28 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (11)

W 1970 roku w Leningradzie było nas dwudziestu studentów i młodych asystentów. Szefem grupy był Zbyszek B., absolwent i młody asystent wydziału górniczego. Nie żyje od kilku lat – powalił go atak serca. Wśród tych już po dyplomie był Sławek P., asystent wydziału inżynierii sanitarnej. Wiecznie roześmiany dowcipniś i smakosz trunków mocnych, słabszych oraz piwa. Wiele lat temu zabiła go marskość wątroby. Nasza trójka żyje i ma się nieźle. Ja – krajowy, Leszek – australijski i Zbyszek – północnoamerykański, choć coraz częściej biznesowo-polski.
.
Wśród nas ginęła mała grupka Rosjan – mogło być pięciu studentów i trzy, cztery diewoczki. Mużcziny mieszkali z nami, żienszcziny za drewnianym przepierzeniem. Zapamiętałem tylko jednego z Rosjan – nazywał się Purwin. Ponieważ jednak szybko okazało się, że był samorodnym talentem donosicielstwa i komsomolskim ideowcem, to nazwaliśmy go Kurwin.
.
Płeć piękną reprezentowały cztery krasawice. Dwie z nich szybko okazały się przedstawicielkami czerwonej burżuazji, co nas zdumiało niepomiernie. Mimo rodzinnych koneksji musiały jak każdy zwyczajny student harować na obozie komsomolskim. To była widocznie ta demokracja socjalistyczna. Każdy radziecki student musiał być członkiem Komsomołu. Każdy komsomolec musiał jeździć na wakacyjne obozy pracy. Dlatego Irina pracowała z nami. Krzepka dziewucha, będąca córką konstruktora okrętów wojennych, zabijała stres koniaczkiem, wypijanym z Tamarą, córką pierwszego sekretarza partii największej leningradzkiej dzielnicy robotniczej.
.
Popijanie mogło odbywać się tylko w najściślejszej konspiracji! Na obozach komsomolskich obowiązywał suchoj zakon. Znaczy to „suche prawo”, czyli zakaz picia alkoholu. W państwie, w którym piją wszyscy, tak drastyczny zakaz był powodem kolejnego naszego zdziwienia. Do tej prohibicji dodano jeszcze zakaz gry w karty, co doprowadziło do powstania polskiej podziemnej komórki brydżowej wśród naszych karcianych nałogowców. Po pracy i obiedzie czwórka brydżowa znikała w krzakach na nielegalne partyjki. Na nic się zdały tłumaczenia, że brydż to gra sportowa, grana na poważnych zawodach po całym świecie. Ostatnim rygorem, dodanym do dwóch poprzednich, był zakaz pływania! Wydano go po utopieniu się jakiegoś studenta, nie wiadomo nawet gdzie i kiedy. “Utopił się pływając? To zakazujemy pływania!” Gdy więc odkryliśmy niedaleko pola budowy chlewni zaciszny staw, otoczony soczystymi szuwarami, to chodziliśmy popływać jak cichociemni. Odchodziliśmy bezszelestnie a pływaliśmy bez chlupnięcia.
.
Co znaczy złamanie zakonu mieliśmy okazję przekonać się wkrótce. Po tygodniu, dwóch zwołano zebranie komsomolskie, na którym miano osądzić dwie koleżanki, które przyłapano na zbrodniczym popijaniu. Zostały podpatrzone przez kierowcę sowchozowego autobusy, gdy wyrzucały puste butelki po koniaku, wypijanym w krzakach na pociechę. Irina i Tamara, wydelikacone życiem w bogatych domach radzieckich notabli, źle znosiły ciężką pracę i prymitywne warunki bytowe. Życie obozowe było dla nich syberyjską katorgą.
.
Na zebranie komsomolskie, które miało osądzić pijackie przestępczynie, naczalstwo obozowe zaprosiło oficjeli z Leningradu. Wszystko miało się potoczyć wedle dobrze wypraktykowanej procedury. Nie wzięto pod uwagę tylko jednego nowego czynnika – czynnika ludzkiego. Nieprzewidywalnego! Tym elementem, który zakłócił dobrze działającą komsomolską maszynkę ideologiczną byliśmy my. Na dwa tygodnie uczyniono z nas komsomolców. Z wszelkimi prawami – głosowania, zadawania pytań i dyskutowania.
.
Gdy zjawili się dwaj przedstawiciele komitetu obłastnego komandir przedstawił w szczegółach, jak to koleżanki Irina i Tamara miały w pogardzie suchoj zakon. Nas wszystko to dziwiło wielce, więc zadawaliśmy pytania, dziwiące pytanych. – Co grozi za złamanie zakazu? – Wyrzucenie z obozu! – Co grozi za wyrzucenie z obozu? – Wyrzucenie z Komsomołu! – Co grozi za wyrzucenie z Komsomołu? – Wyrzucenie ze studiów! – Jak można wrócić na studia po takim wyrzuceniu? – Zdając od nowa na pierwszy rok! – Ale dziewczyny już ukończyły trzeci rok! – To nic!
.
Po takich pytaniach i odpowiedziach nastąpiło głosowanie. Za wyrzuceniem głosowało czteroosobowe naczalstwo oraz Kurwin, przeciw było dwudziestu Polaków a reszta Rosjan i dwie Rosjanki wstrzymały się od głosu, co i tak było aktem zdeterminowanej odwagi! Komandir i jego trójka zdurnieli. Oficjele z kamiennymi twarzami zamknęli się z nimi w pokoiku, z którego doszły mnie stłumione słowa złości, jak mogli zapraszać towarzyszy z Leningradu na tak nieprzygotowane zebranie! Nas podczas spotkania nazwano liberałami, co miało być obraźliwe, ale nie było. Nikt z nas nie poczuł wagi tej krytyki.

25 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (10)

Potrzebnych było kilku chłopa do przywiezienia cementu. Zgłosiłem się wśród kilku pierwszych, licząc że wycieczka do magazynu i załadowanie ciężarowego Ziła workami będzie ciekawsze niż tkwienie na placu budowy. Przyjechaliśmy szybko pod wielgachną szopę. Otwarto potężne wrota i samochód wolno wtoczył się tyłem. Moje poprzednie zdumienia były niczym w porównaniu z tym, co zobaczyłem. W tej szopie składowano cement. Luzem! Na klepisku!!! A my łopatami mieliśmy go wrzucić na ciężarówkę...
.
Zajęło nam to kilka dobrych kwadransów. Tak cztery – sześć. Ciągnęły się godzinami. Do końca dnia smarkałem betonem! Przywieźliśmy ciężarówkę proszku cementowego na pole i inna ekipa zwaliła go do drewnianych pojemników. Zaczęło się mieszanie zaprawy motykami. Szkoda, że nie znaliśmy pieśni burłaków, ciągnących brzegiem Wołgi ciężkie łodzie handlowe pod prąd. Pasowały by też bluesy niewolników pracujących na polach bawełny.
.
Po kilku pierwszych dniach ktoś z naszych zobaczył w oddali, pomiędzy rzędami gotowych chlewni, jakiś dziwny kształt. Wyglądał na potężną betoniarkę z czterystulitrowym pojemnikiem mieszającym. Poszedłem na zwiad z kolegami mechanikami. Maszyna była mi znana – miała kosz na kruszywo podnoszony mechanicznie. Nie była to jakaś betoniareczka, tylko solidna betoniara, używana na dużych budowach. Zgłosiliśmy naczalstwu, że powinniśmy taki skarb uruchomić. Naszą radość zgaszono szybko opowieścią jak to kilka lat temu bietonomieszłka isportiłaś. Wsie swinarniki my pastroili ruczno! Wyjaśniła się też zagadka, dlaczego narożnik jednej chlewni przypominał pionem wieżę w Pizie. Poprzedniego roku wiosna była tak deszczowa, że budowany filar wbił się pochyło w bagnisty grunt i tak już zostało. Opowiadano nam o tym, jak o czynie bohaterskim w walce na froncie walki o zapewnienie dobrobytu ludowi miast i wsi.
.
Zadeklarowaliśmy chęć naprawienia betoniarki ale naszą propozycję odrzucono zdecydowanie. Nie poddaliśmy się tak łatwo – perspektywa ręcznego mieszania zaprawy tygodniami dodała nam sił! Nasi specjaliści z wydziału mechanicznego wykradli się konspiracyjnie, zaopatrzeni jedynie w młotki i obcęgi. W jeden dzień betoniarka została uruchomiona! Podziw sowchozowych pracowników mieszał się z krytyczną oceną naszej pracowitości. Wot Paljaki – leniwyj narod, rabotat’ nie chatiełoś!
.
Jeszcze dzień, dwa trwało wykonanie z bali wysokiego postumentu na betoniarkę i umieszczenie jej na tym podwyższeniu. Teraz z góry na ziemię zjeżdżało metalowe pudło-kosz, do którego sypało się łopatami cement i piasek. Po naciśnięciu przełącznika, pudło wjeżdżało do góry i wsypywało do obracającego się bębna odmierzone kruszywa. Wodę wlewało się szlauchem, który włączała Irina, stojąca kilkadziesiąt metrów dalej. Wystarczyła: Irina! Wkljuczi wadu! A po chwili: Irina! Wykljuczi wadu! Betoniarka była wysko dlatego, że zaprawę z bębna można było wylać wprost do furmanki, bez upierdliwego ładowania łopatami. Transportem zaprawy zajmował się kolega, który pochodził ze wsi i potrafił obsługiwać konika zaprzężonego do furmanki. Tył furmanki był podnoszony w prowadnicach i zaprawa wylewała się prosto do dołu fundamentowego. Ot, my leniwe Polaki!

