas.

GDY ŻYŁY DINOZAURY (11)

W 1970 roku w Leningradzie było nas dwudziestu studentów i młodych asystentów. Szefem grupy był Zbyszek B., absolwent i młody asystent wydziału górniczego. Nie żyje od kilku lat – powalił go atak serca. Wśród tych już po dyplomie był Sławek P., asystent wydziału inżynierii sanitarnej. Wiecznie roześmiany dowcipniś i smakosz trunków mocnych, słabszych oraz piwa. Wiele lat temu zabiła go marskość wątroby. Nasza trójka żyje i ma się nieźle. Ja – krajowy, Leszek – australijski i Zbyszek – północnoamerykański, choć coraz częściej biznesowo-polski.
.
Wśród nas ginęła mała grupka Rosjan – mogło być pięciu studentów i trzy, cztery diewoczki. Mużcziny mieszkali z nami, żienszcziny za drewnianym przepierzeniem. Zapamiętałem tylko jednego z Rosjan – nazywał się Purwin. Ponieważ jednak szybko okazało się, że był samorodnym talentem donosicielstwa i komsomolskim ideowcem, to nazwaliśmy go Kurwin.
.
Płeć piękną reprezentowały cztery krasawice. Dwie z nich szybko okazały się przedstawicielkami czerwonej burżuazji, co nas zdumiało niepomiernie. Mimo rodzinnych koneksji musiały jak każdy zwyczajny student harować na obozie komsomolskim. To była widocznie ta demokracja socjalistyczna. Każdy radziecki student musiał być członkiem Komsomołu. Każdy komsomolec musiał jeździć na wakacyjne obozy pracy. Dlatego Irina pracowała z nami. Krzepka dziewucha, będąca córką konstruktora okrętów wojennych, zabijała stres koniaczkiem, wypijanym z Tamarą, córką pierwszego sekretarza partii największej leningradzkiej dzielnicy robotniczej.
.
Popijanie mogło odbywać się tylko w najściślejszej konspiracji! Na obozach komsomolskich obowiązywał suchoj zakon. Znaczy to „suche prawo”, czyli zakaz picia alkoholu. W państwie, w którym piją wszyscy, tak drastyczny zakaz był powodem kolejnego naszego zdziwienia. Do tej prohibicji dodano jeszcze zakaz gry w karty, co doprowadziło do powstania polskiej podziemnej komórki brydżowej wśród naszych karcianych nałogowców. Po pracy i obiedzie czwórka brydżowa znikała w krzakach na nielegalne partyjki. Na nic się zdały tłumaczenia, że brydż to gra sportowa, grana na poważnych zawodach po całym świecie. Ostatnim rygorem, dodanym do dwóch poprzednich, był zakaz pływania! Wydano go po utopieniu się jakiegoś studenta, nie wiadomo nawet gdzie i kiedy. “Utopił się pływając? To zakazujemy pływania!” Gdy więc odkryliśmy niedaleko pola budowy chlewni zaciszny staw, otoczony soczystymi szuwarami, to chodziliśmy popływać jak cichociemni. Odchodziliśmy bezszelestnie a pływaliśmy bez chlupnięcia.
.
Co znaczy złamanie zakonu mieliśmy okazję przekonać się wkrótce. Po tygodniu, dwóch zwołano zebranie komsomolskie, na którym miano osądzić dwie koleżanki, które przyłapano na zbrodniczym popijaniu. Zostały podpatrzone przez kierowcę sowchozowego autobusy, gdy wyrzucały puste butelki po koniaku, wypijanym w krzakach na pociechę. Irina i Tamara, wydelikacone życiem w bogatych domach radzieckich notabli, źle znosiły ciężką pracę i prymitywne warunki bytowe. Życie obozowe było dla nich syberyjską katorgą.
.
Na zebranie komsomolskie, które miało osądzić pijackie przestępczynie, naczalstwo obozowe zaprosiło oficjeli z Leningradu. Wszystko miało się potoczyć wedle dobrze wypraktykowanej procedury. Nie wzięto pod uwagę tylko jednego nowego czynnika – czynnika ludzkiego. Nieprzewidywalnego! Tym elementem, który zakłócił dobrze działającą komsomolską maszynkę ideologiczną byliśmy my. Na dwa tygodnie uczyniono z nas komsomolców. Z wszelkimi prawami – głosowania, zadawania pytań i dyskutowania.
.
Gdy zjawili się dwaj przedstawiciele komitetu obłastnego komandir przedstawił w szczegółach, jak to koleżanki Irina i Tamara miały w pogardzie suchoj zakon. Nas wszystko to dziwiło wielce, więc zadawaliśmy pytania, dziwiące pytanych. – Co grozi za złamanie zakazu? – Wyrzucenie z obozu! – Co grozi za wyrzucenie z obozu? – Wyrzucenie z Komsomołu! – Co grozi za wyrzucenie z Komsomołu? – Wyrzucenie ze studiów! – Jak można wrócić na studia po takim wyrzuceniu? – Zdając od nowa na pierwszy rok! – Ale dziewczyny już ukończyły trzeci rok! – To nic!
.
Po takich pytaniach i odpowiedziach nastąpiło głosowanie. Za wyrzuceniem głosowało czteroosobowe naczalstwo oraz Kurwin, przeciw było dwudziestu Polaków a reszta Rosjan i dwie Rosjanki wstrzymały się od głosu, co i tak było aktem zdeterminowanej odwagi! Komandir i jego trójka zdurnieli. Oficjele z kamiennymi twarzami zamknęli się z nimi w pokoiku, z którego doszły mnie stłumione słowa złości, jak mogli zapraszać towarzyszy z Leningradu na tak nieprzygotowane zebranie! Nas podczas spotkania nazwano liberałami, co miało być obraźliwe, ale nie było. Nikt z nas nie poczuł wagi tej krytyki.