21 maj 2008

GDY ŻYŁY DINOZAURY (9)

Doszedłem do ściany, czyli do końca spisanych wspomnień łagrowych. Teraz trzeba poddać szare komórki torturze przypominania. Zastosuję chyba metodę luźnych skojarzeń – co się przypomni, obojętnie w jakiej kolejności.
.
Zacznę od tego, co budowaliśmy. Czekała na nas praca przy budowie swinarników. Wzorcowe już stały w równych odstępach. Były to szopy szerokie na jakieś dziesięć metrów, za to długie na kilkadziesiąt.. Kryte niezbyt stromymi, dwuspadowymi dachami. Ściany miały drewniane, z solidnych bali, wsuwanych poziomo pomiędzy ceglane filary. Obok tych istniejących chlewów było obszerne pole, na którym miały się pojawić kolejne szopy przez nas zbudowane.
.
Zaczynaliśmy od początku, co dla mnie, studenta architektury, było dość interesujące, choć technologia i wykonanie zapowiadało się na raczej prostackie. Tak pewnie budowano przez setki lat, więc miałem od razu zajęcia z historii architektury. Najpierw należało wykopać doły na fundamenty pod wspomniane ceglane filary. Każdy dostał szpadel i łopatę i ruszył do swego przydziałowego miejsca. Filary były na dwie cegły, więc doły miały nieco mniej niż metr na metr. Pierwsze wbicie szpadli w ziemię...
.
Pierwsze zdumienie! Jedni trafili na tak zbitą ziemię, że musieli poprosić o kilofy, by kruszyć wierzchnią, zbitą i twardą jak beton ziemię. Inni znaleźli się na gruncie, który był podejrzanie elastyczny – gdy się na nim podskoczyło to falował jak trzęsawisko. Leningrad pobudowano blisko morza, na terenach podmokłych, poprzecinanych rzekami, rzeczkami i różnymi kanałami. Do dziś nazywany jest „Wenecją Północy”. Dalekie obrzeża metropolii też były podmokłe i bagniste. Dlatego niektórzy z nas wkuwali się w ziemię a inni, kilka metrów dalej, wybierali z dołu osuwające się błocko. Kilka dni upłynęło, nim uporaliśmy się z tymi dołami fundamentowymi.
.
Kolejny etap to betonowanie dołów fundamentowych. Okazało się to poważnym przedsięwzięciem logistycznym. Skomplikowanym wielce. Zrodziło też masę problemów. Do produkcji mieszanki cementowej towarzysze radzieccy podeszli po komsomolsku metodycznie. Przywieźli dechy, z których cieśle sowchozowi sprawnie zbili duży kwadratowy basen z niewysokim brzegiem. Przyglądaliśmy się temu zdumieni. Dzieło to przypominało mi nieco podobne zbiorniki, które jako dzieciak widywałem na wsi. W nich motykami ręcznie mieszało się zaprawę wapienną czy cementową do murowania jakichś wsiowych budek.
.
Nie myliłem się! Zwieziono piasek oraz dostarczono motyki z długimi trzonkami. Nad głowami przelatywały niekiedy potężne odrzutowce pasażerskie, dowożące turystów do Leningradu. My tkwiliśmy w czasach Kazimierza Wielkiego, który zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną. Łącznikiem ze współczesnością miał być cement. W średniowieczu używano tylko wapna…

14 maj 2008

60 lat na dobry początek!


Z okazji 60-tej rocznicy powstania Państwa Izrael życzę szczęścia i powodzenia wszystkim jego obywatelom!
:)
Pokoju, bezpieczeństwa, stabilności i zrozumienia w świecie dla Waszych aspiracji.
:)
Szalom!

11 maj 2008

CHLEB


To u góry, to drugi wypiek. Na dole chleb "dziewiczy"




Upiekliśmy z Naj chleb. Pierwszy raz w życiu!
.


Dostała przepis od przyjaciółki u której próbowaliśmy i nam zasmakował. I to był błąd! W przepisie było tak: na litr wody kilogram mąki i paczuszka drożdży. Gdy wszedłem do kuchni po jakimś czasie z dwu foremek wykipiała jakaś dziwna masa, wyglądająca jak womiciny. Przypomniałem sobie dziecięce wspomnienia ze wsi i babcię wyjmującąj bochny z pieca. Ciasto ma odchodzić od ręki. Wyciągnąłem oślizgłe, kleiste gluty z foremek i podsypując mąki zacząłem wyrabiać rękoczynem. Po kwadransie ciasto odchodziło. Dodałem podobno jeszcze pół kilograma mąki – nie liczyłem…
.
Wklepałem ciasto do foremek, tym razem trzech – do połowy. Znowu urosło, wyłażąc ponad brzeg, ale nie wylało się, tylko niby poducha wybrzuszało się do góry. Tak powędrowało do piecyka na trzy kwadranse, które zaordynowała moja Naj. Dla mnie jeszcze za mało się zbrązowiło, ale nie oponowałem, bo poprzedniego dnia pizzę Naj przywęgliła nieco od spodu. Wyglądały bochenki chlebowo i pachniały chlebowo. Po ostygnięciu pierwsze krojenie. Nieco się kruszy, ale trzyma formę. Smak znakomity! Czarnuszka oraz ziarna dyni i słonecznika zostały dodane do masy.
.


Pogooglowałem i wariactwo – pełno chlebów, przepisów, maszyn do pieczenia, gotowych mieszanek. Pozostanę chyba przy samodzielnym odkrywaniu tajemnic chleba. Czy ktoś piekł chleb? Czekam na rady podstawowe. Naczytałem się o maszynach cudnych wszystkorobiących samodzielnie ale pod informacjami o nich, na forum, było wiele pytań co robić, bo chleb był niesmaczny albo nie urósł albo szlag coś trafił. Będę się więc parał ręcznym miesieniem ciasta, co może być dobrą zaprawą siłową. Pewnie będę też dążył do własnych receptur, bo oczywiście gotowe mieszanki to dyshonor. A dodatków smakowych można wymyślać wiele i próbować efektu. Może mi się to znudzi a może nie…


.
Kupiłem w przecenie śliczną książkę Piotra Kowalskiego “Opowieść o chlebie, czyli nasz powszedni” – Receptury stare i nowe opracował Julian Piotrowski. Wydało wydawnictwo IKON, roku nie podało… Receptury różnych chlebów na końcowych 30-tu stronach. Z książką “Chleb” wydaną świeżo przez Świat Książki mam niezły zaczątek biblioteczki początkującego piekarza…
.
Drugi wypiek za mną! Już jestem mądrzejszy niż za pierwszym razem. Kupiłem mąkę orkiszową, mąkę chlebową pszenną 1100 oraz mąkę pszenną 650. Ni cholery nie wiem, co znaczą te liczby, ale się doczytałem, że dla chlebów te liczby muszą być wyższe od 450 czy 500.
.

No i tym razem smarowałem wierzch kilkukrotnie wodą, poczynając od zera a kończąc na upieczonych bochenkach. Jak się okazało - chleb był dobry, choć moja Naj zastanawiała się, czy ten pierwszy nie był lepszy. Był inny. Ten drugi jest z innej mąki a właściwie mieszanki mąk chlebowych. Może ktoś wie, co znaczą liczby na mąkach???

1 maj 2008

Socjopatycznej Malkontentce!

Pozdrowienia i do zobaczenia Twoich tekstów...
: )



28 kwi 2008

nareszcie...

...rosną funkie!

11 kwi 2008

Uliczna sztuka...



...rodem z Wrocławia. Zabawne wykorzystanie blachownicy mostowej (jak sądzę), która nie poszła na złom, tylko stała się rzeźbą...

ps. Minął miesiąc i tylko taka notka - wiosenny ogród wzywa mnie i wysysa siły. Rośliny nie mogą czekać, więc poczekać musi blog. Gdy rośliny się rozwiną, to chociaż je tu zaprezentuję...
:)

10 mar 2008

Nick czy imię i nazwisko?

Już mi się zdarzyło w sieci podać swoje imię i nazwisko, by z odsłoniętą przyłbicą odpowiedzieć blogerowi, który z imienia i nazwiska podpisan wygłosił poglądy, które mnie zbulwersowały. Z tym imieniem i nazwiskiem jest jak w starym kawale: “moje imię i nazwisko nic panu nie powie”. Sprawdzałem w googlu – istnieje tam mój “klon”, wymieniony w większej ilości linków niż ja, który w takiej formie niemal nie istnieję. Trudno konkurować urbaniście z fizykiem teoretycznym, zwłaszcza publikującym prace naukowe. Mój klon niewiele z tego ma, bo odpowiedział mi, że za chlebem musiał wyjechać ze swego ośrodka naukowego do niemieckiej firmy elektronicznej.

Spróbowałem poszukać siebie w “naszej klasie”. Mnie tam nie ma, bo po krzykliwej akcji o niepewnym chronieniu danych osobowych zostałem tam jako Jacek Sz., za to moich klonów naliczyłem dziewiętnastu! Więc ze mną, anonimowym, jest nas w “naszej klasie” dwudziestu!!! Ta dziewiętnastka nie pisuje w sieci, skoro nie ma ich śladu w googlu, ale istnieje w realu. W swoich środowiskach są znani z mojego imienia i mojego nazwiska! Dopiero przy imionach rodziców i nazwisku rodowym matki pojawiły by się różnice.

Już dawno temu uzmysłowiłem sobie, że w sieci “moje imię i nazwisko nic panu nie powie”. Natomiast jotesz się wyemancypował, stał się autonomiczny. Jest łatwiejszy do odszukania googlem. Wyskakuje podczas szukania tematów muzycznych albo wśród miłośników funkii. Bywał w Salonie24, poszedł do TXT, ma gdzieś swoją chałupę na chamopolu. Próbował uwić jakieś gniazda w dziwnych miejscach. Przysiada gdzieś na gałęzi i zakracze…

Zaczynając blogowanie należy liczyć się z tym, że nick może nam ukraść imię i nazwisko, które po jakimś czasie staje się mało ważne, niezauważalne. Szkoda, że nie pomyślałem o tym na początku!:)

5 mar 2008

Pora wracać do gniazda...

Idzie wiosna, podobno już gdzieś wróciły bociany!

Ja, jak ten bocian, odleciałem do innych krajów blogowych.

Najpierw skusiło mnie do Salonu24. Byłem tam dość długo, prawdę pisząc, jestem tam do teraz, choć rzadko czytuję i jeszcze rzadziej pisuję ! Sprawiłem sobie takie urządzonko do podglądania - netvibes. Mogę w nim zaglądać, co w trawie piszczy i nawet początek piszczenia przeczytać. W S24 po obejrzeniu początku, ostatnio zupełnie nie chce mi się oglądać reszty. Będąc tam długo nauczyłem się przewidywania co dany tuz ma do napisania na każdy temat i już mnie pogłębianie tej wiedzy nie bawi. Grupa takich niezadowolonych założyła Tekstowisko.

Zagnieździłem się w Tekstowisku i było mi tam wygodnie. Są tam ciekawi ludzie, którzy ciekawie pisują. Znalazłem też i takich, którzy mnie nie bawią, więc ich omijam. Na szczęście, takich do omijania jest zdecydowanie mniej niż w S24, więc meandrowania i kluczenia nie tak wiele. Ostatnio jednak coś się pogięło - niektórzy, zwłaszcza twórcy TXT, zwalają na Emmę, że niby huragan zaniżył ludziom poczucie humoru a zawyżył nadwrażliwość. Biedni meteopaci...

Gorzej, że i z TeXTowiska zaczęli ludzie odchodzić demonstracyjnie. Zabierają torebeczkę, wkładają do niej łopatkę, grabki i wiaderko, i wychodzą. Likwidują też cały dorobek, by pozostali nie czerpali nieuprawnionej radości z ich twórczej pracy. Można napisać - z ich krwawicy! Ja nie mam zamiaru odchodzić, bo zdecydowanie w Tekstowisku przeważa rozwaga, sympatia, zrozumienie i empatia nad chamstwem, nietolerancją czy trollingiem. Poza tym opłaciłem swój czasowy pobyt, więc szkoda kasy na odejście bez powodu! :)

Jednak uzmysłowiłem sobie, że ta stara chata, stercząca na chamopolu, to moja główna kwatera blogowa a cała reszta to jakieś filie, dacze czy mieszkania służbowe. Więc odkurzam kąty, sprzątam obejście i wracam!

10 lut 2008

Dwa tygodnie poza "Strachem"...

...i poza granicami chamopola. Niestety nie poświęciłem ich lekturze "Strachu" - zacząłem i po trzech dawkach zrobiłem przerwę. Lektura jest zbyt deprymująca, by ją kontynuować bez przerw. Czytałem wyłącznie polskie relacje, udokumentowane i dostępne w źródłach, które Gross dokładnie wypisuje w bibliografii.

Dokupiłem też książkę "antygrossowską" polskiego historyka Chodakiewicza "Po zagładzie" i odłożyłem na półkę. Dojdę do niej po "Strachu". Powoli mijają zaciekłe dyskusje i połajanki. Umilkły głosy typu "nie czytałem, ale swoje wiem..." Widocznie zainteresowani czytają.

Ja teraz czytam dziwną książkę. "Rockowy Armagedon" George'a R.R. Martina. Armagedon, oprócz ogólnie znanego znaczenia (ostateczna, decydująca walka, bitwa między siłami dobra i zła; przen. wielka, krwawa, wyniszczająca obie strony wojna) to także nazwa znakomitego zespołu rockowego (Armageddon), założonego przez byłego członka The Yardbirds Keitha Relfa, Martina Pugha ze Steamhammer, perkusistę Bobby'ego Caldwella, który nagrywał z Johnnym Winterem oraz basistę Lou Cennamo. Tylko jedna jedyna płyta pozostała po spotkaniu tych znakomitych muzyków. Pochodzi z 1975 roku.

Na książce zachęta samego Stephena Kinga: "najlepszy thriller o popkulturze, jaki dotąd napisano". To mi wystarczyło i nie trzeba mi było dodatku: "rock and roll - miłość i śmierć".
Rockkultura zwyciężyła historię i czytam o zakręconych losach grupy The Nazgul, przetykanych cytatami z tekstów piosenek takich wykonawców jak Beatlesi, Jefferson Airplane, Loving Spoonful, Greatful Dead czy Rolling Stones. Im i wielu jeszcze innym znakomitościom muzycznym autor dedykował książkę. To wszystko mnie zaintrygowało, przyciągnęło i wciągnęło...

Zgromadziłem duży stos książek, które czekają na swoją kolejkę. Nigdy nie wiadomo po którą sięgnę. Na razie zwyciężyła muzyka.
:)

23 sty 2008

Strach czytać!

Widać, że każdy jakoś się zmaga z tematem, bo tak naprawdę to to są nasze INDYWIDUALNE zmagania. Rydzyki, polityki, historyki i pismaki - oni tylko próbują upiec swoje pieczenie albo wysmażyć swoje konfitury. W kwestii przyzwoitości narodowej musimy zacząć od przyzwoitości indywidualnej każdego z nas.

Ja na szczęście do kwestii polsko-żydowskiej podchodzę zupełnie nienaukowo, bezcytatowo i zupełnie nie obchodzi mnie, co Żydzi zrobili złego Polakom, a co niby miałoby usprawiedliwiać cokolwiek…

Mnie obchodzi jedynie jak ja, jotesz, odczuwam te sprawy. Wczoraj wreszcie zacząłem zmagania ze "Strachem" i pierwsze kilkanaście stron czytałem jak skamieniały. Niby wszyscy wiemy, znamy liczby, sprzeczamy się o nie. Ale jak na razie, na początkowych kilkunastu stronach Gross przytacza tylko relacje NASZE – Polaków, gojów! Tych nielicznych przerażonych, którzy na gorąco potrafili wyartykułować emocje, zapisać je. I przechować i pokazać. Nielicznych, bo większość pewnie obawiała się okazać sąsiadom, krajanom współczucie albo chociaż tylko obrzydzenie zbrodnią.

Koszmarny jest wątek Ireny Sendlerowej, dziś naszej Bohaterki Narodowej zgłaszanej do Pokojowej Nagrody Nobla, a po wojnie sekowanej za filożydostwo. To była Nasza - Polka! I to Jej córka wspomina upokorzenia i utrudnienia życiowe. Za co? Za uratowanie Żydów? Wysługiwanie się Żydom? Troszkę się zmieniliśmy przez te pół wieku. Teraz zgłaszamy do Nobla! I jak mantrę powtarzamy, że najwięcej drzewek w Yad Vashem...

W Buczaczu wymordowano w krótkim czasie 2400 Żydów. Dlaczego mój ojciec do śmierci mi o tym nie opowiedział? Miał już 19 lat, urodził się w Buczaczu i do 1946 roku tam mieszkał. Nic nie widział? Nic nie słyszał? W domu nie komentowali tego, co dzieje się na ulicach? Przynajmniej mogę domniemywać, że mój dziadek w niczym nie brał udziału, bo po IWŚ był inwalidą bez jednej nogi… Moja Mama opowiadała mi o likwidacji Żydów z Łohiszyna na Polesiu. O dole ogromnym na wszystkie ciała i o moim dziadku, który zemdlał na ten widok i mało nie został wepchnięty w to piekło. Uratowali go sąsiedzi, tak jak i on zgonieni z całego miasteczka do zasypania zbiorowego grobowca. Opowiadała o kilkutygodniowym przechowywaniu trzyosobowej rodziny żydowskiej w ogromnej bece na zboże…

W mojej rodzinie nikt nie ucierpiał od żydowskich zbrodniarzy z UB czy od kolaborantów sowieckich. Moja Mama miała tylko miłe wspomnienia o żydowskich sąsiadach. Może dlatego jej mleko miało inny smak. Może dlatego wszystko oceniam po swojemu. Może dlatego wkurza mnie czytanie o tym, że tak naprawdę to Żydzi dyrygowali mordowaniem Żydów, kontygenty wyznaczały Judenraty ochoczo i bez przymusu a ewentualne zbrodnie moich kochanych rodaków były jednostkowe i zawsze wywołane bolesną reakcją na bestialstwo sowietów, którym Żydzi denuncjowali polskich patriotów i bohaterów.

18 sty 2008

Kim jest Gross?

Już mam książkę, ale trochę czasu upłynie, nim ją przeczytam od deski do deski...

Przeczytałem o Grossie, że zrodzon z polskiej matki i czy ona też była, zdaniem syna, antysemitką, jak ocenia resztę Polaków. To pytanie nie moje tylko przytaczam.

Od dawna obserwuję ten fenomen – Polaków, z matki Polki i ojca Żyda. Dlaczego fenomen? Ano dlatego, że ci nasi pobratymcy mogą być, i często są, odrzucani przez oba społeczeństwa, z których wywodzą się rodzice. Dla ortodoksyjnego, fanatycznego Żyda tylko dziecko Matki-Żydówki może być uznane za Żyda. Symetrycznie – dla ortodoksyjnego Polaka-Katolika dziecko mające którekolwiek z rodziców pochodzenia żydowskiego nie może być Polakiem.
Tak więc, dla fanatyków obu stron, Gross jest bezrasowcem czy beznarodowcem!

Gdyby jednak miał Matkę-Żydówkę to sytuacja stałaby się asymetryczna. Otóż dla ortodoksów żydowskich stałby się czystym Żydem, no może lekko zmieszanym. Dla narodowców polskich w dalszym ciągu byłby Żydem, no może z małą domieszką krwi polskiej ale mało wartościowej, bo skoro ojciec tak się wynarodowił...

To są absurdy antysemityzmu i antypolonizmu w wydaniu skrajnym. Gorzej, jeśli takie myślenie jest rozpowszechnione wśród przeważającej części narodu. Co ciekawe – my Polacy, piękni ptacy, zupełnie inaczej traktujemy rodaków półkrwi z rodzica Rosjanina, Niemca czy Czecha, o dalszych narodach nawet nie wspominając, o ile oczywiście mówimy w ogólności o rasie białej (z warunkowym dopuszczeniem żółtej…)

Taki pół-Polak pół-Rosjanin, zwłaszcza jeśli deklaruje się Polakiem, jest dla nas bratem-Polakiem, do serca przyłóż, razem wypijmy, pośpiewajmy i popłaczmy się nad niedolą naszych wspaniałych narodów. Polsko-Ormianin – proszę bardzo – Nasz! Rodak kochany, zmieszany nieco ze starożytnym narodem, który był chrześcijański, gdy nasi przodkowie krwawe ofiary jeszcze składali Swarożycom i innym słowiańskim bożkom.

To dlaczego Żyd wzbudza takie irracjonalne, durnowate reakcje wewnętrzne? Kim jest więc Gross? Niezależnie od tego co pisze i gdzie żyje…

23 gru 2007

19 gru 2007

26 lat temu rysowałem...









...w bezsilnej złości...
To było akurat 19 grudnia. Ale świat się zmienił. I Polska. Choć usiłowano mi przez ostatnie dwa lata wmówić, że od 1989 do 2005 było gorzej niż w 1981 w grudniu po 13-tym.












18 gru 2007

Hej, wrocławianie - kupmy Mitoraja!!!


!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
!
Poszukuję chętnych wrocławian do pomocy w rozpropagowaniu inicjatywy zakupienia dla Wrocławia jakiejś rzeźby Igora Mitoraja i ustawienia jej na wrocławskim Rynku albo Placu Solnym lub w ostateczności na Nowym Targu.
Pozazdrościłem mianowicie Krakowowi rzeźby Mitoraja leżącej na Rynku oraz mniejszej na dziedzińcu bodajże wydziału prawa UJ. Chyba też Mitorajem może się pochwalić Poznań.

Byłem zaskoczony i dumny, gdy naliczyłem w Wenecji "mitorajów" bodaj czterech, w tym jednego nad samym Canal Grande. Mam też świadomość, że Mitoraj wywołuje skrajne reakcje u specjalistów. Krytycy sztuki i rzeźbiarze albo nazywają go szarlatanem i twórcą kiczu albo geniuszem i dziedzicem renesansu i antyku.

Nigdy się za coś takiego nie brałem a ponieważ pomysł narodził się wczoraj, to zaczynam od chamopola. Niewrocławianie mogą podpowiedzieć, co robić dalej...

4 gru 2007

Co ja robię w Salonie24?