25 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (10)

Potrzebnych było kilku chłopa do przywiezienia cementu. Zgłosiłem się wśród kilku pierwszych, licząc że wycieczka do magazynu i załadowanie ciężarowego Ziła workami będzie ciekawsze niż tkwienie na placu budowy. Przyjechaliśmy szybko pod wielgachną szopę. Otwarto potężne wrota i samochód wolno wtoczył się tyłem. Moje poprzednie zdumienia były niczym w porównaniu z tym, co zobaczyłem. W tej szopie składowano cement. Luzem! Na klepisku!!! A my łopatami mieliśmy go wrzucić na ciężarówkę...
.
Zajęło nam to kilka dobrych kwadransów. Tak cztery – sześć. Ciągnęły się godzinami. Do końca dnia smarkałem betonem! Przywieźliśmy ciężarówkę proszku cementowego na pole i inna ekipa zwaliła go do drewnianych pojemników. Zaczęło się mieszanie zaprawy motykami. Szkoda, że nie znaliśmy pieśni burłaków, ciągnących brzegiem Wołgi ciężkie łodzie handlowe pod prąd. Pasowały by też bluesy niewolników pracujących na polach bawełny.
.
Po kilku pierwszych dniach ktoś z naszych zobaczył w oddali, pomiędzy rzędami gotowych chlewni, jakiś dziwny kształt. Wyglądał na potężną betoniarkę z czterystulitrowym pojemnikiem mieszającym. Poszedłem na zwiad z kolegami mechanikami. Maszyna była mi znana – miała kosz na kruszywo podnoszony mechanicznie. Nie była to jakaś betoniareczka, tylko solidna betoniara, używana na dużych budowach. Zgłosiliśmy naczalstwu, że powinniśmy taki skarb uruchomić. Naszą radość zgaszono szybko opowieścią jak to kilka lat temu bietonomieszłka isportiłaś. Wsie swinarniki my pastroili ruczno! Wyjaśniła się też zagadka, dlaczego narożnik jednej chlewni przypominał pionem wieżę w Pizie. Poprzedniego roku wiosna była tak deszczowa, że budowany filar wbił się pochyło w bagnisty grunt i tak już zostało. Opowiadano nam o tym, jak o czynie bohaterskim w walce na froncie walki o zapewnienie dobrobytu ludowi miast i wsi.
.
Zadeklarowaliśmy chęć naprawienia betoniarki ale naszą propozycję odrzucono zdecydowanie. Nie poddaliśmy się tak łatwo – perspektywa ręcznego mieszania zaprawy tygodniami dodała nam sił! Nasi specjaliści z wydziału mechanicznego wykradli się konspiracyjnie, zaopatrzeni jedynie w młotki i obcęgi. W jeden dzień betoniarka została uruchomiona! Podziw sowchozowych pracowników mieszał się z krytyczną oceną naszej pracowitości. Wot Paljaki – leniwyj narod, rabotat’ nie chatiełoś!
.
Jeszcze dzień, dwa trwało wykonanie z bali wysokiego postumentu na betoniarkę i umieszczenie jej na tym podwyższeniu. Teraz z góry na ziemię zjeżdżało metalowe pudło-kosz, do którego sypało się łopatami cement i piasek. Po naciśnięciu przełącznika, pudło wjeżdżało do góry i wsypywało do obracającego się bębna odmierzone kruszywa. Wodę wlewało się szlauchem, który włączała Irina, stojąca kilkadziesiąt metrów dalej. Wystarczyła: Irina! Wkljuczi wadu! A po chwili: Irina! Wykljuczi wadu! Betoniarka była wysko dlatego, że zaprawę z bębna można było wylać wprost do furmanki, bez upierdliwego ładowania łopatami. Transportem zaprawy zajmował się kolega, który pochodził ze wsi i potrafił obsługiwać konika zaprzężonego do furmanki. Tył furmanki był podnoszony w prowadnicach i zaprawa wylewała się prosto do dołu fundamentowego. Ot, my leniwe Polaki!