Przeczytałem dziś w blogu Wojtka Orlińskiego że "jak już pisałem o tym tutaj parokrotnie, prawicową platformę blogową Salon24 obserwuję bez sympatii - bo ja zresztą w ogóle bez szczególnej sympatii spoglądam na wszystko, co prawicowe..."

Sam nie jestem wielce prawicowy, choć lewica w formach występujących za mego żywota w Polsce wcale mnie też nie uwodzi swym wdziękiem, ale zastanowiłem się, że w Salonie24 walki ideologiczne toczą się głównie pomiędzy platfusami a pisiorami, a to, przynajmniej tak się deklarują, partie prawicowe, z czym się można zgodzić, jeśli się za bardzo nie wgłębia w ich programy gospodarcze.

Blogerów zdecydowanie lewicowych (w jaki niby sposób?) nie bardzo tu odnajduję. Stąd po raz kolejny nachodzą mnie wątpliwości - co ja tu robię? Owszem, poparłem w wyborach Platformę, ale nie oddałem jej ani duszy, ani serca, ani myśli. Wiele w programie PO mi się nie podobało ale przynajmniej z proponowanych kiełbas wyborczych ta platformerska śmierdziała mi mniej niż inne.

Tak więc - ani prawicowy ani lewicowy. Ni pies, ni wydra - coś na kształt świdra...

21 lis 2007

Uśmiechnij się!


:)

:)

:)

:)

:)

:)

:)


Życzę Ci...

abyś kochał tam, gdzie się nienawidzi;
przebaczał tam, gdzie się znieważa;
jednoczył tam, gdzie kłótnia;
mówił prawdę tam, gdzie błądzą;
przynosił wiarę tam, gdzie grozi zwątpienie;
budził nadzieję tam, gdzie dręczy rozpacz;
zapalił światło tam, gdzie panuje ciemność;
obdarzał radością tam, gdzie mieszka troska.

/św. Franciszek z Asyżu/

20 lis 2007

Blog vs. Vito XS



To ogranicza mnie na blogu.

Z pożytkiem dla mnie i blogosfery.

7 lis 2007

Apolitycznie!
















Kiedyś wspomniałem o mej wieloletniej pogoni za filmem "Eden" wedle Andrzeja Czeczota. Nie poszedłem od razu do kina, gdy go, po bodajże dwuletniej produkcji, zaczęto wyświetlać, co skończyło się, ku memu zdumieniu, po paru dniach.

We wrześniu pojawił się w TVP Kultura, oczywiście w porze nocnej i pokawałkowany na kilka części, o czym dowiedziałem się PO emisji trzeciej części!

Napisałem rozpaczliwą prośbę do Kultury o kulturalną powtórkę w przyzwoitej porze i w jednym kawałku, na co dostałem uprzejmą odpowiedź, że powtórka będzie w październiku! Dzień po dniu czatowałem na to święto z pilotem magnetowidu w dłoni. Nic z tego!

Napisałem kolejny monit i właśnie mi odpisał Wojciech Diduszko, Programming Editor:
"Witam.Film na 100% będzie w lutym 2008, w pierwszą lub drugą środę.Pozdrawiam i przepraszam za zwłokę."

Panie Wojciechu - trzymam za słowo! Dziękuję też za odpowiedź i życzę powodzenia w edycji programu.

Tak przed laty pisano o tym filmie:
"W lutym nastąpi premiera filmu Eden wg scenariusza i w reżyserii Andrzeja Czeczota, wybitnego rysownika, z muzyką równie wybitnego jazzmana Michała Urbaniaka. Film określany jest jako Komedia Boska w wersji animowanej. Przedstawia podróż bohatera, niejakiego Youzecka, przez piekło, niebo, ziemię i całą kulturę europejską. Animowany klasycznie (i niemal ręcznie, w stylu świadomie prymitywnym, typowym dla rysunków autora) film to efekt 6 lat pracy Czeczota. Bohaterem jest wesoły, ciekawski prostaczek (czarno-biała postać w kolorowym filmie), który dość beztrosko wędruje przez wszechświat, spotykając po drodze Prometeusza, Herkulesa, Janosika, Salvadora Dali, Chopina, ale też Charlie Parkera, Elvisa Presleya czy Beatlesów w żółtej łodzi podwodnej. Wobec powszechnych ostatnio animacji komputerowych Eden robi niezwykłe wrażenie. Warto zobaczyć i porównać, zwłaszcza jeśli ktoś lubi abstrakcyjny humor Andrzeja Czeczota, którego rysunki pojawiają się często w polskiej prasie."

6 lis 2007

Szczęściarz...

...usiłuje złapać krople wody, tryskające w górę z węża.













Bracia Lumiere byliby zachwyceni...

31 paź 2007

WROCŁAWSKI DZIEŃ WZAJEMNEGO SZACUNKU

PATRONAT HONOROWY:
PREZYDENT WROCŁAWIA RAFAŁ DUTKIEWICZ

8 listopada 2007

PROGRAM :

SYNAGOGA POD BIAŁYM BOCIANEM (ul. Włodkowica 5a)
godz. 16:00

Etiudy sceniczne

Na podstawie dramatu pt. Lekkomyślność i dewocja (Leichtsinn und Frömmelei) autorstwa wrocławskiego pisarza żydowskiego oświecenia Aarona Halle-Wolfssohna. Wystąpią: Jolanta Góralczyk, Bogusław Danielewski oraz studenci Instytutu Filologii Germańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego; reżyseria: Tomasz Man; koncepcja projektu: Ewa Szymani; oprawa muzyczna: Kamil Bartnik - gitara klasyczna; przekład tekstu: Tomasz Dominiak.

organizatorzy: TOWARZYSTWO IM. EDYTY STEIN, FUNDACJA SKENE

godz. 17:00

Wernisaż Kryształowe Okna

Beata Mak-Sobota (Polska) i Christine Düwel (Niemcy) - kompozycja plastyczna na tafli szklanej inspirowana wydarzeniami nocy kryształowej. Anna Żołyniak, Eliyahu HaNavi , tradycyjna pieśń hebrajska.

organizator: FORUM KULTUR

godz. 17:30

Dyskusja na temat wzajemnego szacunku

Spotkanie otwarte

organizatorzy: FUNDACJA BENTE KAHAN, WCDN

godz. 18:00

MARSZ WZAJEMNEGO SZACUNKU

Trasa spod Synagogi pod Białym Bocianem do pomnika przy ul. Łąkowej wzniesionego na miejscu Nowej Synagogi zniszczonej podczas nocy kryształowej w listopadzie 1938 r.





FILHARMONIA WROCŁAWSKA IM. W. LUTOSŁAWSKIEGO

(ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 19)

godz. 19:00

Koncert:

Bente Kahan, Pieśni z getta , recital

Bente Kahan, Anna Błaut, Kamila Chruściel – śpiew, Bente Kahan – gitara

Staale Kleiberg, Dopo , koncert na wiolonczelę i orkiestrę smyczkową

Staale Kleiberg, Lamento: Cissi Klein in memoriam , poemat symfoniczny inspirowany historią trzynastoletniej Cissi Klein, norweskiej Żydówki z miasta Trondheim

Vladimir Kiradjiev – dyrygent, Maciej Młodawski – wiolonczela,

Orkiestra Filharmonii im. W. Lutosławskiego

Przed koncertem słowo wstępne wygłosi Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

organizatorzy: FILHARMONIA WROCŁAWSKA IM. W. LUTOSŁAWSKIEGO,

FUNDACJA BENTE KAHAN


środa, 7 listopada 2007

miejsce:DOM EDYTY STEIN (ul. Nowowiejska 38)

godz. 18:00

Wykład

Przyczynek do wrocławskiej haskali, dr Joanna Obruśnik-Jagla

organizator: TOWARZYSTWO IM. EDYTY STEIN

-------------------------------------------------------


organizator i koordynator:

Fundacja Bente Kahan

współorganizatorzy:

Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP o/Wrocław

Filharmonia Wrocławska im. W. Lutosławskiego

Towarzystwo im. Edyty Stein

Fundacja SKENE

Stowarzyszenie Forum Kultur

partnerzy:

WCDN (Wojewódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli)

PWST

Uniwersytet Wrocławski

Konsulat Generalny Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu

PROJEKT DOFINANSOWANY PRZEZ:

Miasto Wrocław

NORSK MUSIKK FOND

29 paź 2007

Witaj blogu!

Powoli wracam po wyborach. Znużony i nasycony zwycięstwem.

Zewsząd dochodzą odgłosy rozpaczliwego kwakania. Niby porykiwania gniewnego lwa, ale płaskim dziobem nie wychodzi inaczej niż kwakanie. Wystarczy! Nie będziemy przegranego drobiu skubać do gołej skóry, bo idzie zima. Skończył się sen orła białego, kóry miał wznosić się coraz wyżej, ku chwale Czwartej. 21 października orzełek obudził się znowu jako brzydkie kaczątko...

I to by było na tyle.

ps. Tytuł wziął się stąd, że postanowiłem wrócić do bloga chamopole, bo atmosfera w Salonie24 stała się zbyt ciężka. Jeśli ktoś chciałby sprawdzić dlaczego, to właśnie tu może to zrobić osobiście...

22 paź 2007

21 października narodził się Wyborca!

21 października narodził się Wyborca - zupełnie inny, niż ten opisany onegdaj przez Janusza Korwina Mikkego jako "pijany, leżący pod płotem byłego pegeeru".

Do urn poszły tłumnie wykształciuchy, łże-elity, bure suki, spieprzające dziady, zabłąkani za zomowskie barykady. Poszli na bosaka lekarze, bo zzuli planowane im kamasze...

Wyborca posłał do diabła Kreatorów Wyzwisk! Wyborca, określany ciemnym ludem, co wszystko kupi, pokazał jasną stronę mocy.

Teraz rządzący będą czuć na plecach oddech Wyborcy, zaglądającego zza pleców na to, co robić będą rządzący. Zwłaszcza, czy mają czyste ręce i równo obcięte paznokcie...

Pozdrowienia i powodzenia!

POzdrowienia
i POwodzenia

w dobrym
kierunku...

21 paź 2007

Przebrała się miarka...

...wykopałem Jarka!

Osiem głosów na listę nr 8 - mój osobisty sukces wyborczy!

Jarek coś mówił o Onych, co odebrali....

To JA odebrałem, i kilka milionów takich jak ja, którzy potrafili przekonać swoje teściowe, że ojciec Rydzyk nie zapewni ich wnuczkom takiej przyszłości, jakiej one by sobie życzyły! Żałosny był Jarek - już nie przypominał mi o stronach barykady, gdzie stało zomo. Gdy zomo szalało po Wrocławiu, ja rysowałem rysunki do Ślepowrona - za to dawano wtedy kilka lat!

Do widzenia, albo do nie widzenia panowie Ziobro, Macierewicz, Gosiewski, Dorn, Wasserman i wielu innych... Good Bye!!!

19 paź 2007

Totalizator Wyborczy...

...do skreślenia tylko jedna liczba - za to szansa na wygraną o niebo większa.

Przykładowo - ja skreślę 8 i mam ponad 30 % szans na wygraną. Podczas sprawdzania wyników może się okazać, że wygrałem nawet na 40 %! Wszyscy mamy możliwość wypełnić swoje kupony i wygrać, albo przegrać. Każdy kupon zwiększa szanse wygranej...

Można też robić zakłady zbiorowe - najłatwiej rodzinne. Jedyna trudność to ta, że wszyscy grający muszą pójść osobiście po kupony. Do siedmiu pewnych graczy postanowiłem dodać ósmego - opornego. Lista nr 8 dobrze by się komponowała z ośmioma graczami. Był tylko jeden kłopot - to moja teściowa, która jest zdeklarowaną słuchaczką jedynej stacji radiowej. Spytałem, czy nie zrobiłaby prezentu przedwigilijnego mi i moim dzieciom. Od razu się zgodziła. Do momentu, gdy wyjaśniłem, że przyjadę po nią, by ją zawieźć do kolektury Totolotka. Zaczęła się zapierać, że nigdzie nie pójdzie, że ma 82 lata i jej już to nie dotyczy, i że za żadne skarby. Po kwadransie zmiękła, choć chytrze zapytała a na jaki numer niby miałaby... Powiedziałem, że jej pomogę, że razem wejdziemy za kotarkę, że ze względu na jej słaby wzrok pomogę jej a nawet mogę skreślić właściwy numerek.

Ostatecznie przekonało ją to, że jej ukochane wnuczki wybrały dla swojej przyszłości ten numerek, więc ona im dopomoże swoim numerkiem identycznym. Przeważył argument, iż starsza wnuczka za granicą już się zarejestrowała jako grająca, i pojedzie kawał drogi do zagranicznej kolektury.

Losowanie wygranych w niedzielę nocą...

NO
BIS

FOR
PIS

18 paź 2007

MYŚL!

MYŚL O TYM, ŻE NIE TYLKO TWÓJ GŁOS JEST WAŻNY!

WAŻNE JEST, ILE OSÓB PRZEKONASZ, BY TEŻ POSZŁY NA WYBORY !!!

15 paź 2007

Czekając na Rudego... (3) ...już zupełnie blisko!

Joteszu - ogonki możesz wstawiać bez problemu. Co do amerykańskiego przykładu debaty politycznej, to nawet jeśli w Polsce coś zapożyczono, to na pewno nie dosłownie, ponieważ nasze debaty (w porównaniu do waszych) są serią statycznych i z góry ukartowanych przemówień poszczególnych, napuszonych fagasów. Na przykład, w konwencji amerykańskiej nie wolno żadnemu z kandydatów zadawać bezpośrednio jakichkolwiek pytań innemu kandydatowi, a zatem o dialogu nie może być mowy. Równie dobrze "dyskutanci" mogliby zostać umieszczeni w różnych miastach, albo na innych planetach, co byłoby o tyle słuszne, iż większość z nich plecie kosmiczne głupoty.

No! Jaka szybka odpowiedź!!! To krótkie porównanie jest perełką! Widzisz - jak się przypodchlebiam...
Fajnie, że masz polskiego worda. Pozwolisz, że bez pytania zamieszczę twe spostrzeżenia w blogu. Tym sposobem zaczniesz już blogowanie....

Czekając na Rudego... (2) ...już blisko

Panie jotesz,
Musisz mi dac nieco czasu na zapoznanie sie z tym wszystkim, jako ze w temacie blogowania to jam nowicjusz. Zauwazylem, ze czekasz na Gingera i sie niemal na pewno doczekasz.
Rudy

Panie Andrzeju Zlotousty i Zlotowlosy!
Ciesze sie, ze masz checi...
Od razu spytam, czy do ciebie mozna pisac polska czcionka, czy nie wolno wstawiac ogonkow i kreseczek, bo mi się machinalnie pchaja pod palce.
Przyznam, ze wizja dialogu z toba na wszelkie tematy, z przewaga politycznych, ale nie tylko, wydaje mi sie bardzo kuszaca! Forma dialogu jest rodowodu wielce starozytnego, wiec bardzo szlachetna i klasyczna. Co prawda teraz zwany jest niekiedy debata i nie ma nic wspolnego z kultura starozytna ani jakakolwiek, ale mozemy probowac przelamywac niedobre tendencje. Ostatnio znowu trafilem na twoje feleietony relaxowe i bawilem sie, czytajac wrednie uprzejme zlosliwosci.
Debate Donalda z kaczorem ogladalem z doskoku, trafiajac przed ekran tylko na minute-dwie i potem uciekalem od tego spektakliku. Zdumiewa mnie, ze taka nieznaczaca moim zdaniem debatka moze decydowac o wyniku glosowania. Ale jest to kolejna zaraza amerykanska, po stonce, coca coli, szybkim zarciu i halowin, ktorej ulegl nasz , lasy na durne przyklady zza oceanu, narod!
Pozdrowienia i powodzenia w poczatkach blogowania!
jotesz

11 paź 2007

Nie olewaj wyborów!




Nic dodać,
nic wyjąć!

8 paź 2007

Czekając na Rudego...

...czyli na Godota z USA. On teraz raczej Ginger, ale jak godota głupoty, to uważajta! Przyszpili ciętym humorem do ściany, przewierci głupotę młotem udarowym złośliwości. Marnuje się, nie pisząc dla rodaków krajowych, bo pióro miał ostrzone diabelską ostrzałką...

Czekam na Rudego!

30 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (14) - ...zrobi z ciebie oficera

To już koniec szkolenia. Zostałem podporucznikiem saperów. Od środków przeprawowych. Mosty pontonowe i transportery pływające to była moja specjalność. Na szczęście jestem od tylu lat w rezerwie, że moja muzealna wiedza może służyć już tylko do rozweselania biesiadników. Najlepiej w połączeniu ze śliwowicą łącką.

Od lat zresztą wolę środki przyprawowe. Właśnie zebrałem plon zielony. Wszystkie wybujałe krzewy bazylii poszły pod sekator. Posiekane listki trafią do zamrażarki, by dodawać aromatu zimowym zupom pomidorowym...

Smacznego!

28 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (13) - muzeum wojska

Dalszy ciąg wzorowego konspektu, dotyczącego szkolenia w zakresie obsługi pływającej metalowej trumny, zwanej Pływającym Transporterem Gąsienicowym.

Nikt z nas nie znalazł się wewnątrz tego mechanicznego grobowca. Chyba nawet nie byliśmy w pobliżu. Może nawet zupełnie niczego nie widzieliśmy.

Szkolącym wystarczała chyba świadomość, że przekazują nam wiedzę tajemną o posiadaniu tak wspaniałego sprzętu. Nam też wystarczała...

27 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (12) - marnowanie czasu


Próbowano ze mnie zrobić oficera od transportera...
Marnie to wychodziło, zwłaszcza, że transportery były muzealne, nie ruszały z miejsca, bo oszczędzano benzynę a my wiedzę tak przekazywaną mieliśmy w głębokim odbycie.
Cały ten PODZIAŁ CZASU był marnowaniem czasu, ale do dziś jest to podstawowa czynność wojska!

26 wrz 2007

PiS wygra???


Ja sam postaram się do tego nie dopuścić, ale moja siła rażenia w liczbie 7-8 głosów jest malutka, więc pewności nie mam.

W tych wyborach jednak nie wygrana bezwzględną większością głosów jest ważna, tylko zdolność stworzenia koalicji rządzącej. Nie wyobrażam sobie, że PiS, nawet gdyby zdobyło 0,4% głosów więcej od PO, mogło stworzyć zdolny do rządzenia rząd mniejszościowy.

Jeśli PiS nie stworzy koalicji to nie wygra. A już to wystarczy, by przełknąć każdą koalicję w której nie ma LPR i SO...

24 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (11) - mogliśmy zaatakować NATO...


...i zamoczyć gąsienice naszych transporterów pływających w wodach Atlantyku. W roku 1972 wszystko było możliwe!
Tylko nikt nie potrafił wyśnić w najdzikszych majakach, że to my będziemy w NATO...

14 wrz 2007

13 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (10)

satyryczna końcówka gazetki...

2 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (7)


Wstępniak redakcyjny wskazuje, że to był pierwszy numer gazetki. Zabawne jest twierdzenie, że gazetek nie robi się na rozkaz. Już tylko za to powinniśmy trafić do aresztu - cała ówczesna prasa była robiona na rozkaz...

1 wrz 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (6)


Ostatnia strona podstawowego wydania czasopisma społeczno-kulturalnego "Żółć nasza i pęcherz", poświęcona humorowi i satyrze.

30 sie 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (5)

Strona tekstowa rozpoczęta wykładem oficera politycznego na temat perspektyw handlu zagranicznego Polski. Politruk leciał jakimś tekstem propagandowym a słuchaczom powieki opadały w sen. Jedynie ja słuchałem pilnie i notowałem, ku jego zdumieniu. Tyle, że notowałem dokładnie frazę, którą zapamiętałem i pisząc, nie słuchałem kontynuacji. Po zapisaniu krynicznej mądrości łowiłem kolejną frazę, by ją zapisać. Efekt poraża swą głupotą i o to chodziło.

29 sie 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (4)

W tym poście pojawia się prymitywna wojskowa erotyka, zupełnie nie pasująca do modelowego socjalistycznego morale studenta-żołnierza. Na usprawiedliwienie, zupełnie wątłe i nieprzekonywujące, dodam, że towarzystwo obozowe było w całości męskie, przaśne i wyposzczone...

Skoro obóz wydawał nam się miejscem niemal takim, jak na rysunku, to wszystko naokoło jawiło się nam na kształt raju Mahometa, pełnego chętnych hurys, którym co rano odrastało dziewictwo.

Legenda głosiła, że dla poskromienia chuci ponadnormatywnych aplikowano nam brom do porannej kawy ale obecność porannych wzwodów dowodziła nieprawdziwości owej legendy.

Przy okazji przepraszam osoby, które prostactwo sformułowań może urazić. Jednak obowiązek kronikarski nakazuje mi zamieścić i tę stronę wydawnictwa i naszej ówczesnej osobowości.

28 sie 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (3)

Pierwsza odsłona - od razu po sapersku, czyli z grubej rury!

W plakatach antywojennych oraz pacyfach, zakamuflowanych jako koła ratunkowe, umieszczane na mostach pontonowych, wyczuwa się wpływy hipisowskie.