21 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (9)

Doszedłem do ściany, czyli do końca spisanych wspomnień łagrowych. Teraz trzeba poddać szare komórki torturze przypominania. Zastosuję chyba metodę luźnych skojarzeń – co się przypomni, obojętnie w jakiej kolejności.
.
Zacznę od tego, co budowaliśmy. Czekała na nas praca przy budowie swinarników. Wzorcowe już stały w równych odstępach. Były to szopy szerokie na jakieś dziesięć metrów, za to długie na kilkadziesiąt.. Kryte niezbyt stromymi, dwuspadowymi dachami. Ściany miały drewniane, z solidnych bali, wsuwanych poziomo pomiędzy ceglane filary. Obok tych istniejących chlewów było obszerne pole, na którym miały się pojawić kolejne szopy przez nas zbudowane.
.
Zaczynaliśmy od początku, co dla mnie, studenta architektury, było dość interesujące, choć technologia i wykonanie zapowiadało się na raczej prostackie. Tak pewnie budowano przez setki lat, więc miałem od razu zajęcia z historii architektury. Najpierw należało wykopać doły na fundamenty pod wspomniane ceglane filary. Każdy dostał szpadel i łopatę i ruszył do swego przydziałowego miejsca. Filary były na dwie cegły, więc doły miały nieco mniej niż metr na metr. Pierwsze wbicie szpadli w ziemię...
.
Pierwsze zdumienie! Jedni trafili na tak zbitą ziemię, że musieli poprosić o kilofy, by kruszyć wierzchnią, zbitą i twardą jak beton ziemię. Inni znaleźli się na gruncie, który był podejrzanie elastyczny – gdy się na nim podskoczyło to falował jak trzęsawisko. Leningrad pobudowano blisko morza, na terenach podmokłych, poprzecinanych rzekami, rzeczkami i różnymi kanałami. Do dziś nazywany jest „Wenecją Północy”. Dalekie obrzeża metropolii też były podmokłe i bagniste. Dlatego niektórzy z nas wkuwali się w ziemię a inni, kilka metrów dalej, wybierali z dołu osuwające się błocko. Kilka dni upłynęło, nim uporaliśmy się z tymi dołami fundamentowymi.
.
Kolejny etap to betonowanie dołów fundamentowych. Okazało się to poważnym przedsięwzięciem logistycznym. Skomplikowanym wielce. Zrodziło też masę problemów. Do produkcji mieszanki cementowej towarzysze radzieccy podeszli po komsomolsku metodycznie. Przywieźli dechy, z których cieśle sowchozowi sprawnie zbili duży kwadratowy basen z niewysokim brzegiem. Przyglądaliśmy się temu zdumieni. Dzieło to przypominało mi nieco podobne zbiorniki, które jako dzieciak widywałem na wsi. W nich motykami ręcznie mieszało się zaprawę wapienną czy cementową do murowania jakichś wsiowych budek.
.
Nie myliłem się! Zwieziono piasek oraz dostarczono motyki z długimi trzonkami. Nad głowami przelatywały niekiedy potężne odrzutowce pasażerskie, dowożące turystów do Leningradu. My tkwiliśmy w czasach Kazimierza Wielkiego, który zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną. Łącznikiem ze współczesnością miał być cement. W średniowieczu używano tylko wapna…

14 maj 2008

60 lat na dobry początek!


Z okazji 60-tej rocznicy powstania Państwa Izrael życzę szczęścia i powodzenia wszystkim jego obywatelom!
:)
Pokoju, bezpieczeństwa, stabilności i zrozumienia w świecie dla Waszych aspiracji.
:)
Szalom!