Zawartość hełmów oraz obce napisy pod nimi to już hipisostwo prosto w mordę.

FTA - Fuck The Army... Takie hasło było karygodne w 1972 roku! Czy takie hasło jest dopuszczalne w 2007 roku? Gdy Nasza Armia jest w NATO, Afganistanie i Iraku?

ps. Kliknięcie w obrazek powiększy go do czytelnych rozmiarów

27 sie 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (2)

Na tej stronie futerału widać dane jawne i tajne. Jawna jest data - lipiec 1972. Tajna jest nazwa jednostki - w Gorzowie Wielkopolskim stacjonowała jednostka saperska, która zajmowała się przeprawami przez przeszkody wodne. Zamiast tego mieliśmy numer 1649. Dobrze, że nie tatuowano go na przedramieniu. Albo pod pachami...

Przez miasto płynie rzeka Warta, więc niemal w centrum miasta jednostka miała park ćwiczebny, w którym bezustannie budowano i rozbierano mosty pontonowe oraz trenowano przeprawy łodziami. Cholernie ciężkimi łodziami. Sześciu chłopa musiało taką drewnianą, okutą krypę dźwignąć na ramiona i donieść do wody. Gdyby nie strach, że połamie się nogi kolegom, to upuściłbym to diabelstwo od razu po podniesieniu...

Ostatnia informacja kwalifikowała gazetkę do prokuratora wojskowego. W socjalistycznej armii, będącej znaczącym członkiem Układu Warszawskiego, kryptoegzemplarz był groźny i żaden prokurator nie mógłby zbagatelizować czegokolwiek, co twórcy określili "krypto"!

26 sie 2007

GDY ŻYŁY DINOZAURY - obóz wojskowy (1)

Znalazłem egzemplarz udergroundowej gazetki wojskowej, wydawanej w jednym ręcznie pisanym i rysowanym egzemplarzu. Wpadł za książki i leżał ukryty, śmiejąc się złośliwie, gdym go dziesiątki razy szukał. Chciałem przypomnieć sobie słynny rysunek, dedykowany pewnemu pułkownikowi, wyjątkowo przez nas nielubianemu. Nazywał się Kaczyński...

Kaczyńskiego nie lubiliśmy już w roku 1972, na obozie wojskowym studentów Politechniki Wrocławskiej. To był drugi obóz w Gorzowie Wielkopolskim. Na przepustce, popijając piwko, nie zwracaliśmy pewnie zupełnie uwagi, że gdzieś obok pałęta się jakiś małolat, który w przyszłym stuleciu będzie premierem Polski. Na to nikt by nie wpadł - nawet sam Lem! Na to, że będziemy w NATO, nie wpadł jeszcze żaden wariat...

Gazetka zeszła do podziemia, gdy oficjalna gazetka ścienna, do której zredagowania i wykonania nas zmuszono, nie została zaakceptowana przez oficerów przełożonych. Była zbyt luzacka, za bardzo anarchiczna i za mało socjalistyczna. To było do przewidzenia - została tak spreparowana, by żaden zupak nie wpadł na pomysł, że taka gazetka powinna mieć kilka wydań! Ziarno zostało jednak zasiane i wykiełowało w postaci samizdatu, redagowanego zespołowo. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że ktoś się wygadał, ktoś inny coś usłyszał i podał dalej...

Służba wewnętrzna garnizonu gorzowskiego zaczęła dyskretne poszukiwania podziemnej gazetki. Na szczęście nikt nie doniósł i gazetka przetrwała do dnia dzisiejszego. Żaden z redaktorów nie trafił do aresztu ani przed sąd wojskowy. Nikt nie wyleciał z uczelni z wilczym biletem. Gazetka była raczej wygłupem niż publikacją antysocjalistyczną. Może i nic by się nie stało, gdyby wpadła w łapy służb, bo to były początkowe lata poluzowania gierkowskiego. Kto wie...

Tak więc dzisiaj przednia część kartonowego futerału, chroniącego złożoną gazetkę. Napięcie należy stopniować. Jak u Hitchocka. Przecież byliśmy na obozie saperskim...

20 sie 2007

Co Kultura, to kultura!

Napisałem mail do TVP Kultura:

Czy Kultura nie zechciałaby powtórzyć projekcji filmu Andrzeja Czeczota "Eden". Właśnie z wściekłością dowiedziałem się, że 13 sierpnia, w poniedziałek, TVP2 o godzinie 1:05 nada TRZECI i ostatni odcinek tego dzieła animacji. Wściekły jestem, bo w poprzednich tygodniach musiałem przeoczyć część 1 i 2. Wściekły jestem, że ten film jakiś mądraliński telewizor porąbał na trzy części jak świńską tuszę - ciekawe, czy porozumiewali się z twórcą? Wściekły też jestem z powodu pory projekcji.

Dlaczego nikt nie zadbał, by film ten wydać na DVD? Czy sprzedaż jednego tysiąca nie byłaby już opłacalna? A może chętnych byłoby więcej. Może poprzedzić wydanie subskrypcją - dlaczego nikt nie wpadł na taką formę sondowania rynku - wtedy przdsięwzięcie stałoby się bezpieczne...
Jakiegokolwiek kontaktu z tym filmem szukam od lat. Próbowałem kontaktu z producentem - i nic. A tu był w telewizji i figa - letnie zagapienie. Mea culpa!

Otrzymałem uprzejmą odpowiedź:

2007-08-16 10:13
Szanowny Panie, rozważamy emisję tego filmu w październiku (w całości).
Ostateczna decyzja zostanie podjęta w przyszłym tygodniu.

Pozdrawiam Wojciech Diduszko Programming Editor TVP Kultura ul. J.P.Woronicza 17, 00-999 Warszawa t: (+48) 22 547 29 85

Od powstania TVP Kultura byłem jej entuzjastycznym zwolennikiem. Znany był mi pierwszy jej szef, Jacek Weksler, bo przed laty był znakomitym dyrektorem wrocławskiego Teatru Polskiego. Potem został szefem Teatru Telewizji. On też zorganizował kanał kulturalny telewizji publicznej.
Różne rzeczy możemy wypisywać o dzisiejszej telewizji publicznej, ale co Kultura, to kultura! Tak trzymać...


A "Eden" Andrzeja Czeczota warto zobaczyć. Choćby po to, by naocznie sprawdzić, czy sprawiedliwie zniknął tak błyskawicznie z kin, i nikt nie kwapi się, by wydać go na dvd...

18 sie 2007

Porażająca porażka porażającego

Minister Zerobro poszedł (niechętnie!) na spotkanie z Lepperem, uprzedzony, że może mu grozić likwidacja (!), dlatego zabrał dyktafon! Co można robić dyktafonem w obliczu likwidacji? Może wręczający był jak bondowski Kju, i oprócz instrukcji "jak nagrywać" podał też "jak się bronić" albo "jak się zasłonić". Choć słynny "gwóźdź" jest trochę za mały, jako osłona. Osłony prezydenta, a nie jest wielkoludem, noszą borowcy w aktówkach...

14 sie 2007

Spór Izraela z europarlamentem

Dziś zdumiała mnie mała notka z Rzeczpospolitej:

Spór Izraela z europarlamentem
Izraelczycy starają się zablokować propalestyńską konferencję, która pod koniec sierpnia ma się odbyć w Parlamencie Europejskim. Liczą na pomoc eurodeputowanych i rządów nowych członków Unii Europejskiej, w tym Polski. Konferencja rozpocznie się pod koniec miesiąca. Jej organizatorem jest ONZ-owski Komitet ds. Realizacji Niezbywalnych Praw Narodu Palestyńskiego. Grupa ta, w skład której wchodzą między innymi takie państwa jak Afganistan, Indonezja, Pakistan, Tunezja i Turcja, znana jest ze swojego skrajnie antyizraelskiego nastawienia.

Tu właśnie zacząłem się zdumiewać! Afganistan, Indonezja, Pakistan, Tunezja i Turcja to są te państwa troszczące się o Realizację Niezbywalnych Praw Narodu? Turcy pewnie mają bogate doświadczenia w realizacji niezbywalnych praw narodu kurdyjskiego? Indonezyjczycy mają narodów od cholery, ale tak z głowy przypominam sobie, jak realizowali niezbywalne prawa narodu Timoru – w postaci lokalnego, miniaturowego ludobójstwa... Pozostałej trójce też pewnie szybko można by znaleźć Tadżyków, Uzbeków, Berberów i innych, którzy żywiołowo opowiadaliby o realizacji niezbywalnych etc.
Czy którekolwiek z tych pięciu państw jest bliższe europejczykom niż Izrael? W pojmowaniu demokracji, praw narodów, wolności? Cała piątka jest też całkowicie muzułmańska a w znaczącej części fanatycznie muzułmańska.

Polacy: możecie na nas liczyć... Polscy europarlamentarzyści deklarują swoją pomoc. - Wszelkie jednostronne inicjatywy, które zamiast łagodzić konflikt, dorzucają tylko do pieca, są szkodliwe. Chętnie pomogę w zablokowaniu konferencji - powiedział "Rz" Ryszard Czarnecki, który należy do grupy Europejskich Przyjaciół Izraela.

Tu kolejne moje zdumienie! Mój dyżurny wrocławski antybohater – Ryszard Czarnecki – należy do grupy Europejskich Przyjaciół Izraela. Mamy więc niebagatelny punkt wspólny, styczny i zbieżny. Panie Ryszardzie – chapeau bas! Zdumiał mnie pan dziś najpoważniej od lat, od zawsze...

Europarlament też mnie zdumiał – zupełnie na odwrót niż pan Ryszard – bo europarlament zdurniał!

7 sie 2007

Młot parowy

http://www.steamhammer.com/

To jeden z moich najukochańszych dinozaurów muzycznych. Na polskiej stronie, poświęconej Zagubionym Perłom Rocka opisuje go Piotr , a czyni to słowami tak czułymi i ciepłymi, że przytoczę je w dużych fragmentach:
Jedna z najpiękniejszych płyt blues-rockowych końca lat 60. Wprawdzie "znawcy" wyżej cenią LP "MK II", ale nastrój "Reflection" jest niepowtarzalny.
Płyta rozpoczyna się szumem strumienia przy dżwięku delikatnych gitar, by po chwili przejść w "wodospad" riffu ..."Junior's Wailing". Posłuchajcie jak ten sam utwór wykonywała grupa Status Quo na LP "Ma Kelly's Greasy Spoon" a wyczujecie (to nie pomyłka w pisowni ) to co jest najbardziej urzekające w tej płycie.

Pozostałe płyty Steamhammer to, "MK II" z dużym odcieniem jazz'owym, "Mountains" będąca powrótem do korzeni, czyli bluesa. Na niej znajduje się kolejna muzyczna perła - "Riding on the L & N". I na koniec działalności grupy "Speech" - płyta o charakterze eksperymentalnym...

Steamhammer był zespołem angielskim, który powstał u schyłku mody na białego bluesa, dlatego nie zdobył sławy, jaka mu się należała. Dużą popularnością cieszył się na kontynancie, kochany przez wiernych fanów w Holandii i Niemczech. Ostatnia płyta, w zmienionym składzie, została wydana tylko w Niemczech...
Płyty Młota Parowego często słucham i są dla mnie ciągle tak świeże jak wtedy, gdy nagrano je niemal czterdzieści lat temu. Zespół się rozpadł, muzycy zajęli się innymi projektami. Wokalista i gitarzysta pierwszego składu zespołu Kieran White wyjechał do Stanów, gdzie został kierowcą ciężarówki. Niedawno zmarł...
Po dinozaurach rocka pozostały płyty. Jak kości na pustyni Gobi.

1 sie 2007

Wujka postrzelili...

...powstańcy warszawscy! Nie - nie był esesmanem! Miał 18 lat, gdy Niemcy na Polesiu rozkazali, by dziadek powoził własną furmanką i konikiem, które stały się częścią wojskowej kolumny transportowej. Po wielkich błaganiach panowie świata zgodzili się, by niemal pełnoletni podrostek zastąpił ojca. I tak wujek Michaś trafił z kolumną innych furmanek do Warszawy, w której właśnie wybuchły walki. Podczas przejazdu przez ulice oberwał rykoszetem albo specjalnie w biodro, na szczęście powierzchownie.

Po klęsce III Rzeszy znalazł się w Hamburgu, z którego zaczął przedzierać się do Polski, do rodziny na Polesiu. Pewnie nawet nie wiedział, że to już Związek Radziecki. Dotarł do Szczecina, gdzie złapali go żołnierze rosyjscy. Zamknęli w jakiejś komórce, grożąc, że zabiją jako szpiega. Wydostał się nocą i wiał z powrotem na zachód aż się kurzyło. Dotarł do Hamburga, który jakoś już znał. Tam cudem spotkał siostrę, wywiezioną dwa lata wcześniej na roboty. Była najstarsza z rodzeństwa i dostała propozycję nie do odrzucenia.

Żelazna kurtyna szybko odcięła ich od reszty rodziny. Po latach założyli własne. Ciotka Hania spotkała Hermana - hitlerowskiego inwalidę wojennego, który stracił nogę na froncie wschodnim. Żyli zgodnie i spokojnie długie lata. Wujek Michaś napotkał śliczną niemiecką nastolatkę, która uparła się, że chce tylko tego wesołego, wysokiego Polaczka. Żyją szczęśliwie do dziś. Schorowani tylko, ale to wina wieku...

A moja mama ledwie siedemnaście lat miała, gdy wysłano ją do tej nieznanej nowej Polski. Tam na ziemiach zachodnich, o których ciągle na wschodzie mówiono, że szybko wrócą do Niemiec, zagnieździł się juz jej kuzyn. Objął we władanie nieduże gospodarstwo we wsi pod Lubaniem. Do niego przyjechała mama, która jak ta gołębica wypuszczona z arki przez Noego, miała dać znać reszcie rodziny, czy da się żyć tam, gdzie zawędrowała. Pisała żeby przyjeżdzali czym prędzej, ale dziadkowi i babci, z trójką dzieci, strach było rzucać dom, wybudowany przez przodków i te kilkanaście hektarów piaszczystej ziemi. Zostali, ziemię szybko włączono do kołchozu, w którym dziadek do śmierci był proletariuszem-wyrobnikiem.

Z trójki dzieci tylko ciocia Jania wyszła za mąż za Polaka. Więc jej dzieci są w pełni Polakami. Nie znają ani słowa po polsku. Są obywatelami Białorusi. Nie znają też wielu słów po białorusku. Rozmawiają po rosyjsku. Córka wujka Michasia rozmawia w swym rodzinnym języku niemieckim. Tylko ja rozmawiam po polsku...

30 lip 2007

Tuzin tysięcy odwiedzin...

...się właśnie zamknął! Nigdy bym nie przypuszczał jeszcze kilkanaście miesięcy temu, że wpadnę w blogowanie jak śliwka w kompot. To chyba przyzwyczajenie, które niczemu nie służy - coś takiego jak gadanie do siebie. Człowiek idący ulicą i maroczący sam do siebie budzi zdziwienie - dziwak, świr czy naćpany? Bloger jest normalny...

Ludzie, którzy zajrzeli na chwilę, by przeczytać cokolwiek w tym blogu, są mi nieznani. Mogę się tylko domyślać kim są, jakie poglądy wyznają, w jakim są wieku - ale tylko, gdy zamieszczą komentarz. Komentarzy łacznie jest może parę setek, może mniej. Cała reszta to milczący tłum hatifnatów - zajrzeli przez okno i powędrowali dalej. Niekiedy podejdzie Buka i zetnie szyby mrozem, na którym wyskrobie jakieś przerażające swą głupotą słowa.

Znowu nadeszła pora, by się zastanowić, po co się brnie w zaśmiecanie sieci, jak to pięknie podsumował kiedyś Stanisław Lem. Może po to by się pośmiać, czytając wyrafinowane złośliwości Socjopatycznej Malkontentki, albo stonowane uwagi Piątej Władzy, którą bezustannie oskarżam o sprawstwo kierownicze w przypadkowym powstaniu mego bloga i wszystkich jego klonów. Kilka zupełnie nieruszanych krąży po sieci jak kosmiczne śmieci. W każdy blog powinien być wmontowany mechanizm umożliwiający samozniszczenie. Bo inaczej może powstać archeologia sieciowa z badaczami odkrywającymi nieznane i bezużyteczne blogi. Tyle intelektualnie głębokich refleksji nad zjawiskiem blogowej niepotrzebności...

Pozdrawiam wszystkich przechodzących obok okna pięknie - może jeszcze kiedyś zajrzycie.

25 lip 2007

Diabelska alternatywa!

Jeśli zbliżają się wybory, to mam problem, bo nie mam w polu widzenia żadnej partii, która miałaby program w pełni przeze mnie akceptowany, która nie pomazała się nepotyzmem albo współpracą z ludźmi niegodnymi, której przewodzą politycy wzbudzający mój podziw lub choćby sympatię...


Znowu jestem skazany na wybór negatywny - głosować albo na najmniej obrzydliwych albo przeciw najbardziej wstrętnym. No bo nie pójść do urn - to takie nieobywatelskie! Na emigrację jestem za stary i za leniwy.


Blogosfera w niczym mi nie pomaga - nie znajduję opinii, które przekonałyby mnie do tych, których nie lubię, bo nie ma rozsądnego przekonywania, tylko agresywne ujadanie bulterrierów, wzorujących się na Jacku K. Kiedyś mogłem choć głosować na jakiś plankton, uważając że jest wartościowy i bez mego głosu wyginie. Teraz wszystkie ryby, i grube i chude, psują się od głowy...


A może to tylko załamanie pogody i chandra?

16 lip 2007

Dzielny jak lew, chytry jak LiS...

...mądry jak osioł,
giętki jak dżdżownica,
szybki jak żółw,
lubiany jak karaluch...
Pojawił się nowy zwierz w polskim zoo - lis z białoczerwoną kitą i łbem konia. Sam Jorge Luis Borges nie wymyśliłby tak fantastycznej bestii. Zobaczymy jak ten dwugłowy mutant długo pożyje. Dwugłowe cielęta żyją krótko...

14 lip 2007

Gdzie jest Polska???


11 lip 2007

Stary zakon...

...i nowy zakonnik - łżedemptorysta...

66 lat temu...

* Według ustaleń IPN 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem zginęło nie mniej niż 340 Żydów, a polska ludność miała w tej zbrodni „rolę decydującą", choć „można założyć", że inspiratorami byli Niemcy. W stodole spalono żywcem co najmniej 300 osób, a co najmniej 40 zabito wcześniej, gdy Żydów gromadzono na rynku miasteczka...

Źródło: Gazeta Wyborcza

['] ['] [']

10 lip 2007

6 lip 2007

Kolejny sukces!


oraz
ciągły
rozwój...

















Ponieważ rząd odnotowuje bezustanne sukcesy i ciągły rozwój, to pomyślałem, że należałoby uwidocznić to w znaczku, który powinien dogonić bezustanne sukcesy, zwłaszcza w polityce międzynarodowej...

5 lip 2007

Dziadek i Babcia...

Łohiszyn.
Ulica miasteczka Fot. 1941-1944






Photos copyrightTomek Wisniewski Collectiontomy@ld.euro-net.pl, http://www.szukamypolski.com/

Łohiszyn - miejsce urodzenia mojej mamy. Małe miasteczko z tradycjami. Prawa miejskie nadał król Władysław IV. Zamieszkałe przez polaków i żydów, pół na pół. Wokół wsie białuruskie. Do Pińska, stolicy Polesia, jakieś dwadzieścia dwa kilometry. W Pińsku urodził się Ryszard Kapuściński. W Pińsku Armia Krajowa odbiła więźniów z gestapowskiego więzienia. Niemcy do Łohiszyna wkroczyli dopiero w 1941 roku. Dwa lata wcześniej Armia Czerwona "wyzwoliła" to małe poleskie miasteczko spod władzy panoszlacheckiej Polski. Do dziś Łohiszyn jest "wyzwolony" - tym razem tkwi w państwowym kołchozie, w jaki zamienił Białoruś jego dyrektor-dyktator.

Dziadek jedno "wyzwalanie" aktywnie utrudniał. Z wieży kościoła tłukł cekaemem po hordach bolszewickiej konnicy w roku 1920. Czerwona nawała wtedy ominęła szerokim łukiem senne, piaszczyste miasteczko. Późniejsi najeźcy i wyzwoliciele byli śmiertelnie potężni.

Rodzice mojej mamy przyjaźnili się z rodziną, nieopodal mieszkającego, żydowskiego sklepikarza i naturalne było dla nich, by dać im schronienie, gdy od pierwszych dni panowania niemieckiego zaczęło się wyłapywanie skazanych na zagładę żydowskich podludzi. Ukrywali ich przez kilka tygodni w stodole - w beczce, stojącej pod ścianą i służącej do przechowywania zboża. Wielgachna to była beka – swobodnie stały w niej trzy dorosłe osoby - rodzice i jedyny syn. Wychodzili tylko w nocy, by rozprostować kości.