11 maj 2008

CHLEB


To u góry, to drugi wypiek. Na dole chleb "dziewiczy"




Upiekliśmy z Naj chleb. Pierwszy raz w życiu!
.


Dostała przepis od przyjaciółki u której próbowaliśmy i nam zasmakował. I to był błąd! W przepisie było tak: na litr wody kilogram mąki i paczuszka drożdży. Gdy wszedłem do kuchni po jakimś czasie z dwu foremek wykipiała jakaś dziwna masa, wyglądająca jak womiciny. Przypomniałem sobie dziecięce wspomnienia ze wsi i babcię wyjmującąj bochny z pieca. Ciasto ma odchodzić od ręki. Wyciągnąłem oślizgłe, kleiste gluty z foremek i podsypując mąki zacząłem wyrabiać rękoczynem. Po kwadransie ciasto odchodziło. Dodałem podobno jeszcze pół kilograma mąki – nie liczyłem…
.
Wklepałem ciasto do foremek, tym razem trzech – do połowy. Znowu urosło, wyłażąc ponad brzeg, ale nie wylało się, tylko niby poducha wybrzuszało się do góry. Tak powędrowało do piecyka na trzy kwadranse, które zaordynowała moja Naj. Dla mnie jeszcze za mało się zbrązowiło, ale nie oponowałem, bo poprzedniego dnia pizzę Naj przywęgliła nieco od spodu. Wyglądały bochenki chlebowo i pachniały chlebowo. Po ostygnięciu pierwsze krojenie. Nieco się kruszy, ale trzyma formę. Smak znakomity! Czarnuszka oraz ziarna dyni i słonecznika zostały dodane do masy.
.


Pogooglowałem i wariactwo – pełno chlebów, przepisów, maszyn do pieczenia, gotowych mieszanek. Pozostanę chyba przy samodzielnym odkrywaniu tajemnic chleba. Czy ktoś piekł chleb? Czekam na rady podstawowe. Naczytałem się o maszynach cudnych wszystkorobiących samodzielnie ale pod informacjami o nich, na forum, było wiele pytań co robić, bo chleb był niesmaczny albo nie urósł albo szlag coś trafił. Będę się więc parał ręcznym miesieniem ciasta, co może być dobrą zaprawą siłową. Pewnie będę też dążył do własnych receptur, bo oczywiście gotowe mieszanki to dyshonor. A dodatków smakowych można wymyślać wiele i próbować efektu. Może mi się to znudzi a może nie…


.
Kupiłem w przecenie śliczną książkę Piotra Kowalskiego “Opowieść o chlebie, czyli nasz powszedni” – Receptury stare i nowe opracował Julian Piotrowski. Wydało wydawnictwo IKON, roku nie podało… Receptury różnych chlebów na końcowych 30-tu stronach. Z książką “Chleb” wydaną świeżo przez Świat Książki mam niezły zaczątek biblioteczki początkującego piekarza…
.
Drugi wypiek za mną! Już jestem mądrzejszy niż za pierwszym razem. Kupiłem mąkę orkiszową, mąkę chlebową pszenną 1100 oraz mąkę pszenną 650. Ni cholery nie wiem, co znaczą te liczby, ale się doczytałem, że dla chlebów te liczby muszą być wyższe od 450 czy 500.
.

No i tym razem smarowałem wierzch kilkukrotnie wodą, poczynając od zera a kończąc na upieczonych bochenkach. Jak się okazało - chleb był dobry, choć moja Naj zastanawiała się, czy ten pierwszy nie był lepszy. Był inny. Ten drugi jest z innej mąki a właściwie mieszanki mąk chlebowych. Może ktoś wie, co znaczą liczby na mąkach???

1 maj 2008

Socjopatycznej Malkontentce!

Pozdrowienia i do zobaczenia Twoich tekstów...
: )



28 kwi 2008

nareszcie...

...rosną funkie!

11 kwi 2008

Uliczna sztuka...



...rodem z Wrocławia. Zabawne wykorzystanie blachownicy mostowej (jak sądzę), która nie poszła na złom, tylko stała się rzeźbą...

ps. Minął miesiąc i tylko taka notka - wiosenny ogród wzywa mnie i wysysa siły. Rośliny nie mogą czekać, więc poczekać musi blog. Gdy rośliny się rozwiną, to chociaż je tu zaprezentuję...
:)