Wszystko się skończyło, gdy w sąsiedniej szkole, tuż za dziurawym płotem, zakwaterowano pomocnicze oddziały rosyjskich kolaborantów, którzy zaczęli nachodzić dziadka – samorodnego rymarza, naprawiającego uprzęże końskie. Do śmierci nosił przezwisko Limar, co było chłopskim zniekształceniem słowa rymarz. Rosjanie mieli konie, więc ciągle po coś przychodzili.

Którejś nocy znajomi żydzi odeszli, odprowadzeni przez dziadka, drogą w poleskie lasy. Nie chcieli narażać rodziny, w której było już pięcioro małych dzieci. Chyba się nie uratowali, bo po wojnie nie odezwali się w żaden sposób. Jednak dzięki rodzicom mamy nie zginęli od razu po wkroczeniu hitlerowców.

To wtedy mój dziadek omal nie zginął, zapędzony do zasypywania dołu, w którym Niemcy zwalili kilkuset pomordowanych Żydów – zemdlał na widok znajomych i przyjaciół a nadludzie chcieli zepchnąć go żywcem w dół. Uratowany został przez bardziej odpornych ziomków, którzy ocucili go i odciągnęli.

Z całego Łohiszyna uratowało się bodaj dwóch żydów - tylko ta dwójka w każdym razie odezwała się po wojnie, a jeden przyjechał odwiedzić rodzinną miejscowość. Zginął więc w Łohiszynie cały naród.

Ile było takich epizodów, takich prób pomocy, takich kilkutygodniowych ocaleń? Ile rodzin zamordowano razem z ukrywanymi? Myślę, że na jednego ocalonego przypadało kilkanaście prób nieudanych, w tym wiele zakończonych tragedią ukrywanych i ukrywających...

ps. Winien jestem poprawkę - Łohiszyn nie miał proporcji pół na pół ludności polskiej do żydowskiej - wedle źródła Jewish Communities of Poland Destroyed in the Holocaust - "POLESIE LOHISZYN 168" , gdzie liczba 168 oznacza żydów zamordowanych podczas holokaustu. Pińsk to było "przed 1939 rokiem prawdopodobnie miasto z największą procentową ilością ludności żydowskiej w Europie.".

4 lip 2007

Prałat pierze pięknie!

Gdy usłyszałem, że najsłynniejszy prałat w dziejach ma być uwieczniony filmem samego Mela Gibsona (tytuł "Pasjans"?), że oprócz wina będą kosmetyki, klubokawiarnie, to zadumałem się, co jeszcze mogłoby być firmowane szacownym prałatem.

"Prałat pierze pięknie!" - linia proszków do prania, gwarantujących anielską biel. W reklamie uśmiechnięta siostra w bieli szepce: "prałam Prałatem"...

"Prawdziwy polski dąb" - seria prawdziwych mebli gdańskich, pod tradycyjną nazwą Prałat. Zdobione złotem i bursztynem w odcieniu złotoprałatowym...

"Smaczne, bo prałackie" - seria luksusowych ryb wędzonych w dymie z lekkim aromatem kadzidła, opakowanych złociście - tylko łosoś bałtycki luksusowy, sandacz, sum i szczupak, ewentualnie węgorz...

"Jak urządzć eleganckie przyjęcie" - seria płyt dvd, obrazujących najsłynniejsze prałatowe biesiady, z dołączoną książką kucharską "Kuchnia wykwintnie skromna"...

Rozmarzyłem się!

3 lip 2007

Odległa Rosja

Wydaje mi się, że jedną z przyczyn, dla których Rosja i Rosjanie stali sie dla nas tak odlegli i obcy, jest sposób pisania imion i nazwisk rosyjskich. Poczytałem sobie w Dzienniku o Biennale Sztuki w Wenecji i trafiłem na relację o rosyjskim artyście, którego dane zapisano w taki sposób: Andrei Bartenev. Kilka razy musiałem "to" przeczytać, by dojść do wniosku, że prawdopodobnie ten ktoś to Andriej Barteniew (z miękkim n). Rosyjskiego uczyłem się w szkołach, więc mogłem dojść do tych nazewniczych odkryć, ale przecież słowiańska forma zapisania imienia i nazwiska powinna być bliższa rzeczywistej wymowie niż ten pseudoangielski zapis!

Idąc takim tropem nazwę zwykłego, ulubionego przez wszystkich bandziorów i terrorystów, kałacha powinniśmu pisać kalashnikov (chyba?) zamiast kałasznikow. Teraz każdego zwykłego Iwana czy Pietię powinniśmy przetransponować na Ivana lub Pyetye? Dla mnie to zwykła durnota!

Podobną durnotą są dla mnie jakże częste umiejętności językowe naszych dziennikarzy, polegające na tym, że z Niemcem rozmawia się po angielsku. To że z najlepszą rosyjską tyczkarką rozmawia się po angielsku to normalka - który młody dziennikarz teraz zna rosyjski? Prędzej Rosjanka czy Czeczenka nauczy się angielskiego niż Polak rosyjskiego. Po co nam rosyjski? Po co nam Rosja?

28 cze 2007

Hostoholik

Hostoholik to nałogowiec, który zaczął od jednego kieliszka, czyli pierwszej hosty, zwanej też funkią (obie nazwy pochodzą od nazwisk botaników niemieckiego i austriackiego).

Na ogół bywa to zwyczajna zielona funkia - najzwyczajniejsza na świecie. Tak naprawdę to nie jest taka pospolita. Jest przybyszem z dalekich stron. Rośnie bowiem w chłodnawych lasach Korei, Japonii i bliskim tym krajom rejonach Chin.

Funkia lubi więc cień, choć taki dość jasny. Potrafi przeżyć na słońcu, ale trzeba wówczas pamiętać, by dawać jej pić, bo przez swoje wielkie liście dużo wody oddaje w powietrze.

Drugą funkią, którą mi sprezentowano, była biało-zielona, też dość pospolita. Zwą ją ondulata, bo listki jej falują, jakby je ktoś ondulował u fryzjera. Rosły sobie obie, rozdzielałem je szpadlem, gdy kępa stawała się wielgachna i kiedyś zobaczyłem inne odmiany, i dowiedziałem się, że nahodowano ich koło trzech tysięcy!!! Takiej szajby dostali amerykanie, u których hosta ma kręgi fanatycznych hodowców, maniaków i hobbystów. To na którymś z zaoceanicznych forów znalazłem zwierzenia biedaka, który szczerze określił się jako "hostoholic". Ciekawe, czy hosty rozbiły mu małżeństwo i zniszczyły dobrze zapowiadającą się karierę?

Szukając i googlując odkryłem krajowe bio-forum na którym spotykają się funkiofile http://www.bio-forum.pl/messages/78737/78737.html i gdzie można pooglądać wielce oryginalne kolekcje, poradzić się a w przyszłości może i powymieniać odmianami. To bardzo relaksujące miejsce, bo patrzenie na kolor zielony uspokaja oczy często przemęczone wślepianiem się w monitory. Polecam wszystkim te wdzięczne i niekłopotliwe w uprawie rośliny, rosnące zarówno w doniczkach jak i w gruncie, kochające cieniste miejsca, z którymi zawsze jest kłopot - co w nich posadzić...

26 cze 2007

Friends of Israel


Od dziś obok po prawej listewka z napisem jak w tytule...

Mogłem się też zdeklarować że "jestem dumnym przyjacielem Izraela", ale zdało mi się to przesadne. Być dumnym z tego, że jest się czyimś przyjacielem? Przyjacielem się jest albo nie - w tym jest wszystko i jakiekolwiek przymiotniki są niepotrzebne.

Przyjaźń powinna być obustronna - zakładam więc, że Izrael jest też moim przyjacielem. Moim i mojej ojczyzny. I moich rodaków. Przynajmniej większości z nich...

Z tymi, którym Izrael jest niemiły, wstrętny czy nienawistny, Izrael nie musi się przyjaźnić! Pora więc zapomnieć o "wysysaniu z mlekiem matki" i o "genetycznej skłonności". Przyjaźń dobrze budować od podstaw, od stosunków pomiędzy poszczególnymi osobnikami, konkretnymi ludźmi. Ja zrobiłem to już dawno...

ps. Dodane po 26 czerwca 2007 roku:

W dniu 26 czerwca 2007 roku odbyła się w Warszawie uroczystość wmurowania aktu erekcyjnego Muzeum Historii Żydów Polskich - nieomal umknęła ona w hałasie tworzonym przez strajkujące pod kancelarią premiera pielęgniarki. Jest to kolejny przyjazny akt państwa uważanego za najbardziej proizraelskie w Europie.

Mam nadzieję, że zostanie to dostrzeżone w Izraelu i doprowadzi do zmiany nastawienia tych rzesz społeczeństwa izraelskiego, które są antypolskie z bardzo wielu powodów, z których najpoważniejszymi są pewnie niewiedza, niezrozumienie i fatalne stereotypy.

Wiąże się z tym najnowsza wiadomość o tym, że "obradujący w Nowej Zelandii komitet światowego dziedzictwa UNESCO podjął decyzję o zmianie nazwy obiektów byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Od dziś nazwa obozu brzmi "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940 - 1945".

20 cze 2007

Doczekaliśmy się!!!

Nareszcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
NARESZCIE...
:)
:))
:o
:I
:)
serwis blogger po polsku!
ps. ile nerwów ten serwis zżarł...

Abecadło polityczne

a-syn, b-syn, c-syn, d-syn, e-syn, f-syn, g-syn, h-syn, i-syn, j-syn, k-syn, l-syn, ł-syn, m-syn, n-syn, o-syn, p-syn, r-syn, s-syn, t-syn, u-syn, w-syn, y-syn, z-syn, ą-syn, ę-syn, ó-syn, ż-syn, ź-syn, ś-syn...

18 cze 2007

Wszechedukacja...
















Wszechedukator już pewnie niedługo o takim okrągłym stole będzie mógł nauczać polską młodzież... Drżyjcie łże-elity - zbliża się koniec łże-historii!

11 cze 2007

Jestem leniwy...











...i podoba mi się idea pisania krótkich notek i krótkich komentarzy, więc zamieszczę zdjęcie, które dedykuję naszym rządzącym, by zdążyli do Euro2012 zrobić drogi i autostrady. Niekoniecznie takie jak Barcelona - Paryż...

5 cze 2007

SEX IS BAD!






















bo nie rozwija człowieka, nie przynosi dobra, nie daje bliskości z drugą osobą. Seks powinien dotyczyć małżeństw. Łączyć się z miłością. "

To zdanie, wypowiedziane przez posłankę Sobecką, będzie w najbliższym czasie omawiane jak kraj długi i szeroki. Każdy coś powie a Szymon Majewski zrobi z tego szoł.

Ja narysowałem okolicznościowy rysunek, jednak pierwsza moja myśl była taka - gdy patrzę na panią Sobecką mogę się zgodzić z jej twierdzeniem